Listopad 2001

Wyrwać świat z depresji
O Synodzie Biskupów - z ks. prof. Janem Kruciną, ekspertem synodalnym rozmawia ks. Grzegorz Sokołowski

Pierwsi powojenni żniwiarze we wrocławskim Kościele
ks. Józef Pater

Nasz Biskup Józef
ks. Ryszard Mroziuk

Pospiesznie przybywali pasterze
Stefan Kotusz

U Brata Alberta
Stefan Laurent

Ja po prostu byłem
O posłudze Kościoła Wrocławskiego w okresie stanu wojennego z Księdzem Prałatem Andrzejem Dziełakiem rozmawia Stanisław A. Bogaczewicz

Pop-art we Wrocławiu
Daniel Zapała

11 listopada w Łagiewnikach
Alina Kuźniecowska

Jedno dobre życie
Piotr Sutowicz

Dlaczego w czasie Adwentu i Wielkiego Postu nie wolno tańczyć i brać udziału w zabawie?
ks. Jarosław Grabarek




Strona główna

Archiwum

Wyrwać świat z depresji
O Synodzie Biskupów - z ks. prof. Janem Kruciną, ekspertem synodalnym rozmawia ks. Grzegorz Sokołowski


Zaskoczyła nas tu w Rzymie, w Instytucie Polskim, wiadomość o przylocie Księdza Profesora na Synod. Zwłaszcza, kiedy Ksiądz Rektor Kiernikowski zdradził, że po arcybiskupach Gocłowskim, Michaliku, Muszyńskim, Życińskim, a także biskupie Dydyczu, również Ksiądz Profesor zgłosił czterotygodniowy pobyt w rzymskim Instytucie.

Nie udało mi się umknąć temu wezwaniu. Tym bardziej, że Nuncjusz Apostolski abp Kowalczyk dał mi do zrozumienia, że usprawiedliwić odmowę mogę tylko u samego Ojca Świętego. Przeczuwałem, że owe cztery tygodnie - (30 IX - 27 X), czas wyznaczony na Synod, to chyba nie zabawa. Że jest to mocno absorbująca, zdyscyplinowana Sesja robocza niemal trzystu uważnie słuchających i ściśle współpracujących ze sobą ludzi - nie, tego do ostatka nie przewidywałem.

Co mogło być takie uciążliwe?

Trudno mówić o uciążliwości tam, gdzie jest modlitwa, a także dużo radości. Najpierw ujmująca koncelebra, poruszająca homilia Ojca Świętego wzywająca do prostoty, ubóstwa, pokory, szczególnie wobec nadużyć świata. Piękny wystrój liturgii. Tak, to wszystko swojskie, domowe, niemal własne. Ale zaraz obok tego - wręcz hamująca wstrzemięźliwość, kiedy w tej niemal trzystuosobowej gromadzie koncelebransów napadnie nieznajomego uczestnika pewna anonimowość - wokół wiele, wiele niewiadomych twarzy. Nagle jednak z tego chwilowego smętku poderwało mnie silne poczucie katolickiego "My", prawdziwa radość z przynależności do czegoś wyjątkowego, udział w wydarzeniu szczytowym Kościoła. Jakże bliska wydała mi się w niej bliskość Postaci Papieża - podobnie jak tajemnica obecności Chrystusa Pana.

A co po początkowej paradzie, co przyniosły następne pospolite dni, cztery robocze tygodnie synodalne?

Od pierwszego poniedziałku wszystko jawiło się nowe, chociaż stopniowo wkraczało w pewną jednostajność, niby taką samą, ale ciągle ciekawszą. Tuż po śniadaniu o godz. 8.30 jazda autobusikiem do Watykanu w towarzystwie wspomnianych już dobrze znanych biskupów polskich, którzy od razu przygarnęli mnie do swego grona bardzo serdecznie, dopuścili do wielowątkowych dyskusji, które z biegiem czasu rozrastały się do wielkiej debaty. Ona nie robiła Synodu, z czasem jednak go komentowała.

