Kwiecień 2002

Pascha Izraelitów i Wielkanoc chrześcijan
ks. Mariusz Rosiki

Zmartwychwstanie Pańskie w witrażu wrocławskim
Danuta i Tomasz Lesiów

Pier Giorgio Frassati - święty roześmiany
Agnieszka Tarnawska

Unia Europejska - wilk czy jagnię?
Kazimierz F. Papciak SS.CC.

Polacy w Niemczech
Rozmowa z Aleksandrem Zającem - przewodniczącym Konwentu Organizacji Polskich w Niemczech

Czy zdrowie za wszelka cenę?
Tomasz Bojanowski

Dawno i nieprawda?
Romuald Lazarowicz

Straceni na Dolnym Śląsku w latach 1945-1956
Wojciech Trębacz

Feliks Koneczny i jego nauka historii
Piotr Sutowicz

O Moniczce, rodzinie i Panu Bogu
Lidia Popielewicz

Jak kochać dziecko?
Katarzyna Żytniewska

Werbiści w Moskwie


Jak się nazywają przedmioty używane podczas Mszy św. i innych nabożeństw?
ks. Jarosław Grabarek




Strona główna

Archiwum

Straceni na Dolnym Śląsku w latach 1945-1956
Wojciech Trębacz


W powojennych realiach politycznych Polski, gdy prawo stało się jednym z wielu środków represji w toczącej się walce politycznej, nowa władza głównie poprzez ustawodawstwo specjalne, zaostrzyła politykę karną w stosunku do rzeczywistych i domniemanych form opozycji. Zachowując pozory ciągłości władzy sądowniczej komuniści w krótkim czasie stworzyli alternatywny system wymiaru sprawiedliwości, tworząc ogromnie rozbudowaną sieć sądownictwa wojskowego, wyposażonego w szereg niezwykle restrykcyjnych aktów prawnych, nie przystających do państwa okresu pokoju. Na ich podstawie przez ponad 10 lat od zakończenia wojny osoby cywilne skazywane były przez sądy wojskowe, których jurysdykcji poddano ludzi oskarżonych o działalność skierowaną przeciwko nowemu systemowi politycznemu.

Do zaistnienia sytuacji, w której możliwe było wykorzystywanie organów prokuratorsko-sądowniczych do rozprawy z przeciwnikiem politycznym, bez zachowania nawet pozorów praworządności, mogło dojść, gdyż zaistniały wówczas dwa niezbędne ku temu czynniki. Oprócz sformułowanego przez państwo zbrodniczego, restrykcyjnego prawa, w kraju istniała zdyscyplinowana i posłuszna polityce partii kadra prawnicza. Bardzo szybko nastąpiło też zjawisko, które trafnie określił prof. Rzepliński: Przystosowania ustroju sądownictwa do potrzeb państwa totalitarnego.

Instrumentalnemu traktowaniu prawa jako nader skutecznego środka przymusu, towarzyszyła kampania nagonki na przedwojennych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w Polsce, mimo że w dużej mierze tej właśnie grupie zawodowej komuniści zawdzięczali skuteczną i szybką rozprawę ze zorganizowaną opozycją w kraju.

Dziś trudno uwierzyć w możliwość orzeczenia wyroku sądowego, popartego podobnymi tekstami ideologicznymi, podobnie jak w możliwość skazania kogoś na karę śmierci za czyny, których nie popełnił lub ogłoszenie wyroku w kilkanaście dni od daty aresztowania. W realiach powszechnego terroru lat 40. i 50. tego typu praktyki nie należały jednak do rzadkości; na karę śmierci za czyny nie popełnione skazano i następnie stracono we Wrocławiu m.in.: Bronisława Kozaka, Henryka Szwejcera, Władysława Czarneckiego, Romana Szumskiego, Mieczysława Bujaka. WSR we Wrocławiu orzekł wyrok śmierci wobec Niemca Hermana Lichei, zatrzymanego zaledwie 17 dni wcześniej. Jeszcze mniej czasu potrzebowali sędziowie wojskowi na skazanie na karę śmierci por. Andrzeja Boronia. W jego przypadku wyrok zapadł już po 12 dniach!

