Listopad 2001

Przerwany bieg?
Rafał Kowalski

Moralna ocena bezrobocia


Przed jubileuszem Uniwersytetu Wrocławskiego
ks. Antoni Kiełbasa SDS

Posługa kapłana wobec ciężko chorych i cierpiących
Ks. Janusz Prejzner

Meandry wyborów parlamentarnych RP 2001
Kazimierz F. Papciak

Pasterz trudnych decyzji
Ks. Józef Swastek

W katedrze
wysłuchała Renata Kotusz

Harry Potter i łzy Aslana
Szymon Wojtasik

Dyplomacja, polityka, komunizm - o watykańskich rozmowach arcybiskupa Dąbrowskiego
Piotr Sutowicz

"Quo vadis", czyli dokąd doszedł Kawalerowicz
Beata Jachimowska

Losy Polaków - historia rodziny Lazarowiczów
Wojciech Trębacz




Strona główna

Archiwum

"Quo vadis", czyli dokąd doszedł Kawalerowicz
Beata Jachimowska


Sienkiewiczowski Święty Piotr po sakramentalnym pytaniu "Quo vadis, Domine" udaje się do Rzymu po męczeńską śmierć. Zrozumiał, że ani cezar, ni wszystkie jego legie nie zmogą prawdy żywej, że nie zaleją jej ni łzy, ni krew i że teraz dopiero zaczyna się jej zwycięstwo. Zrozumiał również, dlaczego Pan zawrócił z drogi: oto miasto pychy i zbrodni, rozpusty i potęgi poczynało być jego miastem i podwójną stolicą, z której płynął na świat rząd ciał i dusz. W filmowej ekranizacji J. Kawalerowicza scena powrotu Apostoła stanowi ostatnie ujęcie filmu. Przed Piotrem, jak i filmowym odbiorcą, ukazuje się panorama Wiecznego Miasta. Ku zdziwieniu czy zaskoczeniu widza starożytna architektura nabiera cech współczesnych budowli, widać wieżowce, balkony, arterie a nad tym górującą sylwetkę Bazyliki świętego Piotra. Pojawiają się napisy końcowe, widz wychodzi z kina zastanawiając się nad metaforą sceny finałowej. Potęga chrześcijaństwa a marność władzy Nerona? Trwałość religii mimo dziejowych burz? Następca Piotrowy ostoją i opoką chrześcijan? Współczesny świat miejscem pychy i zbrodni, rozpusty i potęgi? Odwieczna potrzeba szukania sensu życia?

Pytanie pozostanie otwarte, ale zamknięta zostaje historia starożytnego Rzymu, bowiem akcja "Quo vadis" rozgrywa się w I w. naszej ery, w okresie schyłku cesarstwa rzymskiego. Film Kawalerowicza oddaje demoralizację ówczesnej epoki, kontrast dwóch światów: patrycjatu i plebsu. Z pietyzmem odtworzono obszerne i ozdobne wnętrza domów bogatych Rzymian. Pałac Nerona, dom Petroniusza, ogrody Plaucjuszów, willa Cezara w Ancjum z tarasem i urokliwym widokiem na morze, sceny kręcone w Tunezji, Francji, Warszawie. Uboga dzielnica Rzymu, Zatybrze, była najdroższym przedsięwzięciem scenograficznym. Między tymi skrajnymi miejscami porusza się bohater, Marek Winicjusz (Paweł Deląg), młody zakochany Rzymianin. To jego oczami widz poznaje prostotę i dobroduszność pierwszych chrześcijan oraz rozpustne uczty u Nerona (Michał Bajor). Zgodnie z twórcami filmowego obrazu jego miłość, zrodzona z wiary, która zdołała pokonać władzę, zmieniła Rzym.

