Marzec 2006

Nowy polski kardynał

Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI na Wielki Post 2006

Ku Instytutowi Europejskiemu we Wrocławiu
Rozmowa z prof. Jerzym Buzkiem

Kościół a polityka
ks. Tadeusz Zasępa

Krzyże pokutne
Alina Dopart

W obronie życia
Bożena Rojek

Kapelan dolnośląskiej policji
Rozmowa z ks. Stanisłąwem Stelmaszkiem

Motyw krzyża w witrażach kościoła Świętego Krzyża we Wrocławiu
Danuta i Tomasz Lesiów

Pożegnanie z papieżem Janem Pawłem II
ks. Michał Machał

Zanim powstała dzielnica czterech świątyń
Artur Adamski

Wrocławscy biskupi pomocniczy (2)
ks. Piotr Nitecki

Z dziejów bagieńskiego domu zakonnego salwatorianów

Sam decyduj, na co idą Twoje podatki




Strona główna

Archiwum

Zanim powstała dzielnica czterech świątyń
Artur Adamski



Na przełomie XIII i XIV w. Wrocław rozrastał się niemal we wszystkich kierunkach, by sięgnąć linii dzisiejszej fosy – też będącej zabytkiem godnym uwagi, gdyż szerszej nie spotkamy w całej Europie. W zachodniej części miasta tętniło życie na starych ulicach – św. Mikołaja i Ruskiej, które szybko doczekały się solidnej, bogatej zabudowy. Skromniej przedstawiał się zakątek miasta, leżący na południe od Ruskiej. Ulica zaczynająca się sto metrów na południowy zachód od Placu Solnego i wiodąca w stronę wsi Sokolniki kończyła się przy nowym murze miejskim i zwana była Psią. Być może nazwa ta oddawała panujące tutaj standardy.
W XVII w. coraz częściej w tej części miasta pojawiali się Żydzi. Ich wrocławska dzielnica (znajdująca się do połowy XIV w. w okolicach dzisiejszego Placu Uniwersyteckiego) miała się względnie dobrze, póki Śląsk należał do Polski. W 1267 r. odbywający się we Wrocławiu synod prowincjonalny Archidiecezji Gnieźnieńskiej akceptował działalność wrocławskiej gminy żydowskiej, wraz z synagogą i rabinem. Praktycznie przestała ona istnieć w roku 1349, kiedy to król Czech Jan Luksemburski wypędził tę społeczność z miasta. Zlikwidował nawet ich cmentarz (znajdujący się obok dzisiejszej Poczty Głównej przy ul. Krasińskiego), w związku z czym pochówków swych zmarłych Żydzi dokonywać musieli aż w Brzegu Dolnym. W 1455 r. wprowadzono już całkowity zakaz stałego pobytu Żydów w mieście. Od XVII w. coraz częściej zaczęli pojawiać się żydowscy kupcy z Polski. W okolicach ulicy Psiej (zwanej też Psim Zaułkiem) najczęściej znajdowali nocleg, w prywatnych mieszkaniach odprawiali nabożeństwa i zaczęli się osiedlać. Zwolna ta część miasta zaczęła nabierać charakteru dzielnicy żydowskiej.

Żyła tam, oczywiście, także społeczność katolicka, której los w XVI w. też nie był najszczęśliwszy. W 1522 r. franciszkanie reformaci zostali pozbawieni klasztoru, znajdującego się przy dzisiejszej ul. Bernardyńskiej. Spór o zwrot własności toczył się aż 157 lat. Dopiero w 1679 r. doszło do ugody, na mocy której za utracone budynki zakon otrzymał parcelę budowlaną – właśnie przy ul. Psiej. Franciszkanie niezwłocznie powrócili do miasta. W krótkim czasie wznieśli prowizoryczną, drewnianą świątynię, która służyła do roku 1692. Przede wszystkim zajęli się jednak zabudową uzyskanej działki. Jej usytuowanie wymusiło nietypowe rozplanowanie kościoła – zorientowanego nie ze wschodu na zachód, lecz zwróconego frontem na północ. Na niewielkim terenie zmieścić się musiał też klasztor. W wyniku tego świątynia mogła mieć tylko 30 m długości, a na niewielką wieżę, widoczną dziś tylko od strony fosy, miejsce znalazło się jedynie za prezbiterium.

