Kwiecień 2010

A ja się cieszę...
Krzysztof Bramorski

Powiększyła się rodzina katyńska
Abp Marian Gołębiewski

Kondolencje Benedykta XVI


Jest siła w naszym Narodzie
Ks. abp Józef Michalik

Cały świat mówi o Polsce
Z kardynałem Henrykiem Gulbinowiczem rozmawia Marek Zygmunt

Stoimy przy Chrystusie
Ks. abp Marian Gołębiewski

O kapłaństwie w Roku Kapłańskim
Ks. Marcin Kołodziej

Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość...
Elżbieta Rydzak

O prawo do historii
Piotr Sutowicz

Wrocławscy przyjaciele Sanoka
Jan Zacharski

Dlaczego Kościół odrzuca in vitro?
Z ks. Tadeuszem Reroniem rozmawia Bożena Rojek

Zaangażowana w ojczyznę


Chrystus z nimi tam był...
Ks. Piotr Nitecki

Strona główna

Archiwum

A ja się cieszę...
Krzysztof Bramorski


Odgłos szat rocznicowo rozdzieranych nad rzekomo zapomnianym dziedzictwem Jana Pawła II powoduje, że nawet nie mając w tym zakresie poczucia winy człowiek zaczyna zastanawiać się, czy może rzeczywiście ma sobie coś do zarzucenia? W końcu skoro publicyści od prawa do lewa twierdzą, że zapominamy…

Zastanawiałem się nad tym fenomenem klęcząc – w tym roku już po raz piąty z okazji rocznicy jego powrotu do domu Ojca – przy grobie Jana Pawła Wielkiego. Nie była to łatwa refleksja – pochód pielgrzymów defilujących przed grobem rozpraszał i myśli, i modlitwy… Właśnie – pochód pielgrzymów. Codziennie grób Jana Pawła II odwiedza około 12 tysięcy osób… To około 4,5 miliona rocznie! Czy tak wygląda zapominanie?

Oczywiście, starą i wielokrotnie potwierdzoną prawdą jest, że ilość zwykle nie przechodzi w jakość. Jednak, aby podjąć trud długiej i kosztownej nieraz pielgrzymki do papieskiego grobu musi istnieć jakaś motywacja. Czy jest nią li tylko patriotyczny sentyment? Wydaje się, że chyba bez zbytniego ryzyka wolno odwołać się jednak choćby do powszechnej świadomości roli Jana Pawła II w ukształtowaniu dzisiejszego oblicza Polski, Europy i świata.

Polski – wyzwolonej z więzów komunizmu, demokratycznej, uczącej się swojej wolności i demokracji. Świadomej chrześcijańskiej tradycji i roli religii w utrzymaniu narodowej tożsamości. Polskiej religijności, w której obok wielu naszych wad żywy jest nurt ekumeniczny, aktywne wspólnoty i ruchy gromadzące świadomych chrześcijan chcących współtworzyć swój Kościół. Kościół, w którym coraz więcej duszpasterzy próbuje ufać świeckim i angażować laikat w realizację zadań wspólnotowych. Polski, w której, co prawda, nadal stawia się Janowi Pawłowi II wiele pomników – jednak w której przebija się coraz silniej świadomość potrzeby budowania pomników żywych – jak robią to Prymas Glemp – a obecnie arcybiskup Nycz – z Centrum Opatrzności Bożej w Warszawie czy kardynał Dziwisz z Centrum Jana Pawła II w Krakowie, a we Wrocławiu na przykład siostry boromeuszki.

Europy – w której, być może, nie byłoby Polski bez zdecydowanej postawy Jana Pawła II w przeddzień decydującego referendum; Europy, która bez Jana Pawła II nie walczyłaby dziś o Krzyż w przestrzeni publicznej, nie stawiałaby pytań o solidarność ekonomiczną, nie ulegałaby wołaniom narodów o wycofanie własnych wojsk z wojennych teatrów – a jednocześnie nie pozwalałaby stawiać meczetów w głównych miastach Starego Kontynentu.

Świata, w którym natarczywe żądania zwolenników eutanazji spotykają się z coraz głośniejszym sprzeciwem i nawoływaniem do refleksji nad wartością życia, w którym wpisywane na feministyczne sztandary odszkodowania za „złe urodzenia” wywołują sprzeciw wobec legitymizacji zabijania na żądanie. W którym polityka musi liczyć się z szacunkiem dla naturalnego środowiska, a działania antykryzysowe zahaczają o podtekst społecznej sprawiedliwości (sprzeciw wobec nieetycznej działalności i wygórowanych wynagrodzeń bankierów) i muszą liczyć się z szacunkiem dla ludzkiej pracy.