"Quo vadis" to niewątpliwie film o chrześcijanach, stanowiących ogromną przeciwwagę dla niewierzących. Są uczciwi, wierni, sprawiedliwi, potrafią przebaczyć i nie chować urazy. Glaukus (Andrzej Tomecki), widząc Chilona Chilonidesa (Jerzy Trela), sprawcę śmierci jego żony, walczy z samym sobą. Pokonuje jednak chęć zemsty, czym zasługuje na pochwałę Piotra Apostoła. W zupełnie innym świetle jawi się otoczenie cesarza, przepych, bogactwo, rozpusta, w miejsce skromnego stołu, przy którym gromadzi się chrześcijańska rodzina. Wokół zaś Nerona fałsz, obłuda i posłuszeństwo budowane na strachu. Chrześcijańskie kobiety to wzorowe współmałżonki, patronki domowego ogniska, przy nich mieszkanki pałacu Nerona czy kobiety Petroniusza są pięknem, pozbawionym duszy. Dzięki wierze Marek Winicjusz pojmuje, czym jest miłość, że to nie zmysłowe zauroczenie, lecz odpowiedzialność, zdolność do poświęcenia. Sam Piotr Apostoł (Franciszek Pieczka) nie neguje istnienia ziemskiej miłości, wskazuje Ligii (Magdalena Mielcarz) drogę słusznego postępowania. Choć reżyser kilkakrotnie podkreślał, iż "Quo vadis" nie jest filmem religijnym i nie jest religii podporządkowany, nie można jednak nie zauważyć krzewienia wartości chrześcijańskich, uwidocznionych choćby w scenie męczeństwa pierwszych wyznawców Chrystusa. Przyjmują swój los z modlitwą na ustach, umierają z imieniem Pana. Miałkość i nicość czcicieli olimpijskich bogów, a siłę i wielkość tych, których łączy znak ryby, doskonale obrazuje nawrócenie Chilona Chilonidesa. W obliczu męczeńskiej śmierci swego wybawcy, Glaukusa, rozumie swój błąd, moc i prawdę wiary, którą zdradził. Nie zważając na dostojników cesarskich i samego Nerona prosił umierającego o przebaczenie, następnie daje świadectwo prawdzie, wskazując na prawdziwego podpalacza. Ochrzczenie go przez Pawła z Tarsu (Zbigniew Waleryś) staje się dopełnieniem nawrócenia.

Tematyka filmu, dzieje pierwszych chrześcijan, nie była jednak dziełem jego reżysera. Jej piękno uzyskał jedynie w tym stopniu, w jakim oparł się na Sienkiewiczu i pozostał mu wierny. Zatriumfował zatem pisarz, a nie filmowy twórca. Wierność oryginałowi paradoksalnie obniża artystyczną wartość filmu. O samej sile przekazu powieści świadczy fałszywy, powszechny sąd, iż Sienkiewicz otrzymał nagrodę Nobla za "Quo vadis", nie zaś za całokształt twórczości. Reżyser zaufawszy powieściopisarzowi nie wykorzystał w pełni języka filmu, początkowe sceny choćby, ukazywane są statycznie od "frontu", jak w teatrze telewizji, tak też odbierany jest cały film. Pojawia się pytanie, gdzie znikło artystyczne oko twórcy "Faraona".

