Listopad 2000


Słuźyć Kościołowi

Człowiek musi być sługą Prawdy

Kim była św.Elźbieta Węgierska?

Najwaźniejsze spotkanie

Siostra Śmierć

15 lat parafialnego pośrednictwa

Podzielić się domem

Wiara, która daje nadzieję

Pokarm na kaźdy dzień

Samotność ukryta

Mój przyjacielu...

Poczet prymasów

O Bogu - z pasją

Spieszmy się



Strona główna

Archiwum

Podzielić się domem

Elżbieta i Tomasz Kowalczykowie założyli rodzinny dom dziecka. Wychowują młodych ludzi jak swoje własne dzieci. Decyzja o przyjęciu podopiecznych, jak przyznają, w jakiś sposób zmieniła ich życie. — Prowadzenie tego domu to dla nas wyzwanie, ale i wspaniałe doświadczenie — mówi Ela. — Widzę, że dzięki dzieciom stałam się osobą otwartą, czuję się dowartościowana, wiem, że one są dla mnie darem Boga.

Namówiła koleżanka

Tomasz i Elżbieta spotkali się w ruchu oazowym. — To było sto lat temu — żartuje Tomasz. W tym czasie, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ich wspólnoty parafialne św. Augustyna i św. Trójcy we Wrocławiu, były zaangażowane w opiekę nad dziećmi niewidomymi z ośrodka przy ulicy Kasztanowej. — Trzeba pamiętać, że były to czasy, w których takie dzieci nie mogły chodzić do kościoła — wspominają małżonkowie. — Brało się więc oficjalnie dziecko na spacer i jechało na mszę. Poznaliśmy się właśnie przy okazji tych „spacerów”.

Po ślubie pozostali w oazie. Poświęcali się nadal pracy z niewidomymi, między innymi jeździli z nimi na rekolekcje. Jak to się stało, że po latach postanowili zaadoptować dzieci? — Przez pewien czas mieszkała z nami koleżanka, która była związana z pracą w placówkach opiekuńczych. To ona namówiła nas abyśmy wystąpili o adopcję. Można powiedzieć, że zaraziła nas swoją ideą pracy wychowawczej.

Państwo Kowalczykowie ulegli namowom znajomej i teraz są jej wdzięczni. Najpierw utworzyli rodzinę zastępczą, a w tym roku postanowili założyć rodzinny dom dziecka.

Jak w normalnej rodzinie

Tworząc rodzinę zastępczą, małżeństwo przysposabia dzieci, biorąc je na swoje utrzymanie. Rodzinny dom dziecka natomiast jest formą placówki opiekuńczej, która jest finansowana z budżetu gminy i korzysta z pomocy władz. Pociąga to za sobą oczywiście dodatkowe formalności, ale za to rodzina może przyjąć więcej dzieci (nawet ośmioro) i zapewnić im dobre warunki życia.

Co trzeba zrobić, aby założyć taki dom dziecka? — Trzeba chcieć — odpowiada Tomasz. — Najpierw należy zgłosić się do jednego z ośrodków adopcyjnych. We Wrocławiu takie punkty znajdują się przy ul. Katedralnej 4 (katolicki) i na Niemcewicza. Ośrodek podejmuje się przygotowania rodziny do jej nowego zadania. Przede wszystkim sprawdza się, czy spełnia podstawowe wymagania natury prawnej. Ośrodek następnie rozpoczyna starania w gminie o przyznanie lokalu i specjalnych środków finansowych na prowadzenie domu dziecka. Czasem jest wiele problemów ze strony decydentów: aby dziecko mogło się znaleźć w takim domu jak nasz trzeba wielu zabiegów formalnoprawnych. Z punktu widzenia urzędnika łatwiejsze wydaje się umieszczenie dziecka w państwowej placówce. Trzeba go przekonać, że rozwiązanie takie jak nasze jest tańsze i o wiele lepsze dla dziecka. Na szczęście zazwyczaj udaje się poruszyć nawet najtwardsze urzędnicze serca. W rodzinnym domu dziecka wychowankowie żyją przecież jak w normalnej rodzinie.

Zostać piosenkarzem

W domu państwa Kowalczyków mieszka siedmioro dzieci w wieku od trzech do osiemnastu lat. Niektóre z nich są słabo widzące, a sześcioletnia Magda jest całkiem niewidoma. Podopieczni do swoich opiekunów zwracają się „ciociu” i „wujku”. Życie płynie rytmem codziennych zajęć, jak w każdym innym domu. Każdy ma swoją szkołę, a najmłodsi chodzą do przedszkola. Na najbardziej zadowolonego wygląda Mariusz (16 lat), który chodzi do Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego na ul. Szkockiej. Nie zraża się tym, że musi długo dojeżdżać na zajęcia. „W szkole jest dobra atmosfera, mam tam fajnych kolegów.” Po powrocie do domu resztę dnia każdy spędza na swój sposób. — Ja najbardziej lubię bawić się w nauczycielkę — wyznaje Kasia (9 lat). Dzień kończy się wspólną modlitwą wszystkich domowników.

W życiu rodziny zdarzają się momenty wzruszające. — Bardzo mocno przeżyliśmy wspólne rekolekcje — mówi Elżbieta. — Wielką chwilą było nasze wspólne wyznanie Jezusa jako Pana i Zbawiciela.

Co będzie, kiedy dzieci skończą swoje szkoły? — Nie chcę układać im przyszłości, lepiej niech sami ją sobie wybiorą. — mówi „wujek” Tomek. Wszyscy podopieczni mają mniej lub bardziej sprecyzowane marzenia. Mariusz chciałby zostać piosenkarzem. — Bardzo lubię śpiewać, najbardziej interesuje mnie poezja śpiewana. Już teraz należy do zespołu, który prowadzi pan Leszek Kopeć z wrocławskiego radia. Jest to grupa, w której swoje umiejętności artystyczne rozwija młodzież niewidoma i słabo widząca. — Myślę, że jeśli wyrosną na dobrych ludzi, to będzie to nasz największy sukces — twierdzi Tomasz.

Potrzeby są duże

— Rodzinny dom dziecka jest na pewno dobrym pomysłem — twierdzą małżonkowie. — Dzieci czują się jak u siebie, są szczęśliwe. Mamy nadzieję, że takich domów będzie



Marek Mutor