Jak wobec tego rozpoczęło się samo roztrząsanie tej wielkiej sprawy o nadziei, jaką ma nieść przygnębionemu nieco światu biskup, ten szczególny sługa czy zwiastun Ewangelii Chrystusa?

Do samego jej rdzenia dochodziliśmy etapami. Wpierw było owo szokujące zetknięcie się z setkami ludzi Synodu, ludzi z całego świata. Wyobraźnię ożywił mi niemało biskup z Beireny, która leży w Papui Nowej Gwinei - odległości pokonywanej dość długo statkiem z Australii. Przybywający biskupi wynurzali się tego pierwszego dopołudnia z różnych zakątków Rzymu - jedni zamożni, inni z widmem nędzy swego kraju w oczach. W atrium auli synodalnej zaroiło się od purpuratów, znanych dygnitarzy Watykanu, fioletowych czapeczek, ludzi nierzadko sobie bliskich, niekiedy i bardzo zbratanych. Wyszukiwałem wiadomych twarzy, było ich jednak z początku niewiele. Onieśmielony, powiedziałem sobie, mimo dystansu, być może i bariery, a równocześnie i szacunku, muszę pokonać ową pozorną obcość. I ta pierwsza determinacja okazała się ważna, chociaż nie zaowocowała od razu. Zanim obyłem się z urządzeniami, które tu na nas czekały, dzwonek wezwał tzw. synodałów oraz ich pomocników do wspaniałej amfiteatralnej auli synodalnej. Odszukałem, podobnie jak każdy, wyznaczone miejsce. Moje znajdowało się w szeregu oznaczonych literą "J" - Było wygodne, pierwsze z brzegu, wzdłuż środkowego przejścia. Oklaskami powitaliśmy Ojca Świętego, który chwilę przedtem poświęcił przytulną kaplicę wkomponowaną w kompleks miejsca obrad. Jednym tchem rozległo się Veni Sancte Spiritus, potem brewiarzowa tercja, która przez całe cztery tygodnie otwierała wszystkie obrady Synodu. Po zagajeniu sekretarz generalny kard. Schotte objaśnił temat pozycji biskupa w świecie i zaznajomił zebranych z rygorami statutu Synodu - z precyzyjnie opracowanym Vademecum, które realizowano wedle dnia i godziny. Relator generalny, kard. Egan, ten z Nowego Jorku, gdzie 11 września zaskoczył wszystkich terrorystyczny napad, przedłożył tzw. relację poprzedzającą debatę (ante disceptationem). Tekst oparty na swoistym "bryku" do obrad - tzw. instrumentum laboris, założeniach ideowych liczących 125 stron. Nadmienię, że otrzymałem do Wrocławia jego brzmienie angielskie, zaś bp Tyrawa był tak dobry, że z Internetu ściągnął tekst niemiecki. Po takich wprowadzeniach rozpoczął się właściwy Synod - wyścig pojedynczych przemówień, maraton ośmiominutowych interwencji wszystkich uczestniczących biskupów, tzw. synodałów (ojców Synodu). Przebiegało to bez wyszukanej hierarchii, w kolejności udostępnionych w sekretariacie Synodu tekstów. Mogli też przemawiać tzw. audytorzy - z Polski matka generalna s. Jolanta Olech oraz red. Zbigniew Nosowski z Więzi. Ekspertów, do których grona należałem, wykluczono z zabierania głosu - wbrew temu, że nosiłem się z zamiarem przedstawienia zastosowania zasady pomocniczości w Kościele. Potem moją sprawę przedstawiono nieco jednostronnie, a innym razem skrajnie, tak iż musiała na życzenie Papieża powędrować do specjalnej komisji. Eksperci mieli jednak swoje przywileje, ale i zadania. Zaraz po modlitwie brewiarzowej otrzymywaliśmy listę przewidzianych do południa a potem i po południu mówców, wreszcie stos ich przemówień przemieszanych w walnej większości językiem angielskim, następnie włoskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim, a trochę i portugalskim. Rozpoczął się kołowrót zróżnicowanych wątków, tematów, sytuacji, które wszystkie jakoś osnuwały zasadniczy temat o biskupstwie. Zetknęliśmy się z przytłaczającą galerią wypowiedzi kardynałów i biskupów, sięgających pochodzeniem "aż po krańce ziemi".

