Grudzień 2009

Święta Bożego Narodzenia, czyli co?
Justyna Serafin

Adwent to dobry czas
ks. Kacper Radzki

Najnowszy polski przekład Pisma Świętego – w pierwszą rocznicę ukazania się
ks. Ryszard Zawadzki

„Pan Tadeusz” – burzliwe dzieje rękopisu
Barbara Lekarczyk-Cisek

Wsłuchiwać się w Słowo i modlitwę
kard. Zenon Grocholewski

„Do duszy spływa spokój” – z dziejów pewnej szkoły
Anna Sutowicz

Dyskutowali o ciele
Adam Kwaśniewski

Portret kardynała
Władysław Kalityński

Święta Renifera?
Krzysztof Bramorski

Galerianki
Marta Nowakowska

Co różni rodzinę chrześcijańską od innych rodzin?
Z ks. Stanisławem Paszkowskim rozmawia Bożena Rojek

Jego Eminencja Ksiądz Henryk Kardynał Gulbinowicz doktorem honoris causa wrocławskiej Akademii Medycznej
Arkadiusz Förster

O. Stanisław Golec odszedł do Domu Ojca
Marek Zygmunt

Strona główna

Archiwum

„Do duszy spływa spokój” – z dziejów pewnej szkoły
Anna Sutowicz


Przede mną leży stara kronika wiejskiej, już dziś nieistniejącej, szkoły w Nadolicach Wielkich, oddalonej kilka kilometrów od Wrocławia. Poszarzały papier i staranne pismo autorek czyni na mnie ogromne wrażenie. Myślę, jak daleko odszedł już dzisiaj świat od tej pełnej szacunku dla drugiego człowieka staranności w mowie, piśmie, geście. Ale nie nostalgia za srebrnym wiekiem polskiej szkoły, którego nawet nie mogę pamiętać, każe mi zasiąść do klawiatury komputera i skreślić parę słów refleksji. Zmusza mnie do tego raczej głos sumienia w imieniu osób odpowiedzialnych za polską młodzież, za owoce pracy nauczycieli, którzy dziesiątki lat przed nami tę młodzież oddali w nasze ręce.

Kiedy 4 września 1946 r. w ówczesnych Wysłanowicach, później nazywanych Nadolicami, pojawiła się pierwsza po wojnie nauczycielka, pani Romana Bochenek, Polacy przeżywali właśnie pierwszą fazę oswajania się z nową władzą. Na Ziemiach Zachodnich oprócz zwykłych szabrowników chronili się także ci, którzy pozostali niepokorni wobec nastającego porządku politycznego i cywilizacyjnego. Trudno orzec czy pani Romana miała kiedykolwiek okazję spotkać się z oporem społecznym na swoim oświatowym posterunku. Zdaje się, że trafiła na trudny pod każdym względem materiał ludzki.

W tym czasie kończono już akcję wysiedleńczą dla ludności niemieckiej, zamieszkującej Ziemie Odzyskane przed wojną, a sprowadzano tu masowo mieszkańców Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, owych Kargulów i Pawlaków z ich kultowymi przywarami i swoistą kulturą małorolnego chłopa. Choć pierwsza nauczycielka Wysłanowic/Nadolic, sama przybyła „zza Buga”, w „Kronice” raczej milczy na temat tzw. repatriantów i chowa ich niejako za szumnymi słowami o obracającym się kole historji [sic!] ze wschodu na zachód, a wraz z nim nastaniu sprawiedliwości dziejowej, Drang nach Osten ustąpił miejsca pochodowi na zachód, szczególnie na odcinku germańsko-słowiańskim. Czy wypędzona wraz z rodakami z ich wielowiekowych siedzib w Małopolsce Wschodniej i Litwie nie współodczuwała z nimi żalu za pozostawionymi polami, kościołem i znajomą drogą do najbliższego miasteczka?

