Wrzesień 2010

Wilki w owczej skórze
Ks. Piotr Mrzygłód

Wychowanie obywatela
Joanna Kunert

Lekcja historii
Elżbieta Nowak

Kodeks Postępowania Nauczyciela prozą pisany
Agnieszka Jędrzejowska

Polska emigrująca
llona Migacz

Apostoł kultu Świętej Jadwigi
Ks. Bogdan Giemza SDS

Nasz Przyjaciel
Ks. Piotr Nitecki

Skarby cystersów czekają...
Barbara Rak

Pielgrzymami jesteśmy
Ks. Bogusław Konopka

Jak uczyć dzieci szacunku do rodziców?
Z o. Mariuszem Tabulskim rozmawia Bożena Rojek

Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata
Jan Paweł II

Siedem chorób głównych


Strona główna

Archiwum

Wilki w owczej skórze
Ks. Piotr Mrzygłód


Jadąc na upragnione wakacje w kontekście budzących uzasadniony już dreszcz grozy ustaleń Trybunału w Strasburgu, w sprawie obecności krzyży we włoskich szkołach oraz lekcji religii i etyki w Polsce, czy próby wywołania na siłę narodowej dyskusji na temat stawiania z nich ocen na świadectwie szkolnym – zastanawiałem się czy ta wojująca dyktatura laicka, którą czuję się osobiście coraz bardziej zaszczuwany przez tzw. postępowe kręgi społeczne nie sprawi, że już w najbliższych latach w salkach katechetycznych w naszych szkołach, gdy dzieci 1 września, po okresie wakacji, wrócą ponownie do klas – nie spotkają tam już tylko cienia po krzyżu, jaki wcześniej był tam zawieszony.

Chrześcijaństwo marsz do zakrystii – czyli „tolerancja to rzecz święta”

Swoja drogą ciekawy wydaje się być fakt, że tzw. tolerancja religijna, na jaką przy tej okazji powołują się współcześni nieprzyjaciele Krzyża Chrystusowego – programowo miałaby przynależeć wszystkim z wyjątkiem rzymskich katolików – zupełnie jak w słynnym XVII-wiecznym niechlubnym liście brytyjskiego filozofa Johna Locke`a, na którym budują swój wizerunek i poglądy dzisiejsi liberałowie.

Nie chciałbym tutaj, broń Boże, rozsiewać żadnych kasandrycznych wizji przypuszczeń, ale patrząc na obecną scenę i kulturę polityczną, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że od dłuższego już czasu mamy w naszym kraju do czynienia z tzw. „dyktaturą laicką” podsycaną skutecznie przez pozornie tylko autonomiczne media, które miast pokazywać życie jakim ono faktycznie jest, świadomie próbują kształtować wypaczony obraz rzeczywistości. Stąd, jako wolny obywatel naszej Ojczyzny uważam, że mam w tej sytuacji takie samo prawo, jak każdy, powoływać się na 25 i 53 artykuł Konstytucji RP – mówiący o wolności sumienia i wyznania, czując się w wyznawaniu swej religii i jej zasad regularnie i programowo zaszczuwany przez wprost lewicowe lub lewicujące kręgi laickie próbujące rugować w imię ubóstwianej tolerancji, chociażby z przestrzeni społecznej religijne symbole, oraz wprowadzać po raz kolejny w historii naszego Państwa tzw. światopogląd laicki. Jak się taki „polityczny mechanizm” ostatnim razem zakończył – to chyba wszyscy jeszcze aż za dobrze pamiętamy.

Stąd osobiście uważam, że tak ubiegłoroczna rozdmuchiwana przez media – zwyczajnie sterowana przez grupę dorosłych – jak się później okazało – prowokacja trójki uczniów z jednego z wrocławskich liceów, którzy powołując się na Konstytucję domagali się w ramach wolności religijnej usunięcia krzyży ze szkoły, jak i sztucznie nagłaśniana sprawa rodziny Grzelaków skarżących Rzeczpospolitą Polską przed Trybunałem w Strasburgu, domagających się lekcji etyki dla swoich pociech, wpisują się doskonale w obecny klimat ukrytej walki z religią i jej przejawami w życiu społecznym. Tak w jednym jak i w drugim wypadku temat błyskawicznie przejęli redaktorzy postępowej „Gazety Wyborczej“, płodząc w ciągu kilku dni szereg napastliwych artykułów. Przedziwne, że jakoś wolno im było nie uszanować przy tej okazji obrażonych uczuć religijnych blisko 91 procent Polaków określających się, jako chrześcijanie i ludzie wierzący, w tym 30 procent, regularnie będących na niedzielnej Eucharystii, co daje bagatela, ponad 10 milionów obywateli? Komentarz tutaj wydaje się chyba zbędny.

Swoją drogą szkoda, że w obu tych przypadkach nikt jakoś wtedy nie spojrzał także na konstytucyjne prawo wolności religii i wyznania całej reszty uczniów, których właśnie to konstytucyjne prawo do wyznawania religii i posługiwania się jej symbolami – mogłoby zostać wówczas pogwałcone. Kolejny etap tej walki to lewicowa propaganda głosząca, że wpisana na świadectwie szkolnym ocena z religii rzekomo dyskryminuje i poniża ucznia. Stąd demagogiczna propaganda na rzecz tego, że winna być ona jak najszybciej zlikwidowana, a regulujący te kwestie Konkordat zrewidowany i, oczywiście, przeformułowany. Otóż ocena z religii na świadectwie – nikogo nie poniża – bo i przez co? Swoja drogą, nawet nie jest napisane na świadectwie z jakiej konkretnej religii jest ta ocena. No, chyba że przyjmiemy tezę że faktycznie żyjemy w jakimś „PRL-u bis”, w którym religia staje się groźnym i zniewalającym „opium dla ludu”, z którym należy walczyć, zaś za otwartą przynależność do Kościoła grozić mogą – ukryte na razie – pod „woalem tolerancji” rozmaite konsekwencje?

