Listopad 2000


Słuźyć Kościołowi

Człowiek musi być sługą Prawdy

Kim była św.Elźbieta Węgierska?

Najwaźniejsze spotkanie

Siostra Śmierć

15 lat parafialnego pośrednictwa

Podzielić się domem

Wiara, która daje nadzieję

Pokarm na kaźdy dzień

Samotność ukryta

Mój przyjacielu...

Poczet prymasów

O Bogu - z pasją

Spieszmy się



Strona główna

Archiwum

Wiara, która daje nadzieję


Chwalcie Pana niebios
Chwalcie Go na cytrze,
Chwalcie Króla Świata
Bo on Bogiem jest.

Ogromna radość przepełnia moją duszę i jestem w stanie przez cały dzień nucić tę pieśń. Jeszcze parę tygodni temu nie widziałam sensu życia a dzisiaj tryskam radością. Jeszcze niedawno znajdowałam się w otchłani rozpaczy, niemocy i beznadziei a dzisiaj wiem, że jestem z tej czeluści wydobyta i napełniona radością Ducha Świętego.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak szybko i niespodziewanie może zawalić się nasz misternie budowany świat i jak trudno może być nam go samemu odbudować...

Tak właśnie zawalił się mój świat

Moja 22-letnia córka Joasia miała pięć miesięcy temu wypadek samochodowy. Diagnoza lekarzy brzmiała: „złamanie kompresyjne kręgosłupa na poziomie trzonu Th10-Th12, rdzeń kręgowy przerwany, paraplegia dolnych kończyn, wózek inwalidzki do końca życia”. Tak właśnie zawalił się mój świat — nagle i niezwykle boleśnie. Joasia cztery dni po wypadku kończyła dopiero 22 lata! Miała takie wspaniałe plany: praca, studia, wakacje w Stanach Zjednoczonych. Po cichu zaczęłam zadawać sobie to rozpaczliwe pytanie: „dlaczego właśnie moja córka?”.

Początkowo trzymałam się dzielnie. Życie, oparte teraz na schemacie: praca-szpital-dom, jakoś toczyło się dalej. Pomagałam innym chorym i wydawało mi się, że jestem w stanie udŸwignąć to całe nieszczęście. W parę dni po wypadku pojechałam na całodzienną pielgrzymkę do Częstochowy, na Jasną Górę, aby podziękować Matce Bożej za to, że moja córka przeżyła. Potem uczestniczyłam w całonocnym czuwaniu na uroczystości Zesłania Ducha Świętego w mojej parafii. Miałam mnóstwo sił i wiary.

Jednakże w trzy miesiące po tragedii coś się we mnie załamało. Odeszła nadzieja, a wraz z nią chęć do życia i resztki radości. Próbowałam się intensywnie modlić, ale wydawało mi się, że moje modlitwy są puste. Nie potrafiłam rozmawiać z Bogiem jak dawniej. Wydawało mi się, że nigdy już nie będę uśmiechnięta i radosna. Zaczęłam nawet korzystać z pomocy psychologa i psychiatry. Wszystko wyglądało beznadziejnie...

A jednak Bóg mnie nie opuścił

A jednak Bóg mnie nie opuścił! Mam kochającego męża i cudowną młodszą córkę. To właśnie oni pomogli mi przeżyć chwile wielkiej depresji. Zawsze byli przy mnie, kiedy ich najbardziej potrzebowałam. Bóg postawił na mojej drodze dwie wspaniałe siostry zakonne — siostrę Agnieszkę i siostrę Dolores. Joasia przebywała w tym czasie w Ośrodku Opiekuńczo-Rehabilitacyjnym prowadzonym przez siostry ze Zgromadzenia Sióstr Elżbietanek we Wrocławiu. Dużo z nimi rozmawiałam o moim wewnętrznym rozbiciu. One zapewniały mnie o swoich modlitwach w naszej intencji. Mówiły, że Pan Bóg doświadcza najbardziej tych, których kocha. Daje im krzyż do niesienia, aby w ten sposób zasłużyli sobie na Niebo. Razem uczestniczyliśmy we mszy za chorych w kościele Świętego Wojciecha. Pewnego dnia siostra Agnieszka poznała mnie z ojcem Pawłem z kościoła pod wezwaniem św. Augustyna. Do dzisiaj pamiętam naszą prawie półtoragodzinną rozmowę w kaplicy (na stojąco!), która zakończyła się udzieleniem mi Sakramentu Namaszczenia Chorych. Początkowo nie doświadczałam żadnych szczególnych łask. Nadal czułam się bardzo Ÿle, od ponad dwóch miesięcy ciągle byłam na zwolnieniu lekarskim.