Pierwsze lata na Ziemiach Zachodnich

W tym miejscu zaczynamy dotykać niezwykle delikatnego, wciąż żywego dla uczestników tamtych wydarzeń, problemu przenikania oficjalnej ideologii i prawdy sumienia w życiu codziennym i pracy nauczyciela sprzed pół wieku. Pierwsze sześć stron kroniki szkoły w Nadolicach to hymn na cześć powrotu Ziem Odzyskanych do Macierzy, jakże bliski, mimo wszystko, nam, wychowanym w szkołach PRL-owskich, niefałszywy, nieprzesadzony, oddający narodową dumę z powodu pokonania odwiecznego wroga, Niemiec. Inaczej oddychała pierś w Piastowskim Wrocławiu, na ziemi prasiedzib pierwotnych plemion słowiańskich, przywróconej wysiłkiem pokolenia wojny w aureoli bohaterstwa i piękna. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet przerzuceni owym kołem historii w obce strony, Zabużanie szybko przyjmowali przekonanie, że los postawił ich w miejscu, za które czuli się naprawdę odpowiedzialni. Czy to walec ideologii, czy wynik traumy wojennej, trudno dziś orzec, ale z pełną świadomością tzw. pionierzy przejmowali z rąk historii niełatwe zadanie zagospodarowania strasznej ruiny wsi i miast dolnośląskich.

Budzi pewną nieufność zdanie, w którym pani Bochenek opisuje ludzki element, który zastaliśmy na Ziemiach Odzyskanych. Była to ludność słowiańska, którą wielowiekowa walka z niemczyzną zahartowała (...), wygimnastykowała umysły. Charakteryzowała ją nieprzeciętna inicjatywa, przedsiębiorczość, kolosalne zdolności organizacyjne. Najwyraźniej refleksje te stanowią odbicie szeroko zakrojonej propagandy ówczesnych władz państwowych, której celem było ściągnięcie nad Odrę w szybkim czasie jak największej ilości przesiedleńców: tu mieli czekać spragnieni polskiego władztwa Polacy, gotowi pomóc i służyć własnym doświadczeniem walki „z niemczyzną”.

Z pewnością stopień zniszczeń wojennych był zupełnie inny w miastach i inny na dolnośląskiej prowincji. Wiadomo przecież skądinąd, że przybywający zza Buga Polacy niejednokrotnie jeszcze wiele miesięcy przebywali pod jednym dachem z rodzinami niemieckimi, ucząc się od nich korzystania chociażby z maszyn rolniczych, zupełnie nieznanych w ich rodzinnych stronach. I tak właśnie w mentalności pionierskich nauczycieli i ich podopiecznych przeplatała się w sposób raczej nierozerwalny wiara w sprawiedliwość dziejową i siła oficjalnej propagandy nowych gospodarzy ziem zachodnich.

Dolnośląska siłaczka

Daję wiarę dumie pani Romany Bochenek w 1946 r., gdy pisała: Jakież miałam zadowolenie, gdy po raz pierwszy liczna dziatwa zapełniła salę szkolną, pięknie przybraną. Myślałam sobie – teraz dopiero zrobię z nich pionierów, choć młodocianych na razie, ale w przyszłości będą ostoją społeczeństwa polskiego. Daję wiarę jej szczerości tym bardziej, że w tym czasie polityka oświatowa komunistów pozostawała jeszcze łagodna, nawet programy szkolne pozostawały znajome przedwojennym nauczycielom, a tylko gdzieniegdzie więcej w nich odnajdowano uwag na temat niedoli chłopa i robotnika sanacyjnego, a Krzywoustego okrzyknięto pierwszym pionierem Piastowskiego Śląska. Być może, nauczycielka nadolicka znała echa zjazdu Związku Nauczycielstwa Polskiego, reaktywowanego w lutym 1945 r., ale i przed wojną wcale nie grzeszącego przywiązaniem do tradycji polskiej. We wrześniu tego samego roku ZNP podkreślił wagę pracy nauczycielskiej na Ziemiach Odzyskanych, a jednocześnie zadowolenie z reform społecznych: upaństwowienia kluczowych gałęzi gospodarki i eliminacji ziemiaństwa.