To chyba musiało być ciekawe, chyba że mówcy się powtarzali lub byli swoiście nudni?

Mówcy już przez nieubłagalnie przydzielony czas do ośmiu minut nie mogli być nudni. Języki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Monitor upominał w miarę upływu czasu, po ośmiu minutach głośniki milkły bez względu na pozycję mówcy.

I co dalej - odkąd przewijała się mowa po mowie, tak szło bez wytchnienia?

Tak. Dlatego co z początku budziło wielką ciekawość, z biegiem dni, szczególnie pod koniec drugiego tygodnia, odbierało cierpliwość i nużyło. Nie znużyło chyba Papieża. Ojciec Święty wytrwale słuchał, spoglądał wokoło, czasem wyszukiwał twarze bardziej znajomych uczestników, a zarazem trzymał w ręku książkę i czytał. Siedząc na podwyższeniach synodalnego amfiteatru mogłem Papieża skrzętnie obserwować i zauważać - już wedle samej wielkości - codziennie inną książkę w jego ręku, podczas słuchania go, czytania, w jego obserwacjach, a zaiste i medytacjach. Czy widzisz, Księże Grzegorzu, te stosy papieru? To hałda prawie 280 przemówień. Stosy codziennie prawie szeregowane, układane poniekąd wedle wątków i tematów przydzielonych każdemu z 16 ekspertów. Gdyby to streścić jakimś wspólnym mianownikiem, ów maraton przemówień i interwencji - niekiedy dłuższych, chociaż nie wygłoszonych w całości - to wielka gromada może i cennego papieru, w której z trudem można wyśledzić główne wątki - a to nić czerwona, to złota, to zielona.

Po co to sortowanie i segregowanie?

Materiał zgromadzony w przemówieniach jest wielowątkowy i rozległy. Konieczna była jego kategoryzacja, choćby najważniejszych zagadnień. Dopiero z kilkunastu zespołów problemowych mógł sekretariat Synodu ułożyć relację syntetyczną (post disceptationem), wygłoszoną przez relatora generalnego lub jego zastępcę. Ten niezmiernie ważny dokument mógł stanowić podłoże drugiej połowy obrad Synodu. Owa relacja stała się punktem wyjścia dla dyskusji w 12 grupach językowych, które po ośmiu spotkaniach mogły przedstawić własne sprawozdawcze oceny sumarycznej relacji. Sprawozdania grup językowych, najwyżej pięciostronicowe, zostały również przedłożone wobec zgromadzenia plenarnego. Z owych dwunastu sprawozdań powstał następny, dość trudny do opracowania dokument łączny. Ów elenchus unicus propositionum - zbiór obejmujący syntezę propozycji dostał się ponownie pod obróbkę grup językowych, które raz jeszcze go prześledziły, udoskonaliły i oddały do ostatecznej redakcji sekretariatowi Synodu. Na kanwie tego opracowania zbiorczego, po jeszcze jednej weryfikacji przez grupy językowe, zestawiono ostateczne wnioski i propozycje, które poddano głosowaniu na jednym z ostatnich zgromadzeń plenarnych. Po ostatnich naniesionych poprawkach stały się one - oprócz wszystkich innych zebranych materiałów i dokumentów - głównym owocem Synodu oddanym do ostatecznych decyzji Ojcu Świętemu. Stały się ważnym przyczynkiem do adhortacji posynodalnej poświęconej biskupstwu.

