Listopad 2000


Słuźyć Kościołowi

Człowiek musi być sługą Prawdy

Kim była św.Elźbieta Węgierska?

Najwaźniejsze spotkanie

Siostra Śmierć

15 lat parafialnego pośrednictwa

Podzielić się domem

Wiara, która daje nadzieję

Pokarm na kaźdy dzień

Samotność ukryta

Mój przyjacielu...

Poczet prymasów

O Bogu - z pasją

Spieszmy się



Strona główna

Archiwum

Siostra Śmierć


Pierwsze dni listopada to pora roku idealnie pasująca do wspomnień i uroczystości wyznaczonych na ten czas przez liturgię Kościoła. Zapadająca w sen zimowy przyroda, a szczególnie gołe gałęzie drzew, z których opadły już liście, przypominają nam o przemijaniu i nietrwałości rzeczy tego świata.

Gdy odwiedzamy w tych dniach miejsca spoczynku naszych bliskich i przyjaciół, budzą się w naszej świadomości trudne pytania dotyczące ludzkiej egzystencji. Pytamy o sens rozstania z ukochanymi osobami i o sens cierpienia, które takie rozstanie powoduje. Stojąc nad mogiłą zastanawiamy się dlaczego właśnie nas Bóg ukarał odbierając człowieka, który był nam tak bliski.

Temat tabu

Ostatnie lata wskazują, że sprawa śmierci staje się dla nas tematem tabu, czymś zakazanym; nie chcemy o niej mówić, nie pozwalamy sobie na myśli dotyczące kresu naszego życia. Nie informujemy osób umierających, że dla nich spotkanie z Bogiem to już najbliższa przyszłość. Zastanawiamy się, czy wolno nam uprzedzać osoby ciężko chore o powadze ich sytuacji. A jak to się odbywało przed laty?

W domu

Dawniej ludzie chorowali i umierali przede wszystkim w swoich domach, a nie w szpitalach. Chorym opiekowali się najbliżsi, a nie obce, i niestety, czasami bezduszne pielęgniarki oraz lekarze. Jeszcze na początku XX wieku na całym obszarze Starego Kontynentu, choroba i śmierć człowieka wprowadzały szczególne elementy do życia pewnej grupy ludzi, do której należał chory. W pokoju, w którym konał człowiek przygaszano światło i zapalano gromnicę. Dom napełniał się sąsiadami, krewnymi i przyjaciółmi, którzy szeptali słowa pełne powagi. Ktoś z rodziny chorego szedł na plebanię prosić księdza o przygotowanie umierającego do ostatniej drogi. Kapłan przybywał w asyście ministranta niosąc Najświętszy Sakrament. W domu na chwilę zostawiano księdza z chorym, aby ten mógł się wyspowiadać. Później już w obecności najbliższych ksiądz udzielał Sakramentu Namaszczenia Chorych i Wiatyk, czyli Komunię świętą na ostatnią drogę i modlił się wraz ze zgromadzonymi wiernymi w intencji umierającego i jego rodziny.

Pogrzeb — czas modlitwy

Po śmierci na drzwiach domu wywieszano nekrolog i wtedy wchodzili do pokoju, w którym spoczywało ciało wszyscy, którym przyjaźń lub inne względy, nakazywały złożenie ostatniej wizyty. Również w domu odprawiano przed ceremonią pogrzebową nabożeństwo, które często gromadziło przy ciele zmarłego całą miejscową społeczność, która po słowach pocieszenia kierowanych do pogrążonych w żałobie, wyruszała w kondukcie pogrzebowym na cmentarz. Idący w żałobnej atmosferze ludzie towarzyszyli trumnie aż na cmentarz, a każdy mijany podczas tej szczególnej drogi przechodzeń okazywał szacunek wobec faktu śmierci.

Uczestnicy pogrzebu śpiewali żałobne pieśni przechodząc przez miejscowość, a gdy droga do kościoła i na cmentarz była dłuższa, odmawiali różaniec oraz inne modlitwy za zmarłego. W kościele wielu korzystało z Sakramentu Pojednania, by zdobyć odpust i aby przyjąć i ofiarować Komunię św. w intencji zmarłego. Jeszcze przed Mszą św. przedstawiciele wszystkich rodzin biorących udział w ceremonii pogrzebowej zwracali się do księdza z prośbą o odprawienie Eucharystii za zmarłego. Często rezerwowano wtedy kilkadziesiąt intencji, które później, w miarę możliwości, ksiądz odprawiał przez długie miesiące, wspierając zmarłego przed Bogiem.

Żałoba — czas pamięci

Okres żałoby wypełniały odwiedziny: rodzina chodziła na cmentarz, aby zadbać o świeży grób, pomodlić się i ukoić swój ból spowodowany rozstaniem z kimś bliskim. Rodzinę zaś odwiedzali krewni i przyjaciele, którzy pocieszali żałobników w tych pierwszych trudnych dniach po pogrzebie. Potem z wolna życie powracało do swego normalnego rytmu i tylko najbliżsi regularnie odwiedzali nowo powstałą mogiłę na parafialnej nekropolii.

Lepiej niech nie wie

Jednak druga połowa naszego wieku zaczęła przynosić stopniową zmianę podejścia do śmierci. Za swój obowiązek zaczęto uważać utrzymanie umierającego w niewiedzy, że czeka go rychły zgon. „Wszystko jest jeszcze możliwe, więc po co straszyć człowieka, który już i tak cierpi”. Za najlepszą śmierć uważano taką, gdy człowiek nie wiedział, że umiera.

Ponieważ uważano, że osoba księdza przypomina o zbliżającej się śmierci, wzywano go z sakramentami coraz później — najlepiej wtedy, gdy umierający był już nieprzytomny, a czasem nawet dopiero po śmierci. Z tego właśnie względu na Soborze Watykańskim II zaczęto mówić o „Sakramencie Chorych”, zamiast „Sakramencie Ostatniego Namaszczenia”, ponieważ można z niego korzystać wielokrotnie w ciągu życia, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba.

Ksiądz może przestraszyć

Jak zmieniło się podejście ludzi do posługi kapłana wobec osób chorych i umierających niech nam uświadomi autentyczne wydarzenie, które rozegrało się kilka lat temu w pewnej dużej wrocławskiej parafii.

W parafii tej kapłan został poproszony przez domofon o wizytę w domu chorego. Gdy zszedł na dół zapytał panią, która przyszła w tej sprawie, w jakim stanie jest chory — Tato od dwóch godzin nie żyje — odpowiedziała. Zapytał więc, dlaczego nie przywołano go do umierającego wcześniej, gdy był jeszcze czas. Przecież teraz jest już za późno — sakramenty są tylko dla żywych. Córka zmarłego, bo to ona przyszła prosić o posługę, zaczęła się tłumaczyć, że najpierw chory był przytomny, zatem nie wypadało przypominać mu o zbliżającej się śmierci.

Potem nastąpiła agonia, więc wezwano pogotowie i lekarz około godziny zajmował się umierającym — nie było tam miejsca dla kapłana. A dopiero godzinę po odjeździe karetki rodzina pomyślała o wezwaniu księdza. Okazało się, że zmarły miał 91 lat i od 11 lat nie miał żadnego kontaktu z duszpasterzem, bo przez cały czas choroby nikt go do staruszka nie zaprosił. Nikt nie pomyślał o przygotowaniu starego ojca do świąt poprzez spowiedź, nikt nie zadbał o Komunię św. w pierwsze piątki miesiąca, gdy księża idą do osób chorych. A przecież już sam wiek w tym przypadku był zagrożeniem życia i należało się przygotować na spotkanie z Bogiem. Rodzina zatroszczyła się o „opiekę”, dbała o zapewnienie usług lekarzy i pielęgniarek, kupowała leki i pożywienie, dbała o sprawy higieny, a zaniedbała „tylko” sprawy duchowe, czyli troskę o zbawienie.