Wiele ważnych pytań nie padałoby dzisiaj w sferze polityki, etyki czy kultury, gdyby nie stawiał ich przez 26 lat pontyfikatu na wszystkich kontynentach Jan Paweł II. Jak i dla kogo ważne były to pytania pokazał niespodziewanie papieski pogrzeb, na którym obok milionów wiernych spotkali się wszyscy chyba „wielcy” tego świata. Niektórzy nie zgadzali się z Janem Pawłem II, niektórzy wstydliwie próbowali ominąć jego jasny i dobitny sprzeciw wobec tego, co robili – jak na przykład amerykańscy przywódcy odpowiedzialni za wojnę w Iraku – jednak stawili się wszyscy. Z szacunku dla człowieka, który nie bał się mówić tego, do czego zobowiązywał go Ten, któremu do końca służył. Czy zatem faktycznie dziedzictwo Jana Pawła II pozostaje tylko gdzieś na marginesie?

Nie. Ćwierć wieku papieskiej posługi Karola Wojtyły odcisnęło silne piętno w wielu dziedzinach życia publicznego oraz indywidualnym światopoglądzie wielu ludzi. Prawdą jest natomiast, że obecnie zbyt mało o tym się mówi w taki sposób, który uświadamiałby nam, że to właśnie Jan Paweł II był tym, który wywoływał pewne problemy na światło dzienne i zmuszał do zastanowienia się nad nimi.

Czego więc oczekujemy? Że ludzie – młodzi, starsi, w sile wieku i w jesieni życia – z których, według danych z marca 2010 r., tylko 38 procent w ogóle w ubiegłym roku miało w ręku choć jedną (!) książkę, nagle zaczną studiować dzieła Jana Pawła II, z encyklikami na czele? Że w wolnej chwili z wypiekami na twarzy zaczytywać się będą w adhortacjach, a do poduszki jednym tchem pochłoną listy i orędzia – do wyboru: na Światowe Dni Pokoju, Chorych lub Młodzieży? A niby dlaczego mieliby to zrobić? Drodzy publicyści, opamiętania! Łatwo jest walić w przysłowiowy bęben i dzwonić na trwogę – trzeba jednak zastanowić się, czy warto trwonić tyle sił na, być może, fałszywy alarm… A przynajmniej nie do końca właściwie adresowany.

Trudno zgodzić się więc z zarzutami specyficznego braku pogłębionej refleksji nad dziedzictwem Jana Pawła II. Jeżeli o takim braku można mówić – a z pewnością można by tu i więcej, i lepiej – to raczej jest to emanacja zjawiska natury zdecydowanie bardziej ogólnej, przejawiającego się w swoistym spłyceniu refleksji nad dorobkiem ludzkości w zakresie kultury, rozumianej jako dorobek cywilizacyjny. Społeczeństwo – jako całość – coraz bardziej przyzwyczajane do obrazkowej papki, zastępujące komunikację językową przekazem piktogramów, emotikonów i komputerowych skrótowców powoli zatraca zdolność przyswajania złożonych, wielowarstwowych przekazów. Trudno mu zatem zwrócić się w poszukiwaniu czy to fundamentu własnego światopoglądu, czy doraźnej pomocy do tekstów źródłowych, często ze względu na poziom wykształcenia po prostu niedostępnych. Odpowiedzialność i wiodąca rola spoczywa w tym zakresie raczej na tych, którzy z tytułu powołania czy wykonywanego zawodu zobowiązani są do przybliżania jednostkom tego dziedzictwa we właściwej formie. I tutaj zarzut pewnej opieszałości wobec papieskiej spuścizny może być uprawniony. Trudno bowiem szukać wśród okołorocznicowych imprez propozycji ukierunkowanych na przybliżenie papieskiego nauczania zwykłemu śmiertelnikowi. Może warto pomyśleć następnym razem, by choć część wzruszających wspomnień i reportaży przywołujących czas pożegnania zamienić na propozycje pokazujące, na czym najbardziej Mu zależało?

Trzeba się więc cieszyć, że na świętego Jana Pawła Wielkiego nadal czekamy. Że intryguje nas ciągle czymś nowym. Że w naszej „świętej niecierpliwości” ciągle coś w nim nowego odkrywamy. Że uczymy się mówić za jego pośrednictwem do Boga i dzięki temu czasem zapala nam się taka mała lampka – że on przecież kiedyś o tym… mówił, pisał, wołał. Jeżeli dzięki temu możemy stawać się lepsi, to może niech komisje teologów i kardynałów nie spieszą się aż tak bardzo?