Pionierscy nauczyciele mieli realizować humanistyczny ideał wychowawczy poprzez wpajanie młodzieży polskiej pracy fizycznej i umysłowej. Pod ich opieką znalazły się teraz najszersze rzesze chłopskie i robotnicze. Przybywały więc pierwsze siłaczki na Dolny Śląsk szybciej niż powstawały tu szkoły. Inspektorat szkolny wydawał potrzebne pozwolenia najczęściej dopiero wtedy, gdy te dzielne kobiety własnymi rękami i z pomocą rodziców uczniów odmalowały i zagospodarowały poniemieckie budynki.

Pani Romanie Bochenek w tej trudnej pracy pomagał także, jak pewnie w wielu innych przypadkach, miejscowy ksiądz. Niestety z czasem często okazywało się, że „ludzie tylko dużo mówią z miodem na ustach, ale do pracy chętnych nie ma [sic!]”, więc nauczycielka sama musiała nosić gruz i stosy śmieci. Jakże charakterystyczna inna gorzka wypowiedź pionierki znajduje się na dalszych kartach kroniki: Lud dosyć ambitny z tendencjami do wyższych aspiracji, a w rzeczywistości mało kto piśmienny i mało kto kulturalny. Gdy dzieciom zwracam uwagę i powiadamiam o tem rodziców, to zamiast współpracować nad wychowaniem i kształceniem dziecka, słyszę nieraz oburzenie z tej racji. Zdaje się, wielu nauczycieli w naszej nowoczesnej Polsce mogłoby kropka w kropkę powtórzyć te same słowa...

Czas brutalnej ideologii

Uczniowie okazali się więc niełatwym materiałem pracy, ich rodzice jeszcze trudniejszym, a z czasem i władze oświatowe zaczęły mocniej dociskać śrubę ideologii. Wyraźną cezurę stanowi tu rok 1949, jaki nastał po zjednoczeniu partii lewicowych w jedną zwartą i gotową do przejęcia władzy PZPR. Także dla polskiej szkoły jest to wyraźny skok ku osiągnięciu ideału wychowania komunistycznego. Stosując się teraz ściśle do wytycznych Jakuba Bermana z 1947 r., w którym zażyczył sobie pełnego zaangażowania inteligencji w politykę partii, ministerstwo i inspektoraty szkolne zaczęły narzucać nauczycielom treść i formy przekazu ideologicznego, w którym dominującym elementem miał się stać szacunek dla ludu pracującego miast i wsi oraz przyjaźń polsko-radziecka.

W tym czasie szkoła w Nadolicach zacznie się cieszyć opieką już nie miejscowego księdza, bo i o mszach na rozpoczęcie roku szkolnego jakoś w kronice szkolnej zrobi się cicho, ale dyrektora miejscowego PGR-u. A nowa nauczycielka, Maria Rudnicka, założy i zostanie pierwszym prezesem Chłopskiego TPD w Chrząstawie oraz Koła Ligi Kobiet. Tematyka kobieca zresztą będzie jej dość bliska, bo i dorosłym członkom społeczności wiejskiej głosiła w tym czasie pogadanki o swojsko brzmiącym tytule: „Kobiety w walce o pokój”. W nadolickiej szkole dzieci będą się uczyć śpiewu „Międzynarodówki” i z pewnością niejedno ukradkiem ziewnie podczas referatu pani nauczycielki pt. „Znaczenie Kongresu Zjednoczeniowego”. W dniu Święta Pracy zaczną odbywać się uroczyste akademie, październik stanie się miesiącem przyjaźni polsko-radzieckiej, kiedy to czczono kolejne rocznice wybuchu Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Notabene, ostatni zapis o zorganizowaniu takiej uroczystości znajduje się w kronice nadolickiej pod 21 XII 1972 r., choć pewnie i później obchody te trwały.