Zamykając jakoś ten temat uważam, że charakteryzujący się głęboką amnezją historyczną „mędrcy” – kształtujący obraz naszej polityki i kultury, miast głosić lęk przed Kościołem i zniewalającą społeczeństwo chrześcijańską religią, wrócić powinni do początków naszej państwowości i do jej historii, wrócić powinni do niekwestionowanych klasyków naszej myśli i literatury, którzy jakoś przedziwnie nie obnosili się ani z „polityczną poprawnością”, ani z hasłami „tolerancji”, ani też jakoś tym, co pisali, nikogo nie urazili, świadomie deklarując swój światopogląd i przynależność religijną. A pisali rzeczy ważne. Spośród nich przywołać chcę postać chociażby tylko wybitnego wieszcza i poety Adama Mickiewicza, który niegdyś pisał, że: „Wcale nie musi być Polska od morza do morza, ale musi być święta i musi być Boża”… „Bo tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska będzie polska a Polak Polakiem”. No, chyba że w myśl wszechogarniającej nas bezideowości i poprawności nowi „prorocy” wkrótce ogłoszą, że i jego twórczość literacka, godzi w czyjąś wolność i narusza „świętą” tolerancję. Tylko pytanie dlaczego my – chrześcijanie – na coś takiego sobie w ogóle pozwalamy???

Jestem katolikiem, ale…, czyli religia „domowej roboty”

Od pewnego czasu – myślę, że nie bez związku z opisywaną wcześniej sytuacją – mamy do czynienia jeszcze z nieco innym zjawiskiem zachodzącym w naszym – wydawałoby się – chrześcijańskim, religijnym społeczeństwie – tym razem już jakby wewnątrz Kościoła.

Myślę o świadomym rezygnowaniu z uczęszczania na lekcje religii naszej – wydawałoby się – chrześcijańskiej młodzieży, bądź też wypisywania własnych dzieci przez nowoczesnych rodziców z katechezy, którą w swoim mniemaniu – utworzonym zapewne przez obecny klimat dyskusji na temat roli religii w życiu – uznają za zbędną, wręcz przeszkadzającą. Przedziwną rzeczą stają się również wypadki, kiedy uczniowie rezygnujący z lekcji religii deklarują z dumą, że chodzą w to miejsce na organizowaną przez szkołę etykę.

Otóż trzeba sobie jasno powiedzieć, że oba przywołane tutaj przypadki dla katolika są zwyczajnym zaparciem się wiary, dla którego nie ma żadnego wytłumaczenia. Dlatego też, w kontekście całej tej sytuacji zastanawiam się ile spośród naszej młodzieży – chociażby tej, która otrzymała w tym roku przed wakacjami sakrament bierzmowania – nie pojawi się po czasie wakacyjnym już nigdy na lekcji religii, oczywiście przy poparciu i aprobacie rodziców beztrosko tłumaczących się w czasie corocznej wizyty duszpasterskiej – kolędy – śmiesznymi i żenującymi argumentami typu: „No, bo proszę księdza, on (ona) ma przecież tyle nauki i jeszcze dodatkowo na zajęcia z tenisa chodzi i na angielski… Tego się nie da połączyć jeszcze z religią! (…) Z religii egzaminów na studia zdawać nie będzie”. Swoją drogą przedziwne jest to, że z tych samych powodów, ci sami rodzicie nie wypisali swych pociech z lekcji matematyki chemii, języka polskiego etc., czy chociażby zajęć WF-u. Przecież żadne dziecko zdające egzaminy na studia nie zdaje ich ze wszystkich istniejących przedmiotów, ale tylko z tych, które określają profil konkretnych studiów – prawda?

Jakkolwiek by tłumaczyć to zjawisko trzeba sobie jasno powiedzieć ze każdy chrześcijanin który świadomie rezygnuje z zajęć religii w szkole lub też jako rodzic wypisuje swoje dziecko z tychże zajęć, popełnia ciężki grzech publicznego zaparcia się własnej wiary. Dla takiej postawy nie ma żadnego usprawiedliwienia! Zresztą sam Chrystus wyraźnie powiedział, że Kto nie jest ze Mną jest przeciwko mnie, a kto ze mną nie sieje – rozprasza! (Mt 11,23) oraz: Kto się mnie zaprze przed ludźmi tego i Ja zaprę się przed moim Ojcem, który jest w Niebie (Mt 10, 33). Nic dodać nic ująć! Dlatego albo się jest człowiekiem wierzącym, albo się wierzącym nie jest – bo nie można trochę wierzyć, a trochę nie. Tak samo jak nie można w jednej chwili siedzieć trochę w przedziale pędzącego pociągu i trochę siedzieć na peronie. Tak się po prostu nie da! Ludzie którzy tego nie rozumieją lub przy takiej formule wiary obstają mimo posiadanego nawet chrztu św. – nie mają nic wspólnego z Kościołem Jezusa Chrystusa, ale uprawiają coś na kształt „chrześcijaństwa domowej roboty”. Czyli własnej wymyślonej przez siebie i na swój prywatny użytek wiary, w której to oni sami decydują czego będą przestrzegać, a czego nie, i w co będą wierzyć, a w co nie będą. A skądinąd od dawna już wiadomo, że „domowej roboty” to dobry może być co najwyżej dżem.