Niewątpliwie zasługą Kawalerowicza jest wybór trzech aktorów, stanowiących podporę filmowego przekazu. Dla nich warto znosić fabularne dłużyzny, książkowe dialogi i kiczowate efekty specjalne. Bogusław Linda, Petroniusz, arbiter elegantiarum, mistrz dobrego smaku, miłośnik piękna. Inteligentny, przekorny, wręcz cyniczny egoista niczym postacie grane przez tego aktora (np. rola Franza z "Psów" W. Pasikowskiego). Żyje pełnią życia, jednocześnie potrafi zdystansować się od świata. Ten ironiczny dystans, niezależność w podejmowaniu decyzji, duchową wolność doskonale oddaje aktorska gra Bogusława Lindy. Druga postać to Jerzy Trela, filmowy Chilon Chilonides, filozof i oszust. Gdy pojawia się na ekranie, ten ożywa, bowiem tak duży występuje kontrast między jego brawurową grą, a oszczędnymi w środki wyrazu kreacjami innych postaci. Doskonały warsztat aktorski pozwolił oddać przemianę pozbawionego moralności i - wydawałoby się - uczuć człowieka, który za pieniądze i względy sprzedałby wszystko i wszystkich, w chrześcijanina, żałującego za grzechy. Nie sposób zapomnieć pomarszczonej, zalanej łzami twarzy Greka, pełnego pokory i bólu. Michał Bajor, śpiewający aktor, który śpiewał, a rzadko grał. Stworzona przez niego kreacja Nerona zgodna jest zapewne z wizualizacjami kolejnych czytelników powieści Sienkiewicza, sprzyjają temu warunki fizyczne i głosowe Bajora. Nie jest to jednak tylko odwzorowanie powieścio- wego bohatera, aktor ożywił papierową postać nadając jej ludzkich cech. Jego Neron cierpi, żałuje, tchórzy, jest osamotniony i oszukany. Widz widzi w nim zarówno okrutnika, jak i nieszczęśnika, który nie potrafi sprostać swym czasom. Gdyby nie urodził się w cesarskiej rodzinie byłby tylko lichym artystą. Reżyser, nie posłuchawszy swego powieściopisarskiego mistrza, nie pozbawił go talentu. Cesarz nie fałszuje, ale o tym jak śpiewa, zadecydują widzowie.

Pozostałe kreacje nie wzbudzają entuzjazmu i zbytniego zainteresowania. Magdalena Mielcarz, Ligia, ładna i zgrabna, jak przystało na modelkę. Paweł Deląg, Marek Winicjusz przystojny i nic poza tym. Franciszek Pieczka, Piotr Apostoł, ciąg dalszy Jańcia Wodnika. Nawet Małgorzata Pieczyńska, Akte i Danuta Stenko, Pomponia, dynamiczne i pełne aktorskiej werwy odtwórczynie, tutaj zastygły w napuszonej pozie. Okrucieństwo, pragnienie władzy i zazdrość Poppei, w żaden sposób nie oddaje zbyt delikatna gra Agnieszki Wagner. Kobiety u Kawalerowicza są papierowe i nijakie, zgodne z sienkiewiczowskim obrazem, zatem znów pisarz przyćmił filmowca, czyniąc szkodę filmowemu dziełu.

Podobnie prosta i nieskomplikowana jest problematyka filmu, historia z bardzo wyraźnie nakreślonym światopoglądem, dobre w wieku XIX, lecz nie dzisiaj, po okrucieństwach ubiegłego stulecia, totalitarnych doświadczeniach i znanych postawach ludzi wobec zła. Dobrzy i źli są tylko w baśniach, a życie jest o wiele bardziej skomplikowane. Widz wyjdzie z kina jakby z baśniowego świata, tak pięknie, kolorowo i szczęśliwie. Śmierć chrześcijan zagłuszy wielkość idei i moralne zwycięstwo "Wielka epicka opowieść o władzy, którą pokonała wiara". Neron zasłużył na swój koniec, ale co zrobić z Petroniuszem, symbolem odchodzącego świata? Metaforyczne zakończenie zapewne powinno zmusić zjadacza chleba do zastanowienia się nad swoją rolą w rzeczywistości i w chrześcijańskiej wspólnocie. "Quo vadis" promowano jako najdroższą, najbardziej imponującą produkcję w dziejach polskiej kinematografii. Scenografia, kostiumy, charakteryzacja potwierdzają wielkość sumy, 18 mln dolarów, choć same efekty specjalne rażą prostotą i sztucznością. Płonie tekturowy Rzym, lwy rzucają się na manekiny, a olbrzymi amfiteatr nie złudzi oka widza. Pojawia się pytanie czy najważniejszy jest rozmach i przepych? Wystarczyłby jeden lew i doskonała dramaturgia sceny, zbudowana profesjonalnym okiem obiektywu.

Jeśli na swe pytanie, gdzie idziesz, otrzymasz tak samo brzmiącą odpowiedź, to przyłącz się do idącego. Warto obejrzeć kolejną ekranizację polskiej klasyki literackiej, zaliczanej do kanonu lektur, choćby po to, aby mieć własne zdanie.