Klasztor zaprojektował późniejszy budowniczy miejski – Mateusz Biener. Budowa trwała od roku 1679 do 1694. Biener bywa uważany za architekta dość pośledniego, lecz każdy, kto zna barokową budowlę przy ul. Św. Antoniego, uzna ją chyba za ciekawą. Niewiele zresztą klasztornych wnętrz jest znanych tak dobrze równie wielkiej rzeszy wrocławian. Od roku 1945 przez ponad 40 lat tutejsza parafia ogarniała najbardziej rozległy i ludny obszar miasta. Dla potrzeb lekcji religii powstało wyjątkowo wiele salek katechetycznych, rozmieszczonych w przeróżnych, często pełnych uroku klasztornych zakamarkach. Wiele pokoleń uczniów codziennie, tłumnie wędrowało do nich, pokonując labirynt korytarzy.

W roku 1685 biskup Franciszek Ludwik wmurował kamień węgielny pod budowę kościoła, którego architektem był nieznany nam z nazwiska artysta włoski. Poświęcenie gotowej świątyni nastąpiło w roku 1692. Znaczna część wyposażenia to dzieła sztuki wysokiej próby. Twórcą czwartej, prawej kaplicy, poświęconej św. Tadeuszowi, był jeden z najwybitniejszych rzeźbiarzy śląskiego baroku – Jan Jerzy Urbański. Do dzisiejszych czasów zachował się też barokowy ołtarz, ambona, liczące trzysta lat ławki oraz wiele okazałych, olejnych obrazów. Z wielkich olejnych płócien składa się też Droga Krzyżowa.

Zapewne to powstanie kościoła i klasztoru spowodowało zmianę nazwy ulicy. Od roku 1718 wymieniana jest ona jako Antonigasse. Zygmunt Antkowiak, zwracając uwagę na polski sposób potraktowania imienia w nazwie ulicy, kojarzy to z tym, że ta część miasta długo zamieszkiwana była przez Polaków i przylegała do polskich wiosek, leżących za murem obronnym i fosą. Ludność polska skupiała się zresztą głównie właśnie przy kościołach katolickich, w mniejszym stopniu zasilała szeregi protestantów. Miało to swój związek z przynależnością wrocławskiej struktury kościelnej do metropolii gnieźnieńskiej. Warto pamiętać, że ta podległość Gnieznu trwała aż do roku 1821. W tym samym mniej więcej czasie gwałtownie przyspieszył też proces zanikania języka polskiego na Dolnym Śląsku. Było to efektem objęcia dzieci wszystkich grup społecznych w całej prowincji – powszechnym obowiązkiem edukacyjnym. Szkoły uczyły wielu pożytecznych rzeczy, ale ich językiem był wyłącznie niemiecki. Dla zepchniętej na margines polszczyzny pozostawało coraz mniej miejsca.

W klasztorze przy ul. Św. Antoniego działało studium teologii. Kaznodzieje tego zgromadzenia głosili też nauki w języku polskim dla sióstr cysterek z Trzebnicy. Ostatnie lata swojego życia w murach klasztornych spędził m.in. pochodzący z Raciborza Andrzej Barteczko (1670-1739) – ważny śląski poeta swojego czasu.