Mało kto uwierzyłby, że to tak skomplikowana machina!

Widać, że zmęczyłem Księdza tym przydługim opowiadaniem o techniczno-organizacyjnej stronie Synodu. Ale to chyba jedyny kolegialny sposób na uporanie się z taką masą treści. Bo jak inaczej wydobyć z tej sterty papieru, a zarazem z owych głęboko przemyślanych oczekiwań, owe złote i czerwone nici głównych wątków i utkać je we wspólne mianowniki. Dopóki Synod wyraźnie nie ograniczy zakresu tematów, jak chce tego np. kard. Danneels - ten sposób, wypracowywany z biegiem minionych zebrań synodalnych będzie chyba obowiązywał.

Jesteśmy ciągle w gąszczu szczegółów. Co Ksiądz Profesor uważa w tym wszystkim za najważniejsze?

Padało to pytanie właśnie w kuluarach, szczególnie w ciągu pierwszych dwóch tygodni - kiedy leciał ów maraton coraz to nowych dziesiątek przemówień. Oczywiście nie w tłumie. Trzeba było odnaleźć znajomych, pokrewnych duchem rozmówców. Kuluary to codzienna, półgodzinna przerwa na kawowe spotkania - coffee-break. Wówczas mogli się spotykać wszyscy ze wszystkimi. Dziesiątki już się znały, nowicjusze musieli przerzucać nowe pomosty duchowe. I otwartość wzajemna pozwalała, że rozkręcało się to z każdym dniem wszerz. Nie było mi trudno odnaleźć wspaniałych rozmówców, którzy odwiedzali Wrocław: kardynałowie Meisner, Ratzinger, Lehmann, Kasper, Vlk. Pomogła także dawna znajomość z kard. Grocholewskim, szczerze zainteresowanym naszym Fakultetem Teologicznym. Wreszcie codzienna wymiana zdań z kard. Jaworskim a wraz z nią i dużo, dużo wspomnień. Ale też i biskupi z ościennych krajów postkomunistycznych, całe Bałkany, Rosja, Białoruś, Ukraina - to kręgi ciekawych rozmówców. Dołączali do takich grupek bądź wielcy dygnitarze - Sodano, Re, Szoka - pamiętający nasze wrocławskie millennium, ale też biskupi Zachodu, a także sympatyczny biskup Wietnamu, kilku Afrykańczyków. I tak ożywiała się nasze cyrkulacja myśli i nabierała coraz żywszego tętna. Przyznaję, że wydawało mi się, iż w wielu wypowiedziach ów wizerunek biskupa, jego idealny obraz, przemieszany niekiedy z brutalną rzeczywistością - wydawał mi się jakoś zawieszony w powietrzu. Brakowało mi konkretnego osadzenia. Temat bowiem miał dwa bieguny - Sługa Ewangelii, ale z przepastnym przeznaczeniem, skierowanym w stronę obudzenia nadziei przygnębionego świata. Zakłuwał mi uszy serdeczny lament biskupa z Afryki, który żalił się i pytał natarczywie: jak wśród nędzy, krzyczącej nędzy, analfabetyzmu, uśmiercającego AIDS, jak wśród skrajnej rozpaczy zapalić blask nadziei? Jak teraz po napadach terrorystycznych w USA, a tylu nieco słabszych rozbojach przedtem, świat może umknąć przed rozpaczą, depresją, zapaścią duchową? I tu widzę ufną, uśmiechniętą twarz kard. Ratzingera: wir werden es schon hineinkriegen. My drogę zaradczą najpierw sformułujemy, ażeby tą ożywioną świadomością napromienić stopniowo cały Kościół. Dopiero Kościół, czołowi jego ludzie, pełni wyrobienia duchowego mogą wyrwać świat z przygnębienia, z depresji.