W grudniu 1949 r. kolejna nauczycielka urządziła huczne obchody 70. urodzin generalissimusa Stalina. Na program tej fety składały się: wieczornica w Domu Ludowym, przygotowanie pocztówek przez dzieci szkolne, wreszcie czyn urodzinowy, czyli rywalizacja o jak najlepsze przygotowanie do lekcji historii. Nie odnotowano, niestety, czy dzieci znały jeszcze zasługi Krzywoustego, natomiast łatwo się domyślić, że uczennica Tasaka Maria swoje dziewięć punktów, które dały jej zwycięstwo w turnieju, zawdzięczała głębokiej wiedzy na temat dokonań bratniego narodu i jego dobroczynnego marszałka.

W tej zniechęcającej otoczce w Nadolicach toczyła się jednak dalej zwykła praca nauczycielska. W roku szkolnym 1948/49 szkoła liczyła 36 dzieci w czterech klasach, choć kilkoro z nich trzeba było cofnąć do klas niższych, ponieważ nawet nie znały liter. Oprócz nauki nauczycielka oferowała im także zwiedzanie Wystawy Ziem Odzyskanych, zabytków Piastowskiego Wrocławia, w tym także ZOO, w jej rozumieniu nie mniej piastowskiego. Nie zapominano także o dorosłych: organizowano dla nich świetlicę, dla członkiń Ligi Kobiet kursy kroju i szycia, ale także w kościele stanęła szopka bożonarodzeniowa.

Trudno jednak zaprzeczyć, że duch pionierski ustąpił posłusznemu wypełnianiu zaleceń partii, sprzeciw groził wszak prawdziwymi represjami. W październiku 1950 r. do Nadolic przyjechała doświadczona już długoletnią pracą lubelska nauczycielka, Maria Partykowa, której przyjdzie przez ponad dwadzieścia lat kierować tutejszą szkołą. Jak grzyby po deszczu powstały różne „organizacje społeczne”: koło TPPR, Odbudowy Stolicy, PCK, Komitet Obrońców Pokoju, Szkolna Kasa Oszczędności. Wszystkie miały za zadanie wychowanie na światłych i pożytecznych obywateli naszej ojczyzny. Dla dzieci założono prenumeratę czasopism: „Płomyczek” i „Iskierka”, organizowano konkursy czytelnicze, funkcjonowało amatorskie koło teatralne, punkt biblioteczny dla mieszkańców wsi. W szkole można było zjeść śniadanie oraz wystarać się o pobyt dziecka na tanich koloniach.

Szkolna codzienność… w imię socjalizmu

Lata 50. nie należały do łatwych, ale inspektorzy zaznaczali, że stan wychowania i nauczania w szkole jest zadowalający. Po 1956 r. kurs partii wyraźnie złagodniał jeśli chodzi o bezpośrednie naciski na przyspieszenie budowy społeczeństwa komunistycznego. Jednak duch aktywności socjalistycznej pozostał. Praca nauczycielska toczyła się w ściśle określonych ramach, a wizytacje okazały się wcale nie rzadsze. W kronice pani Partykowej dominują jednak opisy licznych wycieczek w Sudety i najbliższe okolice, a także do Zakopanego i nad morze, które odbywały się w ramach zajęć Szkolnego Koła Krajoznawczo-Turystycznego. Zdaje się, że kierowniczka szkoły realizowała w ten sposób swoje osobiste zainteresowania, gromadząc wokół siebie spragnioną wrażeń młodzież.

W roku szkolnym 1957/58 pani Maria otrzymała do pomocy troje nauczycieli. Na zdjęciu z czerwca 1958 r. widnieją wszyscy wśród świeżo upieczonych ośmiu absolwentów na tle odrapanego budynku szkolnego tonącego wśród zieleni ogródka. Aż trudno wyobrazić sobie, że ten zgrabnie wyglądający zespół światłych nauczycieli już w następnym roku dokona głębokiego rozłamu w szkole na tle zachowania wierności partii komunistycznej.

