Lipiec/Sierpień 2001

Prymas Tysiąclecia
ks.Piotr Nitecki

Matka kościołów wrocławskich
z homilii ks.Stefana kardynała Wyszyńskiego

Święty Stefan - budowniczy chrześcijańskiej Europy
Anna Sutowicz

Dziedzictwo i posłannictwo śląskiego Kościoła
Ks. Antoni Kiełbasa SDS

Tysiąc lat to dopiero początek
Natalia Telejko

Wyjście na spotkanie Boga
Iwona Najdora

Św. Józef wychodzi z cienia
Marek Perzyński

Pielgrzym wciąż idzie...
Paweł Siciński

Z nurtem wrocławskiej "Odry"
Z Mieczysławem Orskim, redaktorem naczelnym miesięcznika "Odra", rozmawia Daniel Zapała

Między mądrością a głupotą
Wojciech Drab

Czy wolno traktować zwierzę lepiej od człowieka?
ks. Jarosław Grabarek




Strona główna

Archiwum

Z nurtem wrocławskiej "Odry"
Z Mieczysławem Orskim, redaktorem naczelnym miesięcznika "Odra", rozmawia Daniel Zapała


Pierwszy numer miesięcznika "Odra" ukazał się w marcu 1961 r., jednak pismo o tym tytule istniało już wcześniej, od kiedy?

Po październiku 1956 r. powstał tygodnik o nazwie "Odra", który istniał do 1961 r., kiedy to redakcja postanowiła przekształcić go w miesięcznik o charakterze kulturalno-społecznym. Powstał on na nurcie ogólnego zjawiska zakładania pism kulturalno-społecznych w poszczególnych regionach Polski. W tym czasie kraj dzielił się na siedemnaście "księstw partyjnych" i każde z nich chciało mieć własny miesięcznik, w którym zamieszczałoby twórczość miejscowych pisarzy, naukowców czy publicystów. Chciano zlokalizować wszystkie siły twórcze i polityczne w środowiskach artystycznych zgromadzonych w danym regionie.

Czy tak było w rzeczywistości?

Zespół, który tworzył pismo w tamtym czasie, nie godził się na ten pomysł, tym bardziej że zaskarbił sobie pewne miano znaczenia w skali ogólnopolskiej. Redakcja składała się po części z osób, które przeszły z tygodnika m.in. Tymoteusz Karpowicz, Zbigniew Kubikowski czy zaczynająca wtedy Urszula Kozioł. Generalnie pismo starało się realizować swoją politykę, jednak wyjście poza regionalność hamowane już było w samej redakcji. Pierwszy naczelny "Odry", były redaktor naczelny "Gazety Robotniczej", spełniał tutaj wymogi określonego aparatczyka, ale jednocześnie podlegał presji kolegów, którym zależało na pisaniu o sprawach ważnych i istotnych w skali krajowej. Dopiero po przyjściu do redakcji Klemensa Krzyżagórskiego, pod koniec lat sześćdziesiątych, pojawiła się możliwość wyjścia poza tematykę ściśle regionalną i poza dyrektywy narzucane przez miejscowych bonzów partyjnych. W związku z tym ówczesny naczelny dostawał od czasu do czasu po głowie, groził mu nawet sekretarz wojewódzki, który powiedział: "Wy nie starajcie się być tacy ogólnopolscy".

W 1972 r. dołącza pan do redakcji, wtedy też Zbigniew Kubikowski zostaje redaktorem naczelnym i w ciągu czterech lat dopuszcza do druku "Rozmowy z katem" Moczarskiego oraz "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall. Z jednej strony to czas głębokiej demokracji ludowej, z drugiej, według wielu, najciekawszy w historii "Odry". Jak doszło do wydania tych, sprzecznych z ówczesną ideologią, tekstów?

