Marzec 2007

Orędzie na Wielki Post
Papież Benedykt XVI

Kontemplować oblicze Chrystusa
ks. Antoni Kiełbasa

Święta służąca
ks. Bogusław Konopka

Duchowa adopcja


Życie!
Aneta Wiśniewska

Na "ojcowiźnie" bez zmian?
Anna Litwin

Trudne dzieje biskupa Nankiera
Anna Sutowicz

Święta Anna na Widawie
Artur Adamski

Status pokrzywdzonych dla biskupów
Stanisław A. Bogaczewicz

Teologia i współczesność
Leon Miodoński

Nasz ciąg dalszy... niepewny?!
Grażyna Ślęzak

Miłość i sprawiedliwość
Mateusz Godek

Katolickie Liceum Ogólnokształcące w Henrykowie
ks. Jacek Froniewski

Leksykon Liturgii
ks. Marcin Kołodziej



Strona główna

Archiwum

Nasz ciąg dalszy... niepewny?!
Grażyna Ślęzak



Jeszcze nie tak dawno przykładem kraju o najbardziej samobójczych tendencjach demograficznych w Europie były Węgry. Wedle ostatnich badań statystycznych tak już nie jest. Co prawda, węgierski wskaźnik urodzeń nadal jest katastrofalny, ale są już na naszym kontynencie państwa o wyniku jeszcze gorszym. Przede wszystkim – Polska.
W minionym roku pierwszy raz od kilku lat więcej ludzi w naszym kraju się urodziło, niż zmarło. Nie jest to jednak powód do optymizmu. W demografii „drgnęło”, gdyż od czterdziestu lat nie mieliśmy tak dużej liczby rodaków w wieku, w którym zwykle zostaje się rodzicem. Rekordowe 670 tys. dzieci przyszło na świat właśnie przed 24 laty. Okresowy wzrost urodzeń jest więc i tak, w stosunku do możliwości, minimalny. Liczba dzieci przypadających na rodzinę, nadal drastycznie spada. Jeśli ogólna tendencja ograniczania liczby potomków nie ulegnie w Polsce zmianie – nie minie dziesięciolecie, gdy ilość obywateli naszego kraju zacznie topnieć w tempie niemal lawinowym. W sytuacji takiej czekałoby nas rozchwianie proporcji między pracującymi a emerytami i bardzo szybkie starzenie się społeczeństwa.

Statystyczne 1,23 dziecka przypadające dziś w Polsce na jedną kobietę to wskaźnik bardziej, niż niepokojący. To najniższa liczba dzieci w Europie! Jeśli okazałoby się to tendencją stałą – oznaczałaby odchodzenie naszego narodu w niebyt.

W niemal wszystkich krajach naszego kontynentu demografia wygląda źle. W żadnym kraju Unii Europejskiej poziom urodzeń nie osiąga minimum, pozwalającego zachować stabilną liczbę ludności. Żeby liczba obywateli się nie zmniejszała – statystyczne małżeństwo powinno mieć dwoje dzieci i co najmniej jedno na dziesięć – troje. Średnio więc – w każdej rodzinie musiałoby być 2,1 dziecka. Tymczasem średnia europejska wynosi ok. 1,5 dziecka na małżeństwo. Najlepiej jest z tym we Francji, gdzie statystyczna kobieta ma 1.92 dziecka, czyli dość blisko niezbędnego minimum. Do dramatycznego starzenia się społeczeństwa oraz wyludniania krajów nie dochodzi dotąd tylko dzięki trwającej od dziesięcioleci, ogromnej i przybierającej na sile emigracji. Ratuje ona demograficzne statystyki, ale oznacza też coraz szybsze przeobrażanie Europy w całkowicie jej obcy model cywilizacyjny. W wielu krajach Zachodu mamy już dziś rozrastające się enklawy, zamieszkane przez ludność kultywującą całkowicie inne od europejskich obyczaje, posługującą się pozaeuropejskim językiem, coraz częściej też – narzucającą otoczeniu reguły postępowania sprzeczne z chrześcijaństwem i odwiecznymi tradycjami naszego kontynentu.

Zatrważająco niska liczba przychodzących na świat dzieci to tylko część problemu. Na naszych oczach spełnia się obietnica Leszka Millera, który w latach, gdy był premierem wielokrotnie podkreślał, jak wielkim dobrodziejstwem będzie możliwość pracy za granicą. Przepowiednia się spełniła. Mamy już w Polsce szkoły, po ukończeniu których nikt nie zostaje w ojczyźnie. Znany jest przykład zespołu szkół, kształcących kelnerów i kucharzy, których uczniowie każde, często przedłużone wakacje spędzają pracując w restauracjach Anglii, Szwecji lub Holandii. Co roku też wszyscy absolwenci, natychmiast po uzyskaniu dyplomów, przeprowadzają się do któregoś z krajów Zachodu. Jeszcze szerzej drzwi obcych rynków pracy otwarte są dla najwyżej wykształconych i najzdolniejszych specjalistów różnych dziedzin. Często nie tylko wita się ich z otwartymi ramionami, ale robi wszystko, by w nowym miejscu pozostali już na zawsze.