Myśli Ksiądz Profesor, że takie oczekiwanie się spełni, że to się powiedzie?

Przyznam się, że rozważyłem jakąś "geografię uwarunkowań" w skali świata. Zainicjowałem dyskusję wśród ekspertów. Było to łatwe. Codziennie bowiem mieliśmy obrady od 16 do 17, a więc tuż przed wieczornym zgromadzeniem plenarnym. To grono uwrażliwiło się przy tej okazji na dodatkowe kryterium podziału - wedle postaw i wedle struktur. A więc przykładowo, co wywołuje strach, przygnębienie i jak taką niemoc zastraszenia przełamywać. Oczywiście, że zgodnie z tematem trzeba zacząć od figury biskupa. Trzeba poszukiwać tego najważniejszego źródła mocnej tożsamości biskupa, grunt jego sakralnej siły i wyrastającej stąd duchowości. Pamiętam spór, czy owa duchowa siła, duchowość "spiritualitč", potężny sposób bycia biskupem, czy to przychodzi z sakramentu samo, czy musi być pielęgnowane. W dyskusyjnym kole, o którym jeszcze pomówimy, kard. Wetter konieczność pielęgnacji tej zdatności uznał za oczywistą. Zgłaszają się tutaj zaraz podstawowe zadania biskupa, munera - uczyć i świadczyć, łączyć z Chrystusem przez wszystkie znaki uświęcające, wreszcie zarządzanie które jest poświęceniem się. Nie było chyba wypowiedzi synodalnej, która nie chciałaby w biskupie widzieć ojca i brata, i przyjaciela. Biskup oczywiście nie jest samoistną monadą. Podobnie do kolegium apostołów i biskupi tworzą zespolenie, komunię z Ojcem Świętym. Stąd nieodzowność nadprzyrodzonej wspólnoty, zakotwiczonej w tajemnicy trynitarnego Boga. Oto zasadnicza struktura, która budzi postawę wiary, świadectwa, nadziei, bezgranicznej ufności, przed którą pierzchają wszelkie strachy. Nie obejdzie się wszakże bez Ducha Chrystusowego, bez Eucharystii, która przenika wspólnotę wspólnot, ecclesiam ecclesiarum, wszystkie szczeble i poziomy horyzontalnej - uniwersalnej przestrzeni Kościoła, jak też i każdą diecezję z góry w dół oraz od dołu do góry. W jakim świecie ma to się dziać? Inaczej na czarnym, biedą ociekającym lądzie Afryki, inaczej w naszej środkowoeuropejskiej pustce i dezorientacji po komunizmie. Azja ma swe bogactwo dialogu i przenikania ekumenicznego różnych religii, gdzie kryją się poniekąd Semina Verbi. Ameryka Południowa przejmuje się walkami obywatelskimi, nawałnicą globalizacji, zaś cywilizacja atlantycka zachodniej Europy i Ameryki Północnej z całą uległością wobec hedonistycznego dobrobytu okazała się tak pewna siebie, że zuchwałość rozboju i nienawiści przebudziła ją z wygodnego "Wielkiego Żarcia", jak nazywa to film Pasoliniego. Wznieciła dumę, ale i przestraszyła.

Interesuje mnie, gdzie rozegrała się ta właściwa bitwa o pełną treść Synodu?

