Marzec 2002

Jak ma się sprawa z naszym postem?
List pasterski do duchowieństwa i wiernych Archidiecezji Wrocławskiej

Ułomność człowiecza i potrzeba zbawienia
Stefan Kotusz

Tyle jesteśmy warci, ile jesteśmy przydatni ludziom
Ze Sławomirem Piechotą - Członkiem Zarządu Miasta Wrocławia do Spraw Polityki Społecznej rozmawia Barbara Juśkiewicz

Nie słuchajmy sekretarzy
Jerzy Przystawa

Codzienne trudy starości
s. Eugenia Gąsiorowska

Menora
Ks. Tomasz Hergesel, Jan i Helena Marko

Życie świętego Kazimierza na nowo odczytane
ks. Mariusz Rosik

Ojciec Marian Żelazek kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla


Śledztwo we wrocławskim UB
Tomasz Balbus

U Świętego Antoniego w Ratajnie
Ks. Wiesław Haczkiewicz

Wojciech Korfanty - katolicki działacz społeczno-polityczny
ks. Stanisław Kowalczyk

Czy całun przechowywany w Turynie jest naprawdę całunem Chrystusa?
ks.Jarosław Garbarek




Strona główna

Archiwum

Śledztwo we wrocławskim UB
Tomasz Balbus


Urząd Bezpieczeństwa (zwany "Bezpieką") był w latach 1944-1956 głównym narzędziem terroru stosowanego wówczas powszechnie przez partię komunistyczną wobec społeczeństwa. Funkcjonariusze UB przeprowadzali rozpracowania operacyjne, aresztowania, zasadzki i śledztwa wobec wszystkich osób uznanych za potencjalnych przeciwników "władzy ludowej" (w tym żołnierzy podziemia niepodległościowego np. z Armii Krajowej, księży i zakonników, działaczy politycznych i społecznych o orientacji innej niż komunistyczna). W celu wymuszenia stosowali wiele brutalnych metod śledczych, o których ostatnio opinia publiczna dowiedziała się szerzej podczas procesu sądowego funkcjonariusza Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego płk. Adama Humera. Również na Dolnym Śląsku "Bezpieka" ma swoją nieznaną i nie napisaną do dzisiaj ponurą historię. Jeden z jej elementów tworzyli funkcjonariusze pionu śledczego.

W latach 1945-1956 siedziba UB we Wrocławiu mieściła się w monumentalnym gmachu byłego Gestapo, w którym obecnie znajduje się Komenda Wojewódzka Policji. Do 1948 r. szefem urzędu był wyszkolony na sowieckim kursie oficerów "Bezpieczeństwa" w Kujbyszewie ppłk Faustyn Grzybowski. Podlegli mu funkcjonariusze dopuścili się w tym okresie na Dolnym Śląsku licznych przestępstw i zbrodni. Śledztwa prowadzili równie brutalnie, jak ich koledzy z Departamentu Śledczego MBP w Warszawie. Między innymi w latach 1947-1949 prowadzili oni sprawę kilkudziesięciu oficerów, żołnierzy i łączniczek Okręgu Lwowskiego AK aresztowanych już po ewakuacji na Dolnym i Górnym Śląsku pod zarzutem kontynuacji działalności konspiracyjnej. Wszyscy aresztowani uczestnicy konspiracji lwowskiej przeszli we wrocławskim UB ciężkie, kilkunastomiesięczne śledztwa.

Funkcjonariusze wrocławskiego "Bezpieczeństwa" stosowali wobec nich (także wobec kobiet i franciszkanina ze Lwowa o. Andrzeja Tadeusza Deptucha) bicie pięściami, pałkami i "bambusami" (wyciorami do czyszczenia luf karabinów), kopanie po całym ciele (skutkiem tego były m.in. złamane żebra i wybite zęby), bicie gumowymi pałkami w pięty, przypalanie papierosami, osadzanie na "koniu (palu) Andersa" (nodze odwróconego metalowego taboretu), miażdżenie palców u nóg podkutymi butami, uderzanie głową o ścianą, wbijania drzazg w ciało. Przesłuchiwani żołnierze lwowskiej AK byli umieszczania w piwnicznych karcerach (np. tzw. "kantówce" - betonowej małej komorze o zaostrzonych cegłach na podłodze z lejącą się na głowę wodą), ściągani po śledztwie z górnych pięter na parter za nogi po schodach aresztu, bici kluczami przez funkcjonariuszy służby więziennej, poddawani wielogodzinnