Październik 2007

Ile o sobie wiemy?…
Piotr Wróbel

Transplantologia – ratujmy życie
Z ks. bp. Edwardem Janiakiem i prof. Wojciechem Witkiewiczem rozmawia Arkadiusz Cichosz

Zobaczyć Boga w ludziach ulicy
Bożena Rojek

Wdowy poślubione… Chrystusowi
Bogdan Nowak

Pierwsza zmartwychwstanka
s. Teresa Matea Florczak CR

Niezłomny
Stanisław A. Bogaczewicz

Jadwiżański szlak pielgrzymkowy
Ks. Antoni Kiełbasa SDS

Relikwie Gabrieli Klausy we Wrocławiu
Ks. Rafał Swastek


Zapiski Prymasa
Ks. Piotr Nitecki

Nadprzyrodzony krwiobieg miłości
Fragmenty Słowa Biskupów Polskich

Harcerska konspiracja
Piotr Sutowicz



Strona główna

Archiwum

Ile o sobie wiemy?…
Piotr Wróbel



W poruszającej rozmowie, którą Katarzyna Jabłońska i Piotr Mucharski przeprowadzili z Hanną Krall na temat ludzkich postaw, które ujawniały się podczas wojny, pisarka wspomniała takie oto zdarzenie: Apolonia Machczyńska mieszkała w Kocku. Miała trzydzieści parę lat, trójkę dzieci, była w zaawansowanej ciąży i w swoim domu ukrywała ponad dwudziestu Żydów. Ktoś wydał kryjówkę. Podczas przesłuchania jeden z Niemców dał ojcu Poli wybór: jeśli się przyzna, że to on ukrywał Żydów, córka będzie żyła. Ale ojciec się nie przyznał. Zamordowano i Żydów i Polę razem z nimi. Egzekucję przeprowadził 101 batalion policji z Hamburga. Jego członkami nie byli esesmani, ale normalni ludzie. Robotnicy, dokerzy, właściciele warsztatów, sklepików, za starzy, aby iść na front. Przysłali ich na Lubelszczyznę i zrobili, co do nich należało. Przyjechali do nich kiedyś artyści z Berlina, żeby ich rozweselić, żeby dla nich pośpiewać, potańczyć. Jak to artyści. Zobaczyli, jak policjanci zabijają, i zapytali, czy też mogą pozabijać. Policjanci powiedzieli, że tak, mogą. Dali im karabiny, pokazali, jak to się robi, i artyści z Berlina zastrzelili tego dnia kilkuset Żydów („TP” Nr 13, 26 marca 2000).
Myliłby się ten, kto by sądził, że okrucieństwo jednego człowieka wobec drugiego to „przywilej” wojny i w normalnych warunkach to się nie zdarza. Tak samo zresztą, jak i zachowania bohaterskie. Opowieść Hanny Krall zaskakuje i szokuje widokiem tego, co kryje obnażone oblicze przeciętnego człowieka. Zwyczajny robotnik, doker, przedsiębiorca, handlowiec, artysta – a w każdym z nich uśpiony zbrodniarz, który tylko czeka na przebudzenie. Jak to możliwe? Jakie procesy psychologiczne decydują o naszej zdolności do czynienia zła, a jakie do czynienia dobra? Jakie warunki i okoliczności muszą zaistnieć, by „przeciętny” człowiek był zdolny nawet do najokrutniejszych zbrodni, lub do największego bohaterstwa?

Najpierw zajmijmy się analizą ciemnej strony zachowań człowieka.

Psycholodzy unikają twierdzenia, jakoby zdarzali się ludzie z natury źli (no, może poza przypadkami psychopatycznymi). Najczęściej można się spotkać z opinią, że ludzie są dobrzy, jednak w określonych sytuacjach popełniają zło – jedni częściej inni rzadziej. Oczywiście, są i tacy, którzy uwikławszy się w jedno zło pociągają za sobą następne, aż w końcu wpadają w taką spiralę niegodziwości, że zyskują miano ludzi złych, degeneratów, zbrodniarzy, a nawet ludobójców.

Badania poparte psychologicznymi eksperymentami zdają się popierać tezę, że prawie każdy człowiek nosi w sobie skłonność do zachowań destrukcyjnych, by nie powiedzieć sadyzmu i tyranii. W 1971 r. prof. Philip Zimbardo przeprowadził na Uniwersytecie w Stanford (Południowa Kalifornia) eksperyment, który miał prześwietlić psychologiczne uwarunkowania sadystycznych zachowań więźniów i strażników więziennych. W tym celu wybrano 21 studentów, których podzielono na dwie grupy (11 strażników i 10 skazańców) i umieszczono ich w zaaranżowanych na więzienie piwnicach uniwersytetu. Choć eksperyment miał trwać dwa tygodnie, musiano go przerwać już po sześciu dniach, gdyż początkowa zabawa i gra „w więzienie” bardzo szybko przerodziła się w rzeczywisty sadyzm, psychiczne i fizyczne znęcanie się strażników nad skazanymi. Po zakończeniu eksperymentu przeprowadzono rozmowy z jego uczestnikami, którzy, gdy opadły już emocje i znaleźli się w zwyczajnych dla siebie warunkach, ze zdziwieniem przyglądali się swym niedawnym zachowaniom. Strażnicy – normalni, spokojni studenci, deklarujący nawet swoją pacyfistyczną orientację światopoglądową – nie potrafili zrozumieć dlaczego tak szybko i bez żadnych moralnych oporów przerodzili się w tyranów; więźniowie – studenci o podobnych do strażników typach osobowościowych – byli zdumieni tym, że tak łatwo ulegali absurdalnym poleceniom strażników, oraz że byli gotowi do kolaboracji z nimi przeciwko współwięźniom by być lepiej traktowanym (Więcej na temat tego eksperymentu można przeczytać w wydaniu specjalnym „Charakterów” nr 1/2007).

Czego dowiódł przeprowadzony eksperyment? Przede wszystkim tego, że nie tylko ci, których byśmy ostemplowali jako „z gruntu” złych, czynią źle. A zatem każdy człowiek nosi w sobie skłonność do okrucieństwa. Po drugie, to jak się zachowamy, w dużej mierze zależy od presji okoliczności, w jakich się znajdziemy.

Do podobnych wniosków doszła Hannah Arendt, która rozpatrując „banalność zła” zanalizowała osobowość hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna i odkryła (co potwierdzili badający go psychologowie), że był to normalny, kochający swą rodzinę człowiek, który jednak uwiedziony nazistowską ideologią oraz ustanowiony dowódcą obozu koncentracyjnego skazał na śmierć miliony ludzi. Jak banalne musiało być dla niego zło, którego się dopuszczał, skoro nie miało ono żadnego negatywnego przełożenia na relacje rodzinne. Jak nieprawdopodobne wydaje się, że z rozkazu sympatycznego i kulturalnego rodaka Goethego zginęło miliony więźniów.

Gdzie zatem leży przyczyna owych irracjonalnych zachowań i sprzecznych postaw? W dużej mierze w tkwiącym w nas i w trudnym do nasycenia głodzie władzy. I jeśli sami nie możemy go zaspokoić, to chcemy przynajmniej być akceptowa- ni przez kogoś, kto tę władzę posiada. Chcemy być blisko kogoś, kto stworzy nam ramy pewnego poczucia bezpieczeństwa. Stąd bierze się łatwość, z jaką człowiek ulega wpływom różnych autorytetów i ideologii. Te jednak narażone są na różne patologie, które powstają przez nieustanne wzmacnianie swojej władzy. Odbywa się to np. przez wywoływanie poczucia zagrożenia ze wskazaniem na winnego. Może to być obywatel innego narodu, członek innego plemienia, reprezentant odmiennego światopoglądu, wyznania, partii politycznej. Do perfekcji ten styl budowania autorytetu na strachu opanowały sekty o charakterze destrukcyjnym. Zagrożenie jest tu przedstawiane jako coś bardzo realnego, namacalnego, a zło, którego sprawcą jest ten inny, „wszyscy widzą”. Dlatego trzeba go zniszczyć. Proces ten zaczyna się od odpersonalnienia innego. To już nie jest człowiek, lecz wesz, robak, szatan... A jeśli coś takiego staje nam na drodze, to nie mamy już oporu, by chcieć się tego pozbyć.

Każda taka ideologia budowana jest na prostej zasadzie kategoryzacji: swój – obcy. Innym ważnym elementem taktyki ideologicznej jest spowodowanie, by jej zwolennicy poczuli, że ich siła nie leży w wykształceniu, zdolności do samodzielnego myślenia, krytycyzmie, indywidualnych uzdolnieniach, lecz w liczebności i karności wobec autorytetu. W ten sposób tworzy się „masę”, której charakterystyczną cechą jest redukcja indywidualnego „ja” do „my”, co prowadzi do uniformizacji i pewnej anonimowości. Tam, gdzie nie „ja” decyduje, lecz „my”, gdzie mój czyn przestaje być przypisany osobie, lecz grupie, gdzie tracę rozeznanie, kim naprawdę jestem, tam też łatwiej przychodzi mi czynić rzeczy, na które osobiście nigdy bym się nie zdobył. Atmosfera grupy tworzy zasłonę, za którą mogę się ukryć i czuć się jak złodziej pod osłoną nocy. Jeśli tylko znajdzie się jakiś zręczny manipulator, który wykorzysta naszą wrodzoną skłonność do konformizmu wynikającą z potrzeby bycia akceptowanym przez środowisko, to przełamie każdy opór naszego sumienia.

Po tym, co powiedzieliśmy do tej pory, zmuszeni jesteśmy postawić jeszcze dwa pytania: Czy okoliczności wystarczą, by usprawiedliwić każdy czyn i uniewinnić każdego jego sprawcę? Czy człowiek może obronić się przed naporem okoliczności i wbrew nim czynić dobro lub choćby nie czynić zła? Oba pytania dotykają wolności i odpowiedzialności za nasze postępowanie.

Niewiele jest sytuacji, w których całkowicie pozbawieni bylibyśmy możliwości wyboru. Ci, którzy mówią: „Nie miałem innego wyjścia, musiałem to zrobić”, wyrażają tylko subiektywną opinię, że w obliczu zaistniałego problemu wybrali opcję najmniej szkodliwą – dla siebie lub dla innych. W rzeczywistości zawsze mamy trzy możliwości zachowania się: albo włączamy się w to, do czego skłania nas okazja, okoliczność, naciski przełożonych; albo przyjmujemy postawę w psychologii zwaną „efektem świadka”, czyli wyczekujemy, aż ktoś inny rozwiąże problem; albo zdobywamy się na bohaterstwo i działamy wbrew oczekiwaniom zwierzchników, presji okoliczności czy reakcji tłumu. Oczywiście, ten ostatni typ zachowania jest najtrudniejszy. Może on pojawić się u kogoś spontanicznie i nieoczekiwanie (zdarza się, że przestępca okaże się w jakiejś sytuacji bohaterem), ale najczęściej ma on związek z wychowaniem rozumianym jako wypracowanie w sobie określonych cnót, czyli stałych dyspozycji moralnych. A więc, biorąc pod uwagę szeroką gamę różnych uwarunkowań i okoliczności, które towarzyszą naszym czynom, nie zostajemy pozbawieni odpowiedzialności za to, co czynimy. Oczywiście, one będą wzmacniały lub osłabiały naszą winę, ale to nie one będą odpowiedzialne za to, co uczyniliśmy.

Codzienne doświadczenie przekonuje nas jednak, że w najtajniejszych zakamarkach naszej osobowości tkwi nie tylko potencjalny zbrodniarz, ale także uśpiony bohater. I tak, jak ten pierwszy, „przyczajony” czeka na okazję, by się ujawnić, tak i ten drugi wyczekuje właściwej chwili, by zaskoczyć nas swym bezinteresownym oddaniem. Banalność zła, o której mówiła Hannah Arendt, ma swój kontrapunkt w postaci banalności dobra, a w wyjątkowych sytuacjach możemy nawet mówić o banalności bohaterstwa czy wręcz heroizmu. I choć zestawienie pojęć „banalność” z „heroizmem” może wydawać się na pierwszy rzut oka zabiegiem mało udanym, to jednak przykłady „z życia wzięte” uprawniają nas do użycia takiego właśnie określenia.