Wszyscy na mnie czekali

Któregoś dnia przyjechała do mnie koleżanka z pracy i wtedy zmobilizowałam się. Postanowiłam wrócić. Po tak długiej przerwie z wielkim lękiem i mnóstwem obaw przekraczałam mury mojej uczelni. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, przyjęto mnie tam jak jakiegoś dostojnego gościa. Wszyscy na mnie czekali — życzliwi, uśmiechnięci i chętni do niesienia pomocy. Wtedy poczułam, że naprawdę coś się w moim życiu zmienia.

Powoli zaczynam godzić się z krzyżem, który Bóg włożył mi na moje ramiona... Nie jestem już sama, są wokół mnie życzliwi ludzie.

A co się działo z Joasią? Moja córka, która do czasu wypadku nie była zbytnio związana z Kościołem (na Mszę Świętą chodziła bardziej dla mnie, niż z wewnętrznej potrzeby), teraz znalazła się pod opieką sióstr zakonnych. Początkowo nieufna, szybko zaprzyjaŸniła się z nimi. Odwiedzałam ją codziennie i nie ukrywałam tego, co się ze mną dzieje. Wiedziała, jak bardzo przeżyłam jej wypadek i martwiła się moim stanem zdrowia. Czuła, że to ona jest wszystkiemu winna. Dotychczas nie żyła tak, jak została przez nas wychowana. Teraz tego żałowała, ale, niestety, biegu wydarzeń nie da się już zmienić. Może myślała, że po wypadku odwrócimy się od niej, mówiąc, że sama jest odpowiedzialna za to, co się stało.

Bardzo ją kochamy...

A przecież my jesteśmy jej rodzicami! Bardzo ją kochamy. Jak moglibyśmy opuścić ją wtedy, gdy najbardziej nas potrzebowała? Myślę, że ten wypadek spowodował, że staliśmy się sobie wszyscy bardzo bliscy. Joasia dużo czasu spędziła na rozmowach z nami. Relacje w naszej rodzinie są teraz głębsze i cieplejsze.

Nasza córka po bardzo długim czasie przystąpiła do Sakramentu Pokuty. Zaczęła uczęszczać na Msze święte, biorąc w nich czynny udział poprzez czytanie Pisma Świętego. Niedawno razem z siostrami Agnieszką i Dolores przygotowała nam ogromną niespodziankę. Zamówiła Mszę w naszej intencji — z okazji 23. rocznicy naszego ślubu. A ja nie wiedząc o tym, zamówiłam tę samą Mszę w intencji pomyślnej operacji Joasi. To była bardzo wspaniała i uroczysta Eucharystia, wszyscy byliśmy ogromnie wzruszeni.

Muszę jeszcze dodać, że mamy z mężem ślub z dyspensą Biskupa (mąż deklaruje się jako osoba niewierząca). Pomimo tego jesteśmy kochającą się rodziną, a mój mąż jest wspaniałym, dobrym człowiekiem. Był ze mną na wszystkich tych Mszach, bo wiedział, jak bardzo dla mnie, osoby wierzącej, jest to ważne. Nie ukrywał też łez wzruszenia na naszej Mszy rocznicowej. Czyżby Bóg właśnie teraz chciał jego nawrócenia?

Doświadczamy prawdziwej ludzkiej solidarności

Obecnie nasza córka przebywa na leczeniu w Szwajcarii w Zurychu, w Klinice Balgrist, gdzie, być może, będzie operowana. Głęboko wierzy w to, że kiedyś będzie chodzić. Ma w sobie tyle wiary i nadziei. Jej wyjazd był możliwy dzięki wsparciu finansowemu znanych i nieznanych nam ludzi, a przede wszystkim dzięki Zarządowi i Pracownikom firmy ABB Centrum, w której pracowała Joasia oraz dzięki wszystkim moim Koleżankom i Kolegom z pracy, na czele z JM Rektorem Politechniki Wrocławskiej.

W Ośrodku poznaliśmy mnóstwo serdecznych ludzi, którzy okazywali nam wiele pomocy. Do dzisiaj, od czasu do czasu odwiedzamy siostry, chorych i dzielimy się informacjami o Joasi. Doświadczamy prawdziwej ludzkiej solidarności. Ci wszyscy dobrzy ludzie pomagali i nadal pomagają nam tak duchowo, jak i materialnie. Brakuje mi słów na wyrażenie tego, co w tej chwili czuję. Jak mogę się tym wszystkim wspaniałym ludziom odwdzięczyć? Polecam ich Bogu w mojej codziennej modlitwie wieczornej, odmawiając koronkę Błogosławionego Ojca Pio:

O mój Jezu, TY powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam proście a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, pukajcie a będzie wam otworzone!”. Oto pukam, szukam, proszę o łaskę...



Anna