Pomysły na ratowanie demografii z reguły są dość nietrafione, ale ich autorom nie można przecież odmówić zdolności dostrzegania problemu, troski o przyszłość narodowej wspólnoty i zwyczajnej dobrej woli. Tymczasem każda próba wprowadzenia jakichkolwiek elementów polityki prorodzinnej spotyka się z furią ataków. Ileż drwin i zwykłych obelżywości skierowano pod adresem skrytykowanego na tysiąc sposobów a przecież ledwie symbolicznego „becikowego”. Wójtów gmin, które zdecydowały się pomóc małżeństwom powołującym na świat nowe pokolenie, pokazuje się w telewizji jak kuriozum godne publicznego wyśmiania. Na antenie radia TOK FM i w innych mediach każdy głos zaniepokojenia niskim poziomem urodzeń obrzuca się wyzwiskami, wśród których „szowinizm” i „nacjonalizm” należą do najłagodniejszych. Na sto sposobów wylicza się straty budżetu, jakie poniesie on w wyniku jakiejkolwiek ulgi z tytułu urodzenia dziecka. Padają argumenty o finansowym krzywdzeniu tych, którzy dzieci nie mają i hasła w rodzaju „kobiety to nie krowy zarodowe, nie wolno ich nakłaniać do rodzenia”. Jak inaczej nazwać tę tendencję, jeśli nie walką z rodziną? Tzw. autorytety moralne z zapałem defilują w marszach propagujących homoseksualizm. Wielkonakładowa prasa, liczni parlamentarzyści i działacze „społeczni” ogrom uwagi poświęcają walce o prawo do zawierania „jednopłciowych małżeństw” i do adoptowania przez nie dzieci. Coraz częściej i ze wzrastającą śmiałością kreowana jest taka właśnie wizja postępowej „podstawowej komórki społecznej” XXI stulecia. Tego, że prawdziwych małżeństw oraz dzieci mamy coraz mniej – „postępowe autorytety” albo nie zauważają, albo też jest to im całkowicie obojętne.

Liczby, oznaczające przyszłość Polski, wyglądają źle. Haniebną rolę odgrywa też duża część polskich elit – uprzywilejowanych dostępem do mediów a kreująca problemy fałszywe, odwracająca uwagę od rzeczywistych. Czy nasza narodowa przyszłość jest więc już przesądzona? Profesor Jerzy Łojek pisał kiedyś, że w naszej części Europy żadnej racji bytu nie ma naród o małej liczebności. Gdyby, wg tego znakomitego historyka, Polaków było 80 milionów zamiast ledwie czterdziestu – całkiem inaczej wyglądałaby nasza historia. A jeśli zamiast dwa razy więcej byłoby nas dwa razy mniej? Być może nie byłoby już nas wcale. Co więc zrobić, by powstrzymać tak fatalnie obrany, demograficzny kierunek? Przede wszystkim wykorzystać znane już w świecie, rzeczywiste prorodzinne rozwiązania. Spośród krajów Europy jedynie w Czechach i w Polsce przy rozliczeniach podatkowych nie bierze się pod uwagę liczby dzieci. Nie tylko w Hiszpanii czy Francji normą jest zatrudnianie młodych matek w znacznie zmniejszonym wymiarze godzin, tak by nie tracić składek emerytalnych i nie przerywać kariery zawodowej. Absolwenci kierunków pedagogicznych nie mogą dziś znaleźć pracy w polskich szkołach i przedszkolach, likwidujących etaty z powodu demograficznego niżu. A przecież placówki te mogłyby poszerzyć swe zadania. Gdyby znalazły się pieniądze na opłacenie nauczycieli twórczo opiekujących się dzieciarnią w godzinach popołudniowych – rozwiązałaby się część problemu bezrobocia wśród absolwentów a dla wielu młodych rodziców stanowiłoby to wielką pomoc. Polska musi wykreślić ze swoich kodeksów całą masę paragrafów, krępujących rozwój gospodarczy i generujących bezrobocie, odbierających rodzinom podstawy materialnej stabilizacji. Niestety, w naszych realiach prawno-ekonomicznych przez lata narósł ogromny wrzód, z którego krociowe zyski czerpie wyłącznie kasta uprzywilejowanych. Pełne prawo powrotu do kraju muszą mieć wszyscy ci, którzy zostali z niego wywiezieni, lub odcięci nowymi granicami. Dotyczy to w równym stopniu Polaków urodzonych już z dala od ojczyzny. Wreszcie sprawa najważniejsza – świadomość przynależności do narodowej wspólnoty. Dzieci powołuje się na świat nie tylko dla szczęścia osobistego czy rodzinnego. Są one częścią dnia jutrzejszego całej wielkiej zbiorowości. Ważne jest ogromnie, by rosły one w poczuciu przynależności do wielkiej, polskiej rodziny. Nieprędko osiągniemy w naszym kraju standardy życiowe państw wysokorozwiniętych. Jeśli więc młode pokolenie będzie się kierowało wyłącznie zasadą cuius bono est patria – kraj nasz pozbawiony będzie jakiejkolwiek przyszłości. Polskich dzieci musi być nie tylko więcej, ale muszą też być wychowane tak, by potrafiły podejmować decyzje w myśl zasady „może tu jest trudniej i biedniej, ale to moja ojczyzna – moje miejsce, w którym chcę żyć i pracować”.