"Rozmowy z katem" i podobne publikacje to zasługa Zbigniewa Kubikowskiego oraz Andrzeja Szczypiorskiego, który fascynował się tym tekstem i znał dobrze Moczarskiego jeszcze z czasów wojny. Moczarski miał wówczas zakaz publikowania tej książki, odmówiła mu m.in. "Polityka". Dzięki wysiłkom Szczypiorskiego "Rozmowy z katem" wydrukowała "Odra", po tym jak Warszawa zgodziła się na publikację w niskonakładowym piśmie, poza stolicą. Moczarski przyjeżdżał do Wrocławia, gdzie zamykał się na całe dnie w redakcji z Kubikowskim i razem pracowali nad tekstem od strony literackiej. Może nie wszyscy o tym wiedzą, że Zbyszek Kubikowski w jakiś sposób jest tajnym współautorem, gdyż w dużym stopniu przyczynił się do wartości literackiej tych zapisów. Widziałem jak to wszystko się działo. Dzięki temu tekstowi "Odra" natychmiast znalazła miejsce w sercach czytelników w całym kraju. Mogliśmy wtedy podwyższyć nakład i cenę, ale władza, oczywiście, nie pozwalała nam na to. W sumie przez cały PRL mieliśmy określoną cenę oraz nakład.

Jednak po opublikowaniu tych tekstów Zbigniew Kubikowski zostaje zastąpiony partyjnym redaktorem, jak wpłynęło to na wizerunek pisma?

To było dla nas wyzwanie, gdyż działo się w czasie nawrotu reżimu partyjnego w roku 1976 wraz ze słynnymi podwyżkami żywności Babiucha i Jaroszewicza oraz ze strajkami w Radomiu. Sytuacja odbiła się na nas wszystkich, najbardziej zaś na Zbyszku Kubikowskim, który został zdjęty z funkcji redaktora naczelnego. Jego miejsce zajął płk Waldemar Kotowicz. Zespół rozważał możliwość odejścia, ale pod wpływem głosów napływających ze środowiska pisarzy i namawiających nas do zachowania pisma, zmieniliśmy zdanie. Płk Kotowicz mianował mnie szefem sztabu, przy czym okazało się, że jak wielu głównodowodzących w wojsku, nie mieszał się on do działalności praktycznej mianowanego przez siebie podwładnego. W gruncie rzeczy wraz z kolegami kierowałem po cichu pismem. Przyznam, że Waldemar Kotowicz był pewnym zbawieniem dla "Odry", gdyż w czasie nawrotu reżimu politycznego i różnych ostrych posunięć przeciwko opozycji w kraju, on teksty opozycyjnych autorów nie tylko popierał, ale także załatwiał, aby ukazywały się u nas. Nieoczekiwanie dla władz, spełnił pożyteczną dla nas rolę, gdyż mając pułkownika partyjnego na czele, równocześnie tworzyliśmy pismo, do którego pisała cała licząca się opozycja. W roku 1981 doszło do tego, że wręczyliśmy najbardziej kuriozalną politycznie w naszych dziejach nagrodę Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, czołówce ówczesnej opozycji.

Stanisław Lem powiedział, że "Odra" przypomina nieco Gierdroyciową "Kulturę", jak Pan odnosi się do tego porównania?

O, nawet nie wiedziałem, że tak powiedział. Podobieństwo tkwi może w formule. Nigdy nie zawężaliśmy się do problematyki literackiej czy artystycznej, z którą wielu czytelników nas kojarzy. Zawsze staraliśmy się być pismem otwartym, niezależnym od żadnych presji, politycznych układów czy od partii. Byliśmy też otwarci na wszelką problematykę oraz tematykę i nadal próbujemy być pismem otwartym nie zamykającym się w jakichś kręgach elitarno-artystycznych, czego Giedroyc też unikał. Nawiązujemy bezpośredni dialog z dzisiejszym społeczeństwem, które sięga po "Odrę".

Jednakże podobnie jak "Kultura", "Odra" skierowana jest do wąskiego grona. Czy obecna forma pisma jest słuszną drogą w dzisiejszym czasie programów reality shows, odbiorców, którzy częściej przeglądają gazety niż czytają?