My jednak, mówiąc o bohaterstwie i heroizmie, skupimy się na postawie, która nie bacząc na koszty własne (narażenie zdrowia i życia, utratę pracy czy zawodowego stanowiska, społeczne napiętnowanie) jest gotowa iść z pomocą innym ludziom lub bronić prawdy i ideałów. Zazwyczaj bohaterstwo kojarzymy z czynem, czyli z określoną aktywnością, jednak zdarza się, że bohaterstwem nazwiemy odmówienie wykonania czegoś, przyjęciem postawy biernej, co nie znaczy wyczekującej, takiej jak w przypadku „efektu świadka”. Innym wymiarem bohaterstwa jest to, czy mamy do czynienia z reakcją nagłą, jednorazową, wywołaną potrzebą chwili – tak jak w przypadku św. Maksymiliana Kolbe, franciszkańskiego męczennika, który w Oświęcimiu ofiarował swoje życie za życie współwięźnia, czy też z procesem dojrzewającym i trwającym przez dłuższy czas: dni, miesiące czy nawet lat – tak jak w przypadku Janusza Korczaka, lekarza i pedagoga, który nie chcąc zostawić swych wychowanków z żydowskiego sierocińca, zginął wraz z nimi w Treblince, czy Oskara Schindlera, niemieckiego przemysłowca z Moraw, członka NSDAP, który w czasie II wojny światowej zatrudniał w swoich fabrykach Żydów, ratując tym samym życie ok. 1200 osobom.

Dlaczego w tej samej sytuacji jedni przeradzają się w okrutnych katów, inni przyjmują postawę biernego świadka wydarzeń, jeszcze inni odważnie i z poświęceniem wychodzą naprzeciw złu i walczą o przywrócenie sprawiedliwości? O ile wśród motywów działań, co do etyczności których mielibyśmy wiele zastrzeżeń znajdują się: strach, konformizm, chęć posiadania (pomnożenia) władzy, egoizm, to w przypadku zachowań bohaterskich motywacje są bardziej złożone: empatia, instynktowne poczucie sprawiedliwości, podporządkowanie wpojonym wartościom, wysoki poziom wrażliwości na dobro i zło, skłonność do poświęceń, a także – w jakiejś mierze – odwaga granicząca z szaleństwem (używam tu tego słowa w kontekście, w jakim występuje ono np. w sformułowaniu „Boży szaleńcy”). Podobnie jak w przypadku czynów zbrodniczych, zachowanie bohaterskie może być reakcją na zaistniałe niebezpieczeństwo, może też być działaniem poprzedzonym głęboką analizą całej sytuacji, zakończoną świadomą decyzją o poświęceniu się w obronie kogoś lub czegoś.

Kończąc te rozważania o psychologii moralności wróćmy jeszcze do Hanny Krall z cytowanego na początku wywiadu: I kiedy zadajemy sobie pytanie: kim bylibyśmy, to jedyna uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiemy. Czy zachowalibyśmy się jak Pola, czy jak ojciec Poli, który milczał na śledztwie? Miejmy nadzieję, że nie jak policjanci. Może lepiej, że nie wiemy. Nie trzeba o sobie dobrze myśleć... Czy rzeczywiście nie możemy być pewni swego zachowania w sytuacjach dramatycznie nabrzmiałych; czy naprawdę nie powinniśmy o sobie dobrze myśleć? Świadomość słabości naszej natury każe nam zgodzić się z Hanną Krall. Wierzymy jednak, że pragnienie dobra jest w człowieku znacznie silniejsze niż skłonność do czynienia zła. Ostatecznie dobro zawsze zwycięża zło – gdyby było inaczej, dawno przestalibyśmy istnieć.