Lipiec - Sierpień 2008

Rok św. Pawła rozpoczęty
Krzysztof Bramorski

Święta w podróży
Agnieszka Bugała

Pieszo na Jasną Górę
Violetta Nowakowska

„Sokrates tańczący”
Ks. Janusz Czarny

Wakacje z Bogiem
Anna Kowałek

Rodziców i dzieci kłopoty z wakacjami
Anna Litwin

Problem zła i św. Augustyn
Łukasz Henel

Błogosławiona s. Marta Wiecka
Stanisław Wróblewski

Kościół w oczach PZPR
Piotr Sutowicz

Do czego prowadzi zdrada małżeńska?
Z ks. Bolesławem Orłowskim rozmawia Bożena Rojek

Wrocławski Turniej Tenorów
Joanna Pietrasiewicz

„Pijafka” – bo wystarczy tylko chcieć
Marta Anioł



Strona główna

Archiwum

„Sokrates tańczący”
Ks. Janusz Czarny



Kiedy chce się pisać o postaci znakomitej, o człowieku, którego życie i śmierć niewątpliwie zaważyły mocno zarówno w historii, jak i na współczesności, można użyć wielu różnych manier i stylów literackich. Najczęściej zaś bywa używana maniera pomnikowo-pobrązowiająca, która daje następujący efekt: O. prof. dr hab. dr honoris causa (multiplex) Mieczysław Albert Maria Krąpiec OP, ur. 25 maja 1921 r. w Berezowicy Małej koło Tarnopola, wyświęcony 17 czerwca 1945 r., zmarł w Lublinie 9 maja 2008 r. Profesor, wieloletni dziekan Wydziału filozoficznego, przez wiele kadencji rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, odznaczony…, wyróżniony…, laureat…, zasłużony, wybitny. W ten sposób powstają pomniki, które w następnych epokach bywają obalane, a w najlepszym razie zasłaniają prawdziwą wielkość. Ojciec Profesor pierwszy wyśmiałby tę modę, komentując zresztą bardzo soczyście.

Na szczęście, w pewnej mierze, zapobiegły temu nasze rodzime mass media, które uznały, że w ogóle śp. Ojciec Profesor nie był poprawny politycznie i lepiej o Jego śmierci nie pisać zbyt wiele… Lepiej nie pisać, że wraz z Jego odejściem zakończyła się pewna epoka w kulturze intelektualnej, że zmarł twórca szkoły filozoficznej, że był to ktoś, kto potrafił expressis verbis zapytać Michaiła Grobaczowa (na pierwszym jego spotkaniu z intelektualistami polskimi) o obowiązywalność „doktryny Breżniewa”, że był to ktoś, kto pojmował filozofię jako „umiłowanie mądrości”, a nie epatowanie bulwersującymi teoriami, że był to filozof, którego bardzo interesowała rzeczywistość, taka jaką ona jest: cała i integralna – ze światem, ludźmi i Bogiem. Lepiej nie pisać…

Tytuły zaś, którymi komentowano Jego śmierć („Bogu i Ojczyźnie poświęcił swe życie”, „Umiłował mądrość”, „Był ucieleśnieniem polskości”, „Obrońca polskiej kultury przed komunizmem”, itp.), choć oddają prawdę, to jednak już pobrzękują spiżem, którego Ojciec Profesor tak bardzo nie lubił. Dlatego chyba warto zapytać, czy ktoś kiedyś (poza Tuwimem) spotkał „Sokratesa tańczącego”? Ja go spotkałem i chcę o tym napisać. Ten tytuł Tuwimowego wiersza, pełnego indywidualizmu i optymizmu, bardzo pasuje do śp. Ojca Profesora Krąpca.

Był to bowiem współczesny Sokrates, który – jak ów pierwowzór sofistom – mówił, że jest tylko jedna prawda: prawda bytu, rzeczywistości, którą trzeba pokornie odczytywać, poczynając od doświadczenia. Właśnie od doświadczenia, a nie od znaków (mowy, sensów, konfiguracji społecznych), tylko od doświadczenia tego, jaka rzeczywistość jest. I dlaczego jest, taka, jaka jest! To pytanie: dlaczego? było najważniejszym w życiu i myśli Ojca Profesora, a zmierzało ono zawsze do odkrywania prawdy zapisanej przez Stwórcę w rzeczywistości. Ojciec Krąpiec uważał, iż nie wolno umawiać się co do tego, czym jest prawda, bo ona sama ma zwyczaj wychodzić na wierzch; nie wolno spekulować, czym jest dobro, bo ono samo jest ewidencją, którą trzeba dostrzec, chyba, że uzależni się je od zmiennych układów społecznych i kulturowych. W zamian postulował, by właśnie te układy uzależniać od dobra obiektywnego. Był to bowiem Sokrates, który kpił z nowożytnych koncepcji piękna, które kazały szukać tego, co jest „echem Boskiego Logosu” w brzydocie lub różnych „eventach” – pożal się Boże – artystycznych. Był to Sokrates, którzy przez całe swoje życie próbował „odzyskać świat realny”. Dlaczego to robił?

