Listopad 2001

Przerwany bieg?
Rafał Kowalski

Moralna ocena bezrobocia


Przed jubileuszem Uniwersytetu Wrocławskiego
ks. Antoni Kiełbasa SDS

Posługa kapłana wobec ciężko chorych i cierpiących
Ks. Janusz Prejzner

Meandry wyborów parlamentarnych RP 2001
Kazimierz F. Papciak

Pasterz trudnych decyzji
Ks. Józef Swastek

W katedrze
wysłuchała Renata Kotusz

Harry Potter i łzy Aslana
Szymon Wojtasik

Dyplomacja, polityka, komunizm - o watykańskich rozmowach arcybiskupa Dąbrowskiego
Piotr Sutowicz

"Quo vadis", czyli dokąd doszedł Kawalerowicz
Beata Jachimowska

Losy Polaków - historia rodziny Lazarowiczów
Wojciech Trębacz




Strona główna

Archiwum

W katedrze


Po wejściu do środka spojrzałem w górę na ogromne sklepienie. Jak dawno tu nie byłem... Właściwie żałowałem, że tu przyjechałem... Widok chorego ojca, nieświadomego otoczenia i wszystkich wokół niego, przygniatał żalem do losu. Przez chwilę wydawało mi się, że mnie poznał, ale ten moment szybko minął i ojciec osunął się ciężko na poduszki. Zawsze kiedy na niego patrzyłem, czułem się samotny. Jak teraz w tej katedrze...

Między rzędami przeszedł ksiądz w czarnej sutannie. Wolno podszedłem do małego ołtarza w bocznej nawie. Modliły się tam dwie siostry zakonne. Młodsza z nich uśmiechnęła się do mnie, gdy sztywno klęknąłem obok. Wstąpiłem do kościoła, bo dziś była dziesiąta rocznica najgorszego dnia w moim życiu.

Dziesięć lat temu los zdarł ze mnie skórę. Tego dnia nigdy nie zapomnę.

Byłem wtedy oszalały z gniewu i bólu. Bólu tak wielkiego, którego nie można znieść. W nieprzytomnej rozpaczy mogłem zabić Weronikę, moją żonę. Chciałem wtedy rozerwać jej ciało na strzępy, cofać wskazówki zegara, sprawić, żeby to z nimi nigdy nie mogło się stać. A przecież tak bardzo ją kochałem! Kochałem ich dwoje...

Pochyliłem głowę. Nie byłem w stanie się modlić za niego ani za nią, ani za siebie samego, ani za kogokolwiek... Wspomnienie było bolesne, choć lekko przytłumione. Rzadko pozwalałem sobie na przypominanie tego, co się wtedy stało... Ale, niekiedy długo wstrzymywane napływało gwałtowną falą, i ból stawał się tak ogromny, że odbierał mi oddech.

Patrzyłem przed siebie nieobecnym wzrokiem. Czułem, jak jedna z zakonnic spogląda na mnie co chwila. Klęczałem, nie wiem jak długo, myśląc o tym, co się zdarzyło w moim życiu w tym mieście, o którym chciałbym zapomnieć.

Nigdy nie stałem się "porządnym człowiekiem", o czym tak marzył mój teść. Teraz miałem trzydzieści pięć lat, a czułem się, jakby to już było moje dziesiąte życie...

Spojrzałem na posąg Madonny z Dzieciątkiem. Kobieta i dziecko... Odwróciłem się powoli, czując się znacznie gorzej, niż przed przyjściem tutaj. Gdyby tu przy mnie był Oleś...! Gdyby tak teraz poczuć bliskość dziecka, jego malutką rączkę, która tak mocno trzymała moją rękę...

Wstałem oślepiony łzami i ruszyłem w kierunku głównych drzwi. Nagle stało się coś, co przypominało moje wyobrażenie, moje marzenie, które snułem podczas samotnych wieczorów i ciężkich nocy. Zobaczyłem ją! Przeszła obok mnie jak duch. Stanąłem skamieniały.

Wysoka, szczupła, poważna i absolutnie piękna. Brązowe futro z norek było długie. Futrzany kołnierz miękko okalał jej zaróżowione chłodem dnia policzki. Instynkt krzyknął we mnie, że to ona. Poznałem sposób w jaki się poruszała, w jaki zdjęła spokojnie brązową rękawiczkę i uklękła przed ołtarzem. Modliła się. Wiedziałem dlaczego. Przecież przyszliśmy tutaj z tego samego powodu! To była Weronika...

Myślałem, że upłynie wieczność, zanim odwróci się i popatrzy na mnie. Było jasne, że mnie widzi... Powinna mnie widzieć! Zapaliła dwie świece i wsunęła pieniążek do skrzynki na datki. Potem stanęła i ponownie spojrzała na ołtarz. Po jej twarzy pociekły łzy. Szła wolno pomiędzy ławkami. Wyszedłem naprzeciw i wyciągnąłem rękę. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, jakby została obudzona z głębokiego snu. Ale gdy dotknęły się nasze spojrzenia, na moment wstrzymała oddech i utkwiła we mnie wzrok. Podniosła rękę do ust, a jej oczy napełniły się łzami.

- O mój Boże...

Dotknąłem jej ręki, a ona przytuliła się do mnie bez słowa. Otoczyłem ją ramieniem. Teraz wydało się słuszne i naturalne, że przyszliśmy tutaj, że dzisiaj powinniśmy być razem, i że przylgnęliśmy do siebie jak dwoje tonących.

