Maj 2005

Cieszymy się
Arcybiskup wrocławski po wyborze papieża Benedykta XV

Samotność władzy
ks. Piotr Nitecki

Nie jestem sam
papież Benedykt XVI

Benedykt XVI
ks. Andrzej Szafulski

Służyć Kościolowi
Fragmenty wywiadu z kard. Josephem Ratzingerem

Minął rok...
K.S.

Kapłan i jego misja
Z ks. abp. Marianem Gołębiewskim rozmawia ks. Cezary Chwilczyński

Z dziejów komunistycznych represji wobec dolnośląskiego Kościoła
Stanislaw A. Bogaczewicz

Sakrament pokuty
ks. Wiesław Wenz

Uczeń i mistrz
ks. Bogdan Giemza SDS

O nazwach Sakramentu Ciała i Krwi Pańskiej
ks. Paweł Cembrowicz

Bitwa o Anglię
R.K.

Na szczęście Duch nie słucha mediów
ks. Rafał Kowalski

Ty będziesz kapłanem na wieki
Adam Ryszard Prokop




Strona główna

Archiwum

Po inauguracji pontyfikatu papieża Benedykta XVI
Samotność władzy
ks. Piotr Nitecki



Rozpoczęcie pontyfikatu papieża Benedykta XVI, nowego czasu w dziejach zawsze młodego Kościoła, nie jest tylko międzynarodową sensacją, ale przede wszystkim udziałem w misterium głoszenia Ewangelii. Kościół został wszak ustanowiony przez Chrystusa po to, by w stale nowych czasach, pod kierunkiem kolejnych pasterzy, głosił światu zawsze to samo orędzie o Bogu pochylającym się nad człowiekiem, przestrzegającym i ratującym go przed wszelkim moralnym złem i ukazującym mu najpiękniejsze, wieczne perspektywy życia.

Wielkie wydarzenia ostatnich tygodni – śmierć Jana Pawła II i wybór Benedykta XVI – przyszło nam przeżywać w klimacie liturgicznej zadumy nad pierwszymi spotkaniami apostołów i uczniów ze zmartwychwstałym Panem pragnącym przekonać ich, i nas, ich następców, że zmartwychwstał, jak powiedział (Mt 28,6). Trudno było nie myśleć w związku z tym w ostatnich dniach o – opisanym przez świętego Jana (J 21,15-19) – jednym z tych spotkań, które dokonało się nad brzegiem Jeziora Galilejskiego. Wsłuchiwaliśmy się jakby w tamten piękny, ale i dramatyczny dialog zmartwychwstałego Jezusa z Piotrem o miłości i pytaliśmy się: Co to znaczy, dlaczego Jezus z takim uporem pytał się Piotra o miłość? I dlaczego powierzył mu władzę pasterską nad rodzącym się wówczas Kościołem dopiero wtedy, gdy ten Go o tej miłości przekonał?

Z wydarzenia tego można nauczyć się wiele, niezwykle ważna jest tu jednak owa katecheza o władzy w Kościele. Bo kiedy Jezus pyta o miłość do siebie, pyta także o miłość do swego Kościoła. A to – jak zawsze, jak każda miłość – oznacza trudne, całkowite, oddanie się, czynienie z sobie bezinteresownego daru dla Jezusa Chrystusa i sprawy Jego Ewangelii, której Kościół służy. Zmartwychwstały Jezus w rozmowie z Piotrem ukazał istotę władzy w Kościele, która naprawdę legitymizowana może być tylko przez miłość. Piotr władzy nie szukał i o nią nie zabiegał, to Jezus zabiegał o jego posługę i nią go obdarzył. Potem został opasany i poprowadzony dokąd sam nie chciał (J 21,18), był jednak konsekwentny złożonemu przez siebie wyznaniu miłości. Jezus nie obiecywał mu zaszczytów i słowa dotrzymał, a Piotr nie miał złudzeń, że Mistrz wysyła go nie na drogę zaszczytów lecz służby i posłuszeństwa. I od tej pory tak już w Kościele jest, że kiedy kto tej władzy poszukuje i o nią zabiega, tam zwykle chodzi nie o miłość ku Chrystusowi i Jego Kościołowi lecz o miłość do siebie. Miłość do Kościoła jest zaś zwykle tam, gdzie władzę tę – nie szukając jej – przyjmuje się, nierzadko wbrew sobie, w duchu służby, właśnie z miłości.