Ks. Jan Skiba, asystujący w latach 1946-1947 r. w ostatniej drodze skazańców w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej opisywał jedną z egzekucji: ...któregoś razu było ich pięcioro […]. Wśród nich 18-letnia dziewczyna, która miała w kieszonce książeczkę do nabożeństwa, modliła się żarliwie. Zwykle rozstrzeliwano na dziedzińcu więziennym, wtedy jednak skierowali nas do jakieś szopy. Ustawili ich przy filarach, opaska na oczy, ręce do tyłu. Prokurator odczytał akt oskarżenia i wyrok, a oni śpiewali "Pod Twoją obronę". Podałem krzyżyk do pocałowania, a oni jak na komendę krzyknęli "Jeszcze Polska nie zginęła". W tej samej chwili oficer dał komendę do strzału. A potem jeden, jedyny okrzyk - mamo!!! Ten okrzyk prześladował mnie po nocach. Modliłem się za nich, odprawiałem msze w ich intencji, cierpiałem z nimi.

Śmierć czwórki młodych partyzantów zachował w swojej pamięci również Zdzisław Jankowski, więzień Kleczkowskiej z lat 1946-1948: Gdy była egzekucja Heleny Motykówny z oddziału "Otta", rozstrzelanej sadystycznie pod stolarnią, wytworzył się w więzieniu bunt. Mówili mi więźniowie, którzy tam [w więzieniu] już byli. Ona krzyczała "Mamo, Mamo, dobij!", wtedy więźniowie rzucili się do okien, zaczęli walić w miski. Był to ich protest.

Gdy pod koniec lat 80. głośna stała się sprawa odkrycia na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu "kwater więziennych", na których grzebano zmarłych i straconych w więzieniach wrocławskich, wydawało się, że wkrótce podjęte zostaną szeroko zakrojone badania dające odpowiedź na podstawowe pytania: o liczbę osób straconych i zmarłych w innych więzieniach i aresztach dolnośląskich, o okoliczności potajemnych pochówków, dokonywanych pod osłoną nocy, o nazwiska osób zgładzonych z przyczyn politycznych, wreszcie o liczbę straconych na podstawie wyroków sądowych. Wśród straconych znaleźli się przedstawiciele narodowości: polskiej, niemieckiej, ukraińskiej, żydowskiej, białoruskiej i rosyjskiej

Pomimo pojawiających się w ostatnich latach możliwości korzystania z niedostępnych dotąd źródeł archiwalnych, nadal istnieją zagadnienia prawie nieznane, wokół których narosły mity, zakorzenione w powszechnej świadomości i dające fałszywy obraz minionych czasów. Wśród nich znajdują się i te dotyczące historii Dolnego Śląska po 1945 r.

Poprzez działania naukowe i edukacyjne Biuro Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej stara się wypełnić tę pustą przestrzeń. Jedną z takich form działania jest wystawa która odbyła się we wrocławskim Muzeum Militariów (Arsenał) przy ul. Cieszyńskiego. Centralne miejsce na wystawie zajmowało kilkadziesiąt brzozowych krzyży, na których były umieszczone zdjęcia skazanych i zmarłych w więzieniach dolnośląskich oraz informacje o datach i okolicznościach represji oraz szereg dokumentów związanych z szeroko rozumianym aparatem represji w realiach stalinowskiego systemu politycznego. Ogromne wrażenie robiły listy pożegnalne "zamordowanych w majestacie prawa", które najczęściej nigdy nie docierały do rodzin. W otwarciu uczestniczył prezes IPN Leon Kieres i kard. Henryk Gulbinowicz. Metropolita wrocławski stwierdził, że najważniejsze nie jest osądzanie byłych oprawców, ale zrobienie wszystkiego, żeby do podobnych tragedii już nigdy nie doszło.