Otóż trzeba przypomnieć, że oprócz 25 "kongregacji generalnych" odbyło się 17 sesji grup językowych (circuli minores), których było 12. Nie lekceważąc wielkich i ciekawych debat hiszpańskich, francuskich, (a mówię tak choćby z zetknięcia się z ekspertami tych języków), muszę powiedzieć, że przyjemną i kompetentną atmosferę odnalazłem w grupie niemieckojęzycznej. Podobnie mówili o swych zespołach i nasi polscy biskupi. Abp Życiński był u Anglików i Amerykanów, zaś abpi Gocłowski, Michalik i bp Dydycz u Włochów. Grupa niemiecka, do której mnie przydzielono, była zróżnicowana narodowościowo, a zarazem o wysokiej randze kompetencji. Pomieszczono w niej ośmiu kardynałów: Ratzinger, Meisner, Kasper, Paskai, Lehmann, Vlk, Wetter, Simonis. Byli przedstawiciele krajów nordyckich, Beneluxu, Szwajcarii, Austrii, całych Bałkanów po Rumunię i Bułgarię, patriarcha unicki, Wietnamczyk, wreszcie abp Muszyński i wraz ze mną red. Nosowski z Więzi. Polubiłem to forum. Czułem się w nim swobodnie, przyjaźnie, zaś wielkie głowy Kościoła określały poziom dyskusji. Celną dystynkcję wprowadził kard. Ratzinger, który służbę ufności, obdarzenie nadzieją ściśle złączył z wiarą, z zadaniem wierzących, którzy "nie smucą się, jak ci inni, którzy nie mają nadziei" [1 Tes 4,13] - tych, którym wiarę w przyszłość odbiera niewiara i wpędza ich w przygnębienie. Źródłem całej ufności, usposobienia pełnego zawierzenia jest zmartwychwstały Chrystus. Ci zaś, którzy są "poza Chrystusem, bez udziału w przymierzu i obietnicy, ci na tym świecie nie mają ani nadziei, ani Boga" [Ef 2,12]. Stąd też ich smutek, zapaść a nawet i depresja, gdyż złudne oczekiwania prowadzą do fałszywego, pomylonego usposobienia, do aberacyjnych postaw. Z nich bierze się ubóstwianie doczesnych, przelotnych wartości, utopia, która nie ziści się na żadnym lądzie i niesie w końcu rozpacz. Rozwijając te myśli można rozszerzać kwestionariusz przymiotów, charyzmatów i zalet biskupa, które z jednej strony są zakotwiczone w pełni sakramentu, w nadprzyrodzonych źródłach, pilnie strzeżonych poprzez naśladowanie Chrystusa, szczególnie Jego prostoty i ubóstwa, o czym dwukrotnie mówił sam Papież. Ze strony drugiej wzmacnia owo wyjątkowe uposażenie biskupie duchowość kolegialnej wspólnoty apostolskiej, dziedziczonej w nadprzyrodzonym spadku biskupiej koinonii, duchowego zespolenia o kolegialności afektywnej i efektywnej. To ona musi przenikać całą wspólnotową przestrzeń Kościoła - jego wymiary uniwersalne, diecezjalne i schodzić w dół ku wspólnotom dekanalnym, parafialnym, które mając w swoim centrum Eucharystię, owo nadprzyrodzone skrzyżowanie dźwigają w rozmiary uniwersalnej przestrzeni całego Kościoła, więcej - Kościoła działającego w świecie velut ab instar, jak drożdże w cieście. Z tożsamości biskupiej wynika ściśle nakaz nauczania, munus predicandi. Biskup jako doktor wiary, który wytrwale zabiega o pomnożenie kwalifikowanych współpracowników, ażeby rozszerzyć swoje działanie. Formatio pemanens biskupa jest wzorem w ustawicznym formowaniu dzielnych kapłanów, laikatu, tym bardziej dbałość szczególna o powołania kapłańskie i apostolskie. Zabezpieczy to urzeczywistnienie i wbudowywanie się Kościoła w przyszłość rozwijających się parafii. Wiele słów padało o strukturach diecezji, o radach i gremiach na szczycie diecezji oraz wszelkich jej peryferiach, o sposobie bycia biskupa, kapłana, osoby zakonnej, chrześcijanina. Biskupi charyzmat pobudza wytrwałą współpracę duchownych, świeckich w pielęgnowaniu pobożności ludowej a także w pielęgnacji kultury duchowej, ucieleśnionej także w zabytkach dawnych i monumentach dzisiejszych. Zaznaczyła się możliwość napięcia w Kościele, jakiejś polaryzacji między działaniem struktur centralnych i lokalnych - przy zupełnym wyłączeniu krytyki Papieża. Przeciwnie podkreślano jego usilne wysiłki o kontakty z każdą peryferią Kościoła. Forsowali niektórzy jako zaradczy środek zastosowanie zasady pomocniczości, oczywiście przy pełnym respekcie dla nadprzyrodzonej, niezbywalnej struktury Kościoła - jego dobra wspólnego, które jako inkorporacja w Chrystusa jest jądrem wszelkiej komunii. Nie jest to nic innego jak zabezpieczenie konsekwencji aktywnego udziału (actuosa participatio) w Tajemnicy trójjedynego Boga. Z owego najwyższego misterium rodzi się uczestnictwo, które zamienia się w posłanie ufności, w niesienie misji nadziei przezwyciężającej niebezpieczeństwo duchowej zapaści świata.