Podejrzewam, iż dlatego, że był to „Sokrates tańczący”. On lubił nauczać na rynku, a agora była jego żywiołem. Tam spotykał ludzi, których kochał i bardzo chciał przekazywać im swoją wiedzę. Był wszędzie tam, gdzie mógł znaleźć rozmówców, zatrzymywał ludzi na rynku, w palestrze, czy na biesiadzie, by mówić z każdym o jego sprawach i zmuszać do zastanawiania się nad nimi. Uczył się wówczas sam, jak Sokrates, którego „drzewa niczego nie mogą nauczyć, uczą natomiast ludzie w mieście”. Ojciec Profesor szukał rozmówców, niezależnie od tego, czy to byli jego studenci, czy też przypadkowi przechodnie, bo on miał potrzebę przekazywać im swoją mądrość. Nie był to akademik zagubiony w swych rozważaniach, lecz prawdziwy nauczyciel i mistrz, który „nastawał w porę i nie w porę”. W jego intelekcie nawet najbardziej błaha sprawa stawała się pretekstem do analiz dogłębnych i rzetelnych, dlatego nigdy nie rozmawiał o małych rzeczach. Każdy przejaw rzeczywistości prowadził go do źródeł mądrości. Bardzo chciał, by go słuchano, bo wiedział, że mówi prawdę. Nigdy sam nie przemierzał drogi ulicami Lublina, z alei Racławickich na Złotą. Szedł, rzeczywiście lekko tanecznym krokiem, obficie gestykulując i ciągle tocząc rozmowę. Bywało, że w trakcie takiego „perypatetyckiego” dyskursu zdawałem egzamin. Taki to był „Sokrates tańczący”… I tak samo jak tamten, Ojciec Profesor, stawiał na nogi, przewróconą do góry nogami przez współczesnych sofistów, filozofię. Dzisiaj on najgłośniej mówił do całej intelektualnej współczesności, że prawda jest jedna, że cnota jest jedna, że piękno jest jedno. Sofizmat był dla niego wredny, niezależnie od tego, czy nazywał się filozofią języka, oblicza, spotkania, czy marksizmem, czy filozofią analityczną, strukturalizmem, czy jakimś neopozytywizmem. Uważał bowiem, że filozofia też jest jedna, jeśli prawda jest jedna. Jego zaś interesowała tylko prawda bytu.

Ojciec Krąpiec był takim „Sokratesem tańczącym” zawsze z oznakami stanu kapłańskiego. Wielki intelektualista, ceniony w świecie (może bardziej niż w Polsce), nie miał zwyczaju kryć się za krawatem. Być może dlatego tak rzadko pojawiał się w świeckich mediach; przez to, co mówił i co sobą prezentował, nie był osobowością medialną. Był zaprzeczeniem „politycznej poprawności” i chyba przez to był solą w oku nawet dla niektórych współbraci w kapłaństwie i powołaniu zakonnym. Miał on bowiem wyraźną tożsamość kapłana i zakonnika. Bywało, że do białego, dominikańskiego habitu przywdziewał purpurowy pas, na znak, że przynależy do dawnej lwowskiej prowincji dominikanów, którzy od wieków mieli papieski przywilej używania purpury. Mawiał wtedy: „Czerwony pas, za pasem…różaniec”, jakby wspominając dzieciństwo i młodość na Podolu, a równocześnie wskazując na to, co jest jego prawdziwą bronią. On, potomek kresowej szlachty, nigdy tamtych stron i klimatów nie opuścił, a nawet snuł projekty, by niedaleko Żmerynki stworzyć uniwersytet. Na co dzień żył po zakonnemu – gości przyjmował bardzo mocną kawą z miodem, a bywało, że do tego dodawał kieliszeczek nalewki, szedł spać z pierwszym zmrokiem, a wstawał z pierwszym brzaskiem, dlatego tak trudno powiedzieć, kiedy zastała go śmierć: wieczorem czy rano. Przyszła do niego, gdy pracował i mogło to być zarówno wieczorem lub nad ranem – po prostu, wtedy, gdy pracował nad encyklopedycznym hasłem „Nadejście Mesjasza”. Wówczas do niego przyszedł Mesjasz. Ciekawe, czy przyjął Go kawą z miodem, a być może nawet i dodał kieliszeczek nalewki? Chyba tak, bo cechowała go gościnność, równość i pogoda usposobienia oraz humor i łagodność. W każdym razie o Ojcu Profesorze można napisać tak, jak Ksenofont pisał o Sokratesie: Wydawał się najlepszym i najszczęśliwszym z ludzi. Taki to był „Sokrates tańczący”.