Marzec 2006

Nowy polski kardynał

Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI na Wielki Post 2006

Ku Instytutowi Europejskiemu we Wrocławiu
Rozmowa z prof. Jerzym Buzkiem

Kościół a polityka
ks. Tadeusz Zasępa

Krzyże pokutne
Alina Dopart

W obronie życia
Bożena Rojek

Kapelan dolnośląskiej policji
Rozmowa z ks. Stanisłąwem Stelmaszkiem

Motyw krzyża w witrażach kościoła Świętego Krzyża we Wrocławiu
Danuta i Tomasz Lesiów

Pożegnanie z papieżem Janem Pawłem II
ks. Michał Machał

Zanim powstała dzielnica czterech świątyń
Artur Adamski

Wrocławscy biskupi pomocniczy (2)
ks. Piotr Nitecki

Z dziejów bagieńskiego domu zakonnego salwatorianów

Sam decyduj, na co idą Twoje podatki




Strona główna

Archiwum

Pożegnanie z papieżem Janem Pawłem II
ks. Michał Machał



Zbliża się rocznica wydarzeń, które zaledwie rok temu przykuwały uwagę bardzo wielu ludzi w skali całego świata; były to ostatnie tygodnie i dni posługiwania na Stolicy Biskupów Rzymskich, pierwszego w historii papieża Polaka – Jana Pawła II, jeszcze za życia uznanego WIELKIM.
Pamiętam dobrze, jak te tygodnie i dni coraz bardziej elektryzowały i koncentrowały na sobie uwagę wszystkich ludzi, chociaż nikt jeszcze w tym czasie nie przypuszczał do końca, że jesteśmy świadkami ostatniego akordu tego niezwykłego pontyfikatu papieża Polaka! Śledziłem te wydarzenia z perspektywy pobytu w Kanadzie, i widziałem, jak odmienny geograficznie, kulturowo i religijnie świat w stosunku do Europy, tak naprawdę z autentycznym niepokojem i uwagą towarzyszył, dzisiaj już wiemy, ostatnim ziemskim chwilom tego pontyfikatu. A dzisiaj, znowu wśród "swoich", czyli wśród rodaków, mogę się dzielić garścią błogosławionych wspomnień.

W samą Wielkanoc, kiedy świat z coraz większym niepokojem śledził sytuację zdrowotną Jana Pawła II, dane mi było powrócić do Rzymu, aby następnie wziąć udział w planowanej od dwóch lat Pielgrzymce do Ziemi Świętej. Była to znakomicie przygotowana pielgrzymka polskich księży, którzy zamieszkiwali w Rzymie, czy to z racji odbywanych studiów specjalistycznych, czy też z racji różnych prac i funkcji wykonywanych w centralnych instytucjach Kościoła. Naszym przewodnikiem na pielgrzymim szlaku był ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski, znakomity biblista polski, na co dzień pracownik naukowy UKSW w Warszawie. Doskonale pamiętam ten słoneczny, rzymski poranek, we wtorek po Wielkanocy, kiedy przejeżdżaliśmy autobusem na lotnisko koło Placu Św. Piotra i – specjalnie za sugestią ks. profesora – spojrzeliśmy jeszcze raz okiem na to miejsce, które dla nas Polaków od wielu już lat posiadało szczególne znaczenie. A teraz nikt z nas nie mógł jeszcze przewidzieć, że kiedy będziemy wracać po naszej pielgrzymce z Ziemi Świętej do Rzymu, to nie zastaniemy już pośród żyjących tego najważniejszego przy tym placu Lokatora. Przez cały jednak czas nasłuchiwaliśmy coraz to nowych, coraz to bardziej niepokojących informacji i komunikatów dotyczących stanu zdrowia, jak się to od lat przyzwyczailiśmy mówić, "naszego Papieża"!

