Listopad 2002

Polska przypomni Europie o jej korzeniach
z kard. Angelo Sodano rozmawia Krzysztof Gołębiowski

Święci – aby zawstydzać
ks. Mariusz Rosik

Proces beatyfikacyjny ks. Jerzego Popiełuszki
ks. Piotr Nitecki

Służba Bezpieczeństwa a Cmentarz Osobowicki
Tomasz Balbus

Rysy diaspory
Adam Ryszard Prokop

O Polakach w Czechach
z Tadeuszem Siwkiem rozmawia Leszek Wątróbski

O świetle
Agata Combik

Klaryski z Ząbkowic
Jan Korcz

Jeszcze o „Mikrokosmosie"





Strona główna

Archiwum

Jeszcze o „Mikrokosmosie”
Z redakcyjnej poczty


We wrześniowym numerze „Nowego Życia” ukazał się tekst Andrzeja Podchojeckiego, będący pobieżnym omówieniem książki Normana Daviesa i Rogera Moorhousa pt. „Mikrokosmos”, a poświęconej historii Wrocławia. Autor tekstu zastrzega się, że jego publikacja nie jest całościową recenzją książki i to rzeczywiście prawda. Przede wszystkim, pan Podchojecki pomija znaczną część opinii autorów „Mikrokosmosu”, które stanowią publicystyczne tło książki, a które to tło jest tak samo istotne, jak wytknięte, nie wszystkie chyba zresztą, błędy faktograficzne. Pobieżność recenzji można oczywiście tłumaczyć koniecznością zmieszczenia się w określonych ramach „przestrzennych” i trudno do końca mieć pretensję o brak reakcji na pewne kwestie poruszone w niezwykle ostatnio popularnej książce o historii Wrocławia.

Mimo to zdecydowałem się napisać do redakcji, nie licząc na publikację, o rzeczach, które szczególniej zwróciły moją czytelniczą uwagę, i co tu ukrywać, lekko mnie zdenerwowały. Przede wszystkim chodzi o część książki, która mówi o historii najnowszej. W tej części doskonale widać, że miasto, które ma być głównym bohaterem książki, „ginie”, jak stwierdza redaktor Podchojecki, na tle opisów losów ludzkich z różnych części Dolnego Śląska czy w ogóle Polski. Lecz nie o to przede wszystkim mi chodzi. Jako mieszkaniec miejscowości położonej w pobliżu Wrocławia, związany z miastem pracą zawodową, nie podzielam optymistycznych opisów zmian, jakie miasto przeszło w latach dziewięćdziesiątych, do których książka zalicza: budowę plomb, likwidację bazarów, tworzenie hipermarketów oraz odrestaurowanie rynku. W związku z tym ostatnim „Wrocław dysponował teraz przestronną, wdzięczną i atrakcyjną areną życia miejskiego; turystom podróżującym po Europie Środkowej mógł przedstawić się jako godny partner Krakowa i Pragi”, ciekawe co o tej opinii sądzą mieszkańcy nie remontowanych od 50 lat budynków komunalnych Śródmieścia i innych dzielnic. Jakie zdanie o mieście mieliby turyści, którzy by się w tamte rejony udali? Wydaje mi się, że nie jest uczciwe tak jednostronne spojrzenie, tylko z okien ratusza.

Jeszcze dziwniejszy jest podział historii najnowszej zastosowany w książce, gdyż „Najnowsze dzieje Wrocławia dzielą się na okres przed powodzią i po powodzi”. Nie ulega wątpliwości, że powódź była dla mieszkańców Wrocławia i całego Śląska ważna, lecz czy poprzednie powodzie, jakie nawiedzały tę ziemię, stawały się takimi cezurami? Pewna część opisu tego, co działo się we Wrocławiu w roku 1997, zabolała mnie szczególnie. Autor pisze: „jedynym sposobem powstrzymania wielkiej wody bądź osłabienia jej niszczycielskiej siły było wysadzenie wałów przed granicami miasta i zalanie okolicznych pól. Newralgiczne miejsca na wałach obsadzili jednak protestujący chłopi, a postkomunistyczne władze nie umiały sobie z nimi poradzić. Wrocław znalazł się więc pod wodą na całe osiem dni. Żołnierze i ochotnicy roznosili worki z piaskiem”. W zacytowanym fragmencie nie została napisana prawda, iż ludzie niedopuszczający do wysadzenia wałów nie bronili lasów i pól lecz swoich domostw. Jednocześnie dokonano tu podziału społeczeństwa na okołowrocławskich chłopów, chciałoby się rzec warchołów, i przebywających we Wrocławiu ochotników walczących z żywiołem. Nie wiem jak inni czytelnicy, lecz ja poczułem się co najmniej nieswojo. Nie wiem, czy wysadzenie wałów było jedynym sposobem ratowania miasta, lecz na pewno wiem, że każdy ma prawo bronić własnego domu, i żadnej władzy nie wolno poświęcać jednych ludzi dla drugich. Swoją drogą, czy autorzy książki zapytali władze, o to czy mieszkańcy podwrocławskich wsi mieli obiecaną na wypadek wysadzenia wałów, odbudowę domów za pieniądze czy to państwowe, czy samorządowe. Mnie nic o tej obietnicy nie wiadomo. Warto by zapytać, jak oceniliby autorzy książki tegoroczną powódź w Czechach i Niemczech, czy tam też winien jest rząd, który nie umie sobie poradzić z chłopami.

To co napisałem powyżej jest refleksją na kilka tylko tematów. Zdaję sobie sprawę z faktu, że na książki trzeba patrzeć całościowo. Skoro jednak w tak istotnych kwestiach autorzy decydują się na uprawianie tego typu propagandy politycznej, nie świadczy to najlepiej o ich książce. Na koniec wydaje mi się, że należy wyrazić wdzięczność redakcji za fakt podjęcia tematu „Mikrokosmosu” w sposób przynajmniej w miarę rzetelny, chociaż proponuję, by tę dyskusję przeniesiono także na inne media i to nie tylko katolickie.


I.A.
(nazwisko i adres znane redakcji)