"Kultura" kiedyś miała olbrzymie nakłady, my również mogliśmy podwyższać je do woli. Wystarczyło, że drukowaliśmy Miłosza, Szymborską czy Lema, a ludzie biegali za tym po kioskach. Natomiast w tej chwili publikacja Lema czy najnowszych wierszy Miłosza nie jest już takim magnesem przyciągającym czytelników. Na początku nowej dekady wolności polskiej zastanawialiśmy się nad ewentualnością lekkiej zmiany formuły pisma. Niektórzy doradzali nam, abyśmy dla dobra pisma bardziej umasowili, rozszerzyli jego formułę i odeszli od spraw elitarnych. Przychodzili nawet panowie, którzy w walizkach mieli spore pieniądze i gotowi byli je zainwestować. Jednak widzieliśmy co przynosi przyszłość choćby na przykładzie tygodnika "Wprost". Było to kiedyś pismo intelektualistów i pisarzy poznańskich, jeszcze w końcu lat osiemdziesiątych "Odra" i "Wprost" uprawiały podobny styl dziennikarstwa i próbowały iść w tę samą stronę. "Wprost" przeszło na formułę masową i zaczęło szukać popularności, co im się udało, ale w tej chwili, gdy chce się poczytać więcej o literaturze to znajdziemy tam tylko dwie, trzy stroniczki. Sądzę, że trwamy na posterunku. Zaliczamy się do niewielu tytułów w kraju i instytucji broniących istotnych wartości moralnych, estetycznych i artystycznych. Obecnie wartości te rozmieniają się na drobne. W telewizji nie ma programów literackich, ostatni program "Wiadomości literackie" Beresia, jest nadawany w porze "Wiadomości" TVP l, więc przecież nikt tego nie ogląda. Inne programy zeszły poniżej godz. 22 czy 23, ale to jest los nie tylko telewizji, lecz wszystkich naszych mediów.

Gdyby odcięto fundusze z ministerstwa i Urzędu Marszałkowskiego, czy pismo straciłoby swój poziom i spotkałby je podobny los?

Nie sądzę, instytucje typu "Odra" są w kraju nieliczne. Miesięcznik ma najwyższy nakład spośród pism społeczno-kulturalnych i literackich, ponad 5 tys. egzemplarzy. Inne pisma mają kilka razy mniej. Moglibyśmy być samowystarczalni, gdyż mamy w tej chwili rocznie 120-130 tys. zł z samej sprzedaży, przy czym wynika to z naszej niskiej ceny, utrzymującej się dzięki dotacjom.

Jaka przyszłość czeka "Odrę" na rynku kolorowych gazet, w których więcej jest obrazków niż tekstu?

Wnioskując z listów, z telefonów, z wiadomości, które płyną do nas, myślę, że nadal będziemy liczącym się pismem. Jako kraj nie dorobiliśmy się wartościowego tygodnika, dwutygodnika literackiego, kanału telewizyjnego, gdzie ludzie zainteresowani sprawami kulturalnymi, artystycznymi czy społecznymi, a są przecież tacy zawsze, mogą znaleźć nie tylko komentarze na ten temat, ale także podstawowe informacje. Uważam, że "Odra" jest źródłem wiadomości na temat tego co dzieje się w kulturze, w nowych kierunkach filozofii na świecie, a równocześnie daje możliwość zaistnienia prowincji.

Czego życzyłby "Odrze" obecny redaktor naczelny na następne 40 lat?

Spokoju i tego, abyśmy mimo wszystko nie odchodzili od modelu ukształtowanego w ciągu wielu lat wspólnej pracy w "Odrze". Trwania, tak jak powiedziałem, przy głoszeniu i upowszechnianiu tych wartości, które w społeczeństwie zaczynają zajmować coraz pośledniejsze miejsce. Tłumaczenia ludziom, iż obserwowanie jak grupa ludzi ubiera na gołe ciała jakieś sreberka, a potem bawi się wspólnie w lekarza, to jednak nie jest, to co wszystkie tygrysy lubią najbardziej.