Kontakt z młodzieżą nie urywał się wraz z jej odejściem ze szkoły, wielu młodych włączało się dalej w prace kół czytelniczego i teatralnego, a najpewniej po prostu potrzebowało spotkań ze starą nauczycielką. Wszystko to, oprócz wielu ogromnych przeszkód stanowiło chleb codzienny kierowniczki szkoły. Jej dni biegły od wydarzenia do wydarzenia: we wrześniu co roku rocznica najazdu niemieckiego na Polskę, w październiku rocznica powstania Wojska Polskiego, na którą często zapraszano z pogadanką wysokich oficerów, rocznicę rewolucji przeniesiono wkrótce na 7 XI, Święto Pracy, Dzień Zwycięstwa, Dni Górnika, Dzień ORMO, Dzień Nauczyciela. Zdarzały się jednak sporadycznie obchody odzyskania niepodległości 11 listopada, rocznicy wyzwolenia stolicy 17 I, a nawet 3 V 1966 r. obchody święta Konstytucji Majowej.

W latach 70., gdy przyjechała profesjonalna pani od muzyki, przy szkole działał już chór, powstała także drużyna harcerska. W tym okresie pojawiły się także gminne manifestacje z okazji Święta Pracy, w których młodzież szkolna musiała brać udział. Pani Maria milczy jednak, na ile ten udział był aktywny i jakie było jej osobiste zaangażowanie w przygotowanie obchodów. Znając jednak sytuację społeczną tamtego okresu, zwłaszcza w środowiskach wiejskich skupionych wokół PGR-u, podobne wydarzenia stanowiły zawsze miłą odskocznię od dnia codziennego, połączoną ze spotkaniami środowiskowymi, zakupem waty cukrowej i kolorową paradą. Taki produkt zastępczy w zamian za wesołe kościelne odpusty. Któż by się zastanawiał nad ideologią?

Nauczyciel na wsi

Pani Maria Partykowa odeszła z nadolickiej szkoły ostatecznie w 1972 roku Jednymi z ostatnich zdań przez nią zapisanych były: Zdążyłam przywyknąć już do młodzieży tej szkoły, która jeżeli tylko chce, potrafi być bardzo miła i dać człowiekowi wiele radości, zapomnieć o kłopotach i troskach. (...) Czasami będzie mi jej bardzo brak i wtedy pomogą mi wspomnienia.

Wielu z młodych, widniejących na licznych zdjęciach, wklejonych w kronice, nawet tych wyraźnie przerośniętych i nie obdarzonych wyrazem inteligencji na twarzach, musiało odczuwać ten szczególny związek z nauczycielką, nawet gdy uświadomiony dopiero po czasie. Dla niej to był spory kawałek życia, gospodarstwo, które przejęła od innych i poprowadziła dalej. Odchodząc na emeryturę czuła w duszy spokój i miała „poczucie dobrze spełnionego obowiązku”. Przerzucając karty starego brulionu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ten osobisty stosunek nauczycielki do jej pracy wycisnął głębokie piętno nie tylko na uczniach, ale na całym najbliższym otoczeniu.

Ostatnie zdania

Ostatni zapis w kronice szkoły w Nadolicach pochodzi z 7 czerwca 1980 r. Czy tamte czasy i warunki pracy nauczycielskiej były łatwiejsze, czy trudniejsze od naszych? Rzecz jest o wiele bardziej złożona i pogmatwana, niż mogłoby się wydawać osobie postronnej. W szkole pozornie nie funkcjonuje już wroga ideologia, a nauczyciele mają pełną swobodę realizacji własnych zamierzeń pedagogicznych, a nawet wymaga się od nich indywidualnego podejścia do każdego ucznia i jego potrzeb. Każdy, kto zetknął się w jakikolwiek sposób ze współczesną polską edukacją dostrzega jej szumne wysiłki w kierunku uzyskania jak najlepszego wykształcenia Polaków na tle latorośli innych krajów europejskich, dotąd przodujących pod względem jakości czytania ze zrozumieniem i obliczania punktów na świadectwie maturalnym. Tylko dlaczego tak jakoś trudniej w tej szkole odnaleźć swoje miejsce? Trudniej uczniom, trudniej nauczycielom, trudniej rodzicom...