21 czerwca 1749 r. doszło do jednej z większych katastrof w historii Wrocławia. W czasie burzy piorun uderzył w basztę prochową, będącą w istocie wielkim składem materiałów wybuchowych. Mierzyła 18 metrów i wznosiła się w miejscu, gdzie dziś stoi kamienica przy ul. Włodkowica 4. W 1816 r. wmurowano w nią tablicę upamiętniającą tę tragedię. Eksplozja pięciuset cetnarów, czyli co najmniej dwustu sporych beczek prochu, wydarzyła się więc paręset metrów od klasztoru i rozniosła zabudowę kilku ulic, zrywając dachy i niosąc zniszczenie także w znacznie odleglejszych rejonach miasta. 65 ludzi zginęło, doliczono się 391 rannych. Wiele ofiar stanowili kupcy, przybyli do miasta na Jarmark Świętojański. Władze Wrocławia zezwoliły wtedy na utworzenie pierwszego od XIV w. cmentarza żydowskiego, gdyż blisko połowa zabitych była wyznania mojżeszowego. Ucierpiał też klasztor i kościół, z których podmuch zerwał dachy i powybijał wszystkie szyby. Uszkodzenia te można było jednak uznać za umiarkowane – szczególnie w porównaniu z lichą zabudową ulicy, po eksplozji w znacznej części nadającą się już tylko do wyburzenia. Jedynie ulewnemu deszczowi można zawdzięczać, że wywołane wybuchem pożary nie strawiły większej części miasta.

Pod koniec XVIII w. franciszkanie reformaci byli przez władze pruskie coraz gorzej widziani. Nie dość, że umacniali katolicyzm, to jeszcze skupiali spore grono Polaków. W wyniku eskalacji szykan, w roku 1792 musieli opuścić swój klasztor, zamieniając się siedzibami ze zgromadzeniem sióstr elżbietanek, miezkających dotąd przy tzw. Różanym Zaułku (obecna ulica Frycza-Modrzewskiego) na Nowym Mieście. Tamtejszy budynek był niewystarczający dla pracy duszpasterskiej. Już po kilku latach rozpoczęto jego rozbudowę oraz wznoszenie nowej świątyni – pod wezwaniem św. Franciszka. Kościół ten poświęcono w roku 1800, lecz nie było mu dane długo służyć wiernym. Dziesięć lat później król Prus ogłosił konfiskatę wszelkiej własności klasztornej. Ofiarą tej państwowej grabieży, usankcjonowanej pruskim "prawem" padli też franciszkanie, którym odebrano i klasztor i dopiero co zbudowaną świątynię. Budynki te przekazano władzom szkolnym i pół wieku później – rozebrano.

Los elżbietanek, którym w 1792 r. nakazano przeniesienie się na ul. Św. Antoniego, też nie był godny pozazdroszczenia. Początkowo nową, obszerniejszą siedzibę z powodzeniem adaptowały dla funkcji szpitalnych, gdyż z taką działalnością związane jest ich posłannictwo. W grudniu 1806 r. nadeszły jednak dramatyczne chwile – oblegający miasto Francuzi ostrzeliwali miasto. Artylerzyści posługiwali się przy tym starą mapą, na której widniała jeszcze, nieistniejąca już, baszta prochowa. Mieli nadzieję, że jeśli uda im się w nią trafić, wybuch zniszczy część umocnień obronnych a uzyskana wyrwa da możliwość wdarcia się w obręb murów. Ostrzał prowadzono przez blisko miesiąc, licząc na to, że któryś z pocisków wreszcie ugodzi wielką prochownię. Zamiast niej, od ponad półwiecza, znajdowało się w mieście kilkanaście znacznie mniejszych magazynów. Efektem tego, że francuscy kanonierzy mieli nieaktualne informacje, było ponowne zniszczenie dzielnicy. Co najmniej kilka pocisków trafiło też w kościół św. Antoniego. Usunąć zniszczenia udało się elżbietankom dopiero w roku 1828. Dokonały one też wielu modernizacji. M.in. dokupiły parcelę, leżącą na południe od klasztoru. Nowy budynek stanowił powiększenie ich szpitala. Znalazło się miejsce na nowoczesną, jak na owe czasy, salę operacyjną. Powstał też urokliwy dziedziniec szpitalny.