Aż nadszedł pamiętny dla nas wszystkich dzień, sobota 2 kwietnia 2005 roku, przed Niedzielą Białą – Świętem Miłosierdzia Bożego, my byliśmy wtedy w Egipcie i pod biblijną Górą Synaj. Zaraz po północy, bo już ok. godz. 2.00 miejscowego czasu, w głębokiej ciemności, rozpoczęliśmy jedno z najpiękniejszych przeżyć naszej pielgrzymki – wchodzenie na Górę Dziesięciu Bożych Przykazań. Był to bardzo wyczerpujący nocny maraton, który jednak został uwieńczony wspaniałą premią, czyli widokiem wspaniałego wschodu słońca ze szczytu Góry Synaj, a na dodatek niespodzianym spotkaniem aż dwóch grup pielgrzymich z Polski i to z niedawno ustanowionej przez Ojca Świętego nowej diecezji w Świdnicy, wraz z jej biskupem Ignacym Decem, który nie tak dawno jeszcze był rektorem Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Nie obyło się, oczywiście, bez serdecznych gestów i "rodzinnej fotografii", a potem było – równie wyczerpujące, ale już w pełnym blasku słońca – schodzenie do znajdującego się u podnóża Góry słynnego klasztoru Świętej Katarzyny. W tym zaś klasztorze podjęliśmy się poszukiwania, a następnie poddawaliśmy się głębokiej zadumie nad unikatową na skalę światową rośliną – która według relacji naszego przewodnika i zapewnień gospodarzy klasztoru – jest tym niezwykłym "płonącym krzewem", w którym Bóg Objawił się Mojżeszowi.
Potem był już tylko wypoczynek i fizyczny relaks po wyczerpującym wysiłku nocnym. Zaś wewnątrz naszych serc była jakaś dziwna cisza i zarazem niepokój, bo napływające do nas informacje o stanie zdrowia Papieża, mimo odległości i niezwykłości tego miejsca w środku egipskiej pustyni, nie pozostawiały już cienia wątpliwości, że to ostatnie godziny tego Pontyfikatu. Nie było jednak jeszcze stuprocentowych informacji o tym, co stało się wtedy w Rzymie w godzinach wieczornych. Aż nadeszła niedziela, kiedy podczas porannej Mszy świętej koncelebrowanej ks. profesor Chrostowski i ks. Grzegorz Kaszak, rektor Instytutu Polskiego w Rzymie oficjalnie już ogłosili, że Pontyfikat Jana Pawła D, w ten właśnie sobotni wieczór o godz. 21.37 dobiegł końca. A my, Polscy Pielgrzymi pod Górą Synaj, poczuliśmy się kolejny raz, jak Naród Wybrany bez Pasterza, który bez Pasterza wchodzi do Ziemi Wybranej, bo właśnie w tym dniu mieliśmy przekroczyć granicę z Izraelem i jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Jerozolimy. Myślę, że nie trzeba chyba specjalnie podkreślać, iż wymowa tej wiadomości wycisnęła swoje olbrzymie piętno na wszystkich pozostałych nam jeszcze kolejnych dniach pielgrzymowania po Ziemi Ojczystej naszego Pana!

A potem był piątek 8 kwietnia, kiedy znajdowaliśmy się w Tyberiadzie i z tego miasta nad Jeziorem Genezaret, łączyliśmy się z wydarzeniami na Placu Świętego Piotra w Rzymie. Słuchaliśmy Ewangelii odczytywanej podczas uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II i rozważaliśmy wymowę relacji o ustanowieniu Prymatu Piotra, wydarzenia, które nastąpiło właśnie tu, nad Jeziorem Genezaret, nad Jeziorem Galilejskim. Patrzyliśmy także w głębokiej zadumie na potężny wicher miotający szatami liturgicznymi rzymskich koncelebransów i na zamykającą się pod wpływem jego silnego podmuchu księgę Ewangelii rozłożoną na trumnie skrywającej doczesne szczątki pierwszego w historii Kościoła Papieża-Polaka. A potem, w niecałe dwie godziny od zakończenia transmisji z pogrzebu Papieża, udaliśmy się autokarem do geograficznego miejsca ustanowienia Prymatu Piotra, czyli do malowniczego kościółka nad Jeziorem Galilejskim, który zwany jest właśnie Sanktuarium Prymatu Piotra. Przybyliśmy tam, z pewnością jako pierwsza grupa Pielgrzymów z Polski, aby modlić się modlitwą dziękczynną za wspaniały pontyfikat Piotra z Polski, który dopiero się zakończył, ale także by modlić się o pomyślny wybór kolejnego następcy Piotra. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ale dzisiaj już wiemy, że na szczegółową odpowiedź na tę drugą część naszej modlitwy nie trzeba było długo czekać. Przyniósł ją bowiem dzień 19 kwietnia 2005 r.

Przed nami natomiast był jeszcze, ostatni etap naszego pielgrzymowania, który został tak inteligentnie zmodyfikowany w programie przez naszego przewodnika, że przypadł na Górę Tabor. A więc Góra Tabor – Góra Przemienienia – stała się dla nas, akurat w pierwszy tydzień po odejściu Jana Pawła II i tuż przed naszym powrotem do Rzymu, ostatnim etapem naszego pielgrzymowania. I znowu tak, jak niegdyś "Naród Wybrany bez Pasterza", tak i my wracaliśmy do Rzymu chwilowo opuszczonego przez następcę Piotra. I przejeżdżaliśmy w drodze z lotniska wokół tego samego Placu Świętego Piotra, który dla nas polskich kapłanów powracających z Ziemi Świętej do Rzymu, był wprawdzie tym samym placem, ale jednak już nie takim samym, bo zabrakło tam tak bliskiego nam wszystkim Lokatora! Jednak w naszych sercach była nadzieja zaczerpnięta z Góry Przemienienia. I ta nadzieja niech w nas – pokoleniu Jana Pawła II – pozostanie!