- Nie wiem, co powiedzieć - uśmiechnęła się smutno, wycierając łzy.

- Po tak długim czasie - "jak się czujesz" - wydaje się bez sensu. Prawda. Co jeszcze mogło zostać do powiedzenia?

- Wyglądasz niewiarygodnie pięknie! - powiedziałem.

Przynajmniej mogłem na nią popatrzeć... Mając trzydzieści lat wyglądała jeszcze piękniej niż wtedy, gdy miała osiemnaście, kiedy pobieraliśmy się. Jednak w jej oczach nie było radości.

- Dobrze się czujesz? - zapytałem.

Chciałem przez to powiedzieć tysiące rzeczy, i Weronika, tak jak dawniej, zrozumiała mnie. W końcu byliśmy kiedyś jak jeden taniec, jak jeden ruch. Gdy zaczynałem o czymś myśleć, ona kończyła tę myśl bezbłędnie! Dlaczego wtedy była tak cholernie uparta? Na "ten" dzień miałem inne plany. Gdyby zgodziła się...

- Wyglądasz tak poważnie, Weroniko.

Wiedziałem, że przeszywam ją oczami, by wiedzieć jak najwięcej.

- To trudny dzień... dla każdego z nas...

Jasne! Gdyby było inaczej, nie bylibyśmy tutaj... I to nie był sen!

- Przyjechałeś do domu na stałe? - zapytała.

Potrząsnąłem głową przecząco.

- Nie sądzę, abym mógł to znieść. Wracam do Krakowa.

- Do Krakowa? - uniosła brwi.

Milczałem przez chwilę. Po czym zapytałem:

- A ty?

- Wyszłam za mąż.

Skinąłem głową starając się nie wyglądać na kogoś, komu wbija się nóż w ranę.

- Za kogoś, kogo znam?

- Nie wiem - odpowiedziała bez radości. Nie była szczęśliwa?

- Mam spokój. Dużo spokoju.

Wiedziałem, że ze mną tego nie miała nigdy. Radość, namiętność... a na koniec rozpacz. Dotknęła mojej ręki, a potem policzka. Nachyliłem się, żeby ją pocałować, ale odwróciła głowę. Pocałowałem policzek obok ust, a ona zamknęła oczy, gdy ją trzymałem w objęciu.

- Zawsze będę cię kochał - powiedziałem zdławionym głosem.

- Ja też - wyszeptała. - Nie powinnam tego mówić, ale to jest po żegnanie tego, co było w przeszłości, i umarło razem z Olesiem i...

Spojrzała na zegarek.

- Muszę już iść.

- Co się stanie, jeśli nie pójdziesz do domu? - zapytałem poważnie

- Nie zmieniłeś się. Kiedyś namówiłeś mnie do ucieczki z domu...

- Wtedy łatwiej było cię przekonać...

- Byliśmy młodzi, wtedy wszystko jest proste...

- Wciąż jesteś młoda... Po tych wszystkich latach nie możemy tak po prostu... Nie mogę pozwolić ci odejść. Nie mogę... - byłem załamany.

- Wiem - szepnęła. - Nie chcę wspomnień, cierpienia, bólu... Dziś jest rocznica tego strasznego dnia... Tak mi przykro! Przez tyle lat nawet nie miałam okazji ci tego powiedzieć. Wiem, że to niczego nie zmienia, ale...

Przytuliłem ją do siebie na pożegnanie i odszedłem, nie będąc w stanie wymówić jednego słowa. Bałem się odwrócić, żeby nie pobiec za nią...

Weronika! Opuściła mnie siedem lat temu, nie mogąc znieść tragedii, jaka rozszalała się w naszym domu. Jakie mogliśmy mieć życie? Nasze dziecko uległo śmiertelnemu wypadkowi. Obwiniałem za to Weronikę. Nie umiałem jej wybaczyć, że w tym dniu pozwoliła Olesiowi odejść od siebie z sankami. Wdała się w rozmowę z jakąś kobietą o tym, jak psotni są dwuletni chłopcy... Oleś wybiegł na śliską jezdnię. Samochód nie zdążył zahamować. Byli już w szpitalu, gdy się o tym dowiedziałem. Uderzyłem ją, mocno... Znowu i znowu a ona straciła dziecko! Była w czwartym miesiącu ciąży. Musieli mnie od niej odrywać siłą. Nasze drugie dziecko umarło tego samego dnia! Potem - zeznania, protokoły... Cały ten koszmar. Zacząłem pić, nie mogąc zaznać spokoju. Wtedy odeszła. Nie mogła ze mną zostać po tym, co się wydarzyło. Zgodziłem się na rozwód. Miała prawo to zrobić. A ja wolałbym, żeby wtedy umarła... Pozwoliłem, żeby przez resztę życia żyła ze świadomością winy. Wciąż ją kochałem, tęskniłem za naszym dzieckiem i chciałbym odzyskać dawno straconą, ale nigdy nie zapomnianą przeszłość...

A teraz... Lepiej żegnaj Weroniko! Masz rację. Ponowne spotkanie tylko roznieciłoby stare płomienie i jeszcze bardziej unieszczęśliwiłoby nas oboje.

Wysłuchała: Renata Kotusz