Otoczenie kościoła bardzo się zmieniło po wyburzeniu murów miejskich, z których w latach dwudziestych XIX w. pozostały tylko nieliczne ślady. Przedłużeniem ul. Św. Antoniego stała się ok. roku 1840 przerzucona nad fosą kładka, której patronuje ten sam święty. Za nią wyrosła wielkomiejska dzielnica, na południe od której skupiła się największa część wrocławskiego przemysłu. Umocniła się też dzielnica żydowska. Powstała synagoga przy dzisiejszym placu Bohaterów Getta. Szczęśliwie do dziś przetrwała żydowska świątynia ukryta za rzędami kamienic z ul. Św. Antoniego, Krupniczej i Włodkowica. W czasie powstania styczniowego w jednym z domów przy ul. Św. Antoniego działała komórka, organizująca dostawy broni dla polskich oddziałów, walczących w rosyjskim zaborze.

W czasie ostatniej wojny kościół był jednym z dwóch, w których raz w miesiącu odprawiano mszę świętą dla Polaków, sprowadzonych do stolicy Dolnego Śląska na przymusowe roboty. W 1945 r. ksiądz Peikert odnotował, że w związku z bombardowaniami i ostrzałem artyleryjskim codzienne msze święte odprawiano tu tylko w zakrystii. Tym razem kościół miał jednak dużo szczęścia. Wiele okolicznych ulic uległo doszczętnemu zniszczeniu i nie ma dziś niemal żadnej dawnej zabudowy. Na ul. Św. Antoniego przestał istnieć co trzeci budynek. Kościół miał jedynie podziurawiony dach, jego mury uszkodziły tylko mniejsze pociski. W sponiewieranym wojną mieście był to fakt niemal wyjątkowy i zapewne dlatego to właśnie tu, tydzień po kapitulacji Festung Breslau, w płonącym jeszcze mieście, ksiądz Kazimierz Lagosz odprawił pierwszą w zdobytym przez Armię Czerwoną Wrocławiu polską Mszę świętą.

Po wojnie kościół św. Antoniego objęli księża salezjanie. Do roku 1953 uporali się z najpilniejszymi remontami, odrestaurowali też podziurawioną kulami wieżę. W tym też roku władze komunistyczne odebrały zakonowi budynki klasztorne. Przez kilka lat funkcjonował w nich akademik dla studentek Uniwersytetu. Po kilku latach część własności powróciła do księży, prowadzących wiele form pracy z młodzieżą. Najbardziej okazała część klasztoru, w której mieścił się kiedyś szpital, została jednak przeznaczona na mieszkania komunalne i znajduje się dziś w stanie opłakanym. Do niedawna zresztą stan kamienic i liczne wyrwy w zabudowie sprawiały, że cała ulica św. Antoniego robiła wrażenie, jakby wojna dopiero co się zakończyła. Może teraz, gdy jej obraz od frontu nie przynosi już wstydu, nadejdzie lepszy czas dla ukrytych za kościołem zaułków, które mogą być prawdziwą ozdobą miasta? Tymczasem wiadomo, że także dach cennej świątyni wymaga pilnego remontu, gdyż występuje realna groźba jego zawalenia.

W latach osiemdziesiątych księża salezjanie doprowadzili do końca swój wielki zamiar – zbudowania okazałego kościoła na pozbawionym świątyni Szczepinie – Przedmieściu Mikołajskim. Przenosząc swoją działalność do nowego miejsca – stare oddali zakonowi paulinów, którzy przed dziesięcioleciem stworzyli przy ul. Św. Antoniego Dolnośląskie Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej. W latach dziewięćdziesiątych zacieśniła się też współpraca z wiernymi okolicznych świątyń – należącymi do innych wyzwań. Sąsiadami są bowiem Żydzi, skupieni przy Synagodze Pod Białym Bocianem, parafianie katedry Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, mający swą świątynię w dawnym kościele św. Barbary oraz ewangelicy z kościoła Opatrzności Bożej. Tak powstała Dzielnica Czterech Świątyń, zwana też Dzielnicą Tolerancji. Jej działalność polega m.in. na wspólnych zajęciach dzieci, które goszcząc u sąsiadów poznają ich tradycje oraz przekonują się, że pomimo wszystkich różnic – wyrastają z tych samych korzeni i wierzą w tego samego Boga.