Listopad 2000


Słuźyć Kościołowi

Człowiek musi być sługą Prawdy

Kim była św.Elźbieta Węgierska?

Najwaźniejsze spotkanie

Siostra Śmierć

15 lat parafialnego pośrednictwa

Podzielić się domem

Wiara, która daje nadzieję

Pokarm na kaźdy dzień

Samotność ukryta

Mój przyjacielu...

Poczet prymasów

O Bogu - z pasją

Spieszmy się



Strona główna

Archiwum

Spieszmy się...

Zwykła kartka świąteczna z źyczeniami — a ile radości. „Spokojnych błogosławionych świąt. Tęsknimy i modlimy się za naszego księdza Stasia” Wiadomość, która dotarła do mnie dzień później „ścięła mnie z nóg”. Nie żyje. Zawstydziłem się. Dlaczego wstyd? Spóźniłem się... Spóźniłem się z miłością i to juź drugi raz.

Kilka lat temu, podczas wizyty duszpasterskiej, spotkałem biedną staruszkę. W pokoju stał stół, trzy krzesła, stara wersalka i kilka zniszczonych obrazów o treści religijnej. Nie miała nawet lodówki. Zawstydzony własnym bogactwem (w kontekście zaistniałej sytuacji) postanowiłem jej ofiarować, poniewaź miałem dwie. Czas zawiezienia odkładałem znajdując wiele argumentów: kolęda, napisanie kazania, załatwienie wielu spraw. Zakończyłem wizytę duszpasterską. Lodówka stała nadal u mnie. Jutro zawiozę — czyniłem w myślach poboźne postanowienie.

„Jutro” trwało kilka tygodni. Zostało zrealizowane wiadomością: nie źyje. Było mi ogromnie wstyd. W kościele podczas uroczystości pogrzebowych powiedziałem między innymi: „...ta śmierć jest dla mnie nauką pośpiechu. Spóźniłem się z ofiarowaniem lodówki. Zmarłej juź jest niepotrzebna”.

Minęły lata. Życie popłynęło dalej. Zapomniałem o wydarzeniu z lodówką i nie tylko... W wakacje dowiedziałem się, źe moja parafianka choruje. Jest to staruszka mieszkająca z męźem. Wspaniali ludzie. Mąż zapraszał mnie do siebie w odwiedziny. Kiedykolwiek przejeżdżałem obok ich domu, myślałem o odwiedzinach czyniąc postanowienie: „Jutro przyjadę”. Przypadkiem dowiedziałem się, źe jest bardzo ciężko chora — rak. Dni policzone. Zrobiło mi się wstyd. Nie mogłem ich już odwiedzić, ponieważ co roku na zimę wyjeżdżają do swoich dzieci. Nosiłem się z nadzieją, źe, tak jak co roku, wrócą wiosną i wtedy na pewno ich odwiedzę. Złudna taka nadzieja. Kartka świąteczna od nich. I wiadomość dzień później: nie żyje.

I w tym momencie przypomniałem sobie wiersz księdza J. Twardowskiego. Znam go na pamięć — co z tego? Prawdy w nim zawartej nie zrealizowałem. Spóźniłem się. Odłożyłem czyny miłości na jutro. Wstyd mi. Chociaż ty się nie spóźnij.


Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
I ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
Czy pierwsza jest ostatnią, czy ostatnia pierwszą.


ks. Stanisław Ławrynowicz