Na koniec - jakie przemówienie zrobiło na Księdzu wrażenie?

Spodziewasz się, że ucieknę się do ulubionych moich autorytetów. I tak by należało. Ciekawie mówili nasi biskupi o przezwyciężaniu globalizmu, atrakcyjności radykalizmu ewangelicznego, doświadczeniach naszej rodzimej pastoracji, a litania taka by się wydłużała. Urzekł mnie natomiast rumuński biskup Martin Roos z Timisoary, gdzie kiedyś rozpoczęła się odnowa postkomunistyczna. Zaprasza on duchowieństwo w 10-osobowych grupach do swej rezydencji na wspólne tygodniowe skupienie i studiowanie - od poniedziałku do piątku do wspólnej modlitwy, rozmów, jedzenia. Vita communis. Turnus po turnusie dopóki nie wyczerpie całego diecezjalnego prezbyterium. Rok po roku. Odwiedziłem już po doktoracie na KUL, po kilku latach pracy w diecezji, wiele uniwersytetów - austriackich, rzymskich, szwajcarskich, niemieckich, francuskich. X Synod Biskupów stanowił - mimo mojego początkowego cofania - szkołę szczególną, nieporównywalną do żadnej innej. Już choćby ze względu na ogromną kondensację doświadczenia i wiedzy oryginalnie akumulowanej. Papież wezwał blisko 300 biskupów, księży i świeckich do rozważenia sytuacji Kościoła przez pryzmat sprawowania posłania biskupiego. Wezwał do modlitwy i wymiany zdań. Jestem wdzięczny, że mogłem uczestniczyć w tym czasie łaski i Bożego nawiedzenia, choć nieco uciążliwego. Zamiarem było wydźwignięcie kolegium biskupiego, w którego ośrodku mieści się nadprzyrodzone powiernictwo, by jakoś na nowo uzbrojone i odnowione niosło nadzieję w przyszłość przygnębionego świata. Mógł Ojciec Święty podczas uroczystego zamknięcia Synodu w Bazylice św. Piotra powołać się na 15 biskupów wyniesionych do chwały ołtarzy. Wskazał, jak z rysów ich kultury świętego życia, podobnie jak z mozaiki, wyziera Boskie Oblicze Chrystusa Dobrego Pasterza - Tego, Który jest Ewangelią Boga, Ewangelią nadziei ożywianą wśród nas. Można użyć bardziej dramatycznej metafory, biskupa Corrala z Ekwadoru. Świat dzisiejszy stoi w płomieniach. Krzyż jednak stoi wyżej od ognia i płomienie nie potrafią go zniszczyć. Jest bowiem pomostem między ziemią a niebem. Krzyż łączy świat z wiecznością. I oto nadzieja, która zwycięża smutek świata.

Rzym 27 października 2001 r.

Z ks. prof. Janem Kruciną rozmawiał ks. Grzegorz Sokołowski