Samotność

Śmierć coraz bardziej traci swój społeczny wymiar. Dawniej człowiekiem ciężko chorym opiekowała się grupa bliskich, wspomagana przez sąsiadów i znajomych, i w ten sposób ciężar opieki rozkładał się na więcej osób. Dzisiaj przy umierającym pozostaje często jedynie ktoś spośród najbliższych. Opieka nad chorym stawała się coraz bardziej uciążliwa, czasami nawet niemożliwa, bo opiekun też był człowiekiem chorym, więc zaczęto oddawać osoby umierające do szpitala, w pieczę lekarzy i pielęgniarek. Tłumaczono się wtedy też tym, że środki techniczne i rozwój medycyny sprawiły, że w szpitalu można było osobę cierpiącą dłużej utrzymać przy życiu.

Często, za cichą aprobatą osób zainteresowanych, nie informowano chorego o krytycznym stanie jego zdrowia. W tym nowym środowisku osoba cierpiąca poza problemami spowodowanymi chorobą musiała sobie jeszcze poradzić z samotnością. Od jakiegoś czasu w szpitalach dobrze widziana jest śmierć niepostrzeżona przez chorego. Dawniej nazywano ją śmiercią przeklętą, dziś za złą uważa się śmierć, która wywołuje zamieszanie.

Wyjechali w podróż

Od dawna już nie tylko umieranie dokonuje się w samotności. Również ceremonia pogrzebowa przestała być sprawą publiczną. Bywa, że dzieciom nie pozwala się na wzięcie udziału w pogrzebie ich rodziców. O śmierci ojca lub matki nie informuje się pociech, tłumacząc im tylko, że wyjechali w długą podróż.

Czasami bliscy zmarłego dokonują jego kremacji, a nawet każą rozrzucić jego prochy, aby nic, włącznie z tablicą nagrobną, nie przypominało im o osobie, którą śmierć już zabrała z tego świata. Krewni wolą wspominać zmarłego w gronie rodzinnym, niż odwiedzać mogiłę, która przypomina im, że dla nich też nieuchronnie nadejdzie czas śmierci.

Żałoba — coś niestosownego

Kiedyś po pogrzebie następował okres żałoby. Dziś odrzuca się jej publiczne praktykowanie. W niektórych krajach od lat nie składa się kondolencji po ceremonii pogrzebowej. Społeczeństwo wymusza na żałobnikach, aby swą żałobę uczynili czymś prywatnym, bo ono samo nie chce uczestniczyć w ich przeżyciach. Obnoszenie się z żałobą uważa się za coś niestosownego, za dowód słabości charakteru. Kiedyś wspierano osobę noszącą żałobę, wizyty w domu żałoby przywracały rozerwane więzy społeczne. Współcześnie społeczeństwo opuszcza i izoluje żałobnika — milkną telefony, ustają wizyty, zostawia się go samego z jego bólem.

Mam prawo wiedzieć

W USA od kilku lat obserwuje się zmianę w postępowaniu wobec osób umierających i zjawiska śmierci. Mówi się więcej o godności śmierci. Niektórzy żądają, aby informowano chorego o stanie jego zdrowia i nie bagatelizowano grożącej mu śmierci. Gdy już chory zostanie poinformowany o zagrożeniu życia, należy mu w tych trudnych chwilach towarzyszyć.

W naszym kraju pierwszym krokiem w tym kierunku jest prawny obowiązek informowania osoby chorej o stanie jej zdrowia. Czeka nas jeszcze wiele podobnych ustaleń, aby człowiek kończący swoją ziemską egzystencję mógł stąd odejść godnie, spokojnie, ciesząc się obecnością wokół siebie swoich najbliższych i będąc pewnym, że krewni dobrze zadbają o jego doczesne szczątki i będą zachowywali go w swojej wdzięcznej pamięci.

Dobra śmierć powinna zakończyć dobre życie, bo jest jego elementem. Ludzie wierzący powinni umierać z taką samą godnością, z jaką żyli, bo wiara sprawia, że widzą w śmierci nie koniec wszystkiego, tylko bramę do innego, lepszego życia, które mamy obiecane od Boga. A tego rodzaju myślenie pozwala spojrzeć na śmierć w taki sposób, jak patrzył na nią św. Franciszek z Asyżu, który mówił: „Niech będzie pochwalona nasza siostra śmierć!”.

ks.Jarosław Garbarek