Podobny dialog, jak nad Jeziorem Galilejskim odbył się potem jeszcze 264 razy w dziejach Kościoła, kiedy to zmartwychwstały i stale żyjący w swoim Kościele Jezus pytał wybranych przez siebie mężczyzn: czy ty mnie miłujesz i polecał potem: Paś owce moje. Jak wiemy z historii różnie czasem z tą miłością niektórych następców św. Piotra bywało, ale zasada pozostała niezmienna i liczny orszak świętych papieży świadczy, że była ona realizowana z ogromną konsekwencją. Podobny dialog odbył się niedawno już nie nad brzegiem Jeziora Galilejskiego, ale w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie padło to samo pytanie: Joseph, czy ty mnie miłujesz? Odpowiedź pewnie wydawała się oczywista, kard. Joseph Ratzinger całą swoją wcześniejszą posługą dowiódł wszak wypływającej z miłości wierności Chrystusowi w Jego Kościele, a jego droga wierności była mniej skomplikowana niż Piotra.

W tej perspektywie trzeba widzieć także plany i nadzieje Kościoła związane z rozpoczynającym się pontyfikatem. W ostatnich tygodniach, podczas których przeżywaliśmy osierocenie Stolicy Apostolskiej, czas konklawe, wybór nowego papieża i obserwowaliśmy pierwsze reakcje na wybór Benedykta XVI, byliśmy świadkami swego rodzaju koncertu życzeń, jaki świat fundował nowemu następcy św. Piotra. Życzeń często ze sobą sprzecznych, nierealnych z punktu widzenia Kościoła, namawiających go niekiedy jakby do zdrady Prawa Bożego, Ewangelii, rozmywania prawd wiary i liberalizacji zasad moralnych. Skoro jednak papież jest pierwszym świadkiem Zmartwychwstania, podstawowym jego posłannictwem nie może być przypodobanie się światu lecz wskazywanie mu podstawowych wartości, i to bez względu na cenę, jaką przyjdzie mu za to płacić. Także za cenę samotności władzy.

Zadaniem papieża jest przez swoją posługę stać w imieniu Kościoła na straży depozytu wiary, ale i być otwartym na problemy świata, do którego został on posłany z dobrą nowiną o losach człowieka. Jego zadaniem jest uobecniać przez swą posługę w świecie Jezusa Chrystusa, którego jest namiestnikiem i wskazywać Nań jako na Drogę, która prowadzi na spotkanie z Ojcem. Celem papieskiej posługi jest też przestrzegać przed drogami, które prowadzą na manowce. Papież jest bowiem wiernym świadkiem objawionej Prawdy, którą jest sam Chrystus i znakiem sprzeciwu wobec jej fałszowania i manipulowania nią. Tylko wtedy bowiem będzie stał na straży życia, godnego życia doczesnego każdego człowieka i na straży pewności życia wiecznego.

Realizacja tego przesłania oznacza właśnie postawę miłości, której nie można sobie wyobrazić bez postawy wierności. Tej miłości, o którą pytał Chrystus Piotra nad brzegiem Jeziora Galilejskiego, i każdego z jego następców przed powierzeniem im władzy pasterskiej. Miłości do Chrystusa wyrażającej się w wierności Jego Ewangelii. I miłości do Jego Kościoła czyli wspólnoty Ludu Bożego zmierzającego ku całkowitemu spełnieniu swego powołania, które może zagwarantować tylko On sam, Jezus Chrystus.

Papież Benedykt XVI – wcześniej jako kard. Joseph Ratzinger, wierny strażnik ortodoksji kościelnej – jest człowiekiem gwarantującym, jak nikt inny, wierność temu przesłaniu, które powierzył Kościołowi jego Założyciel. I wierność programowi, jaki wyznaczył Kościołowi na progu trzeciego tysiąclecia jego wielki poprzednik, papież Jan Paweł II. Chodzi jednak o to, by realizując owo przesłanie nie odczuwał on zbytnio – i tak nieuniknionej – samotności swej niezwykłej władzy, o której kilkakrotnie wspominał w swej homilii podczas inauguracji pontyfikatu, jakby przekonując sam siebie, że nie jest w swej posłudze sam. Wyrażał wówczas przekonanie: nie jestem sam (...) nie muszę samotnie nieść tego, czego w rzeczywistości i tak samotnie nie mógłbym nieść. Wyrażał w ten sposób wiarę w świętych obcowanie, ale i w trwanie wraz z nim Kościoła, który żyje, ponieważ Chrystus żyje, ponieważ On naprawdę zmartwychwstał.

I o to chodzi – także w tym, rozpoczynającym się pontyfikacie – by rzeczywiście Kościół żył. By pokazywał światu Zmartwychwstałego Pana. I by papież nie był samotny w wiernej służbie tym wartościom, których głoszenie powierzył Kościołowi Chrystus. A to zależy od każdego z nas, którzy Kościół, razem z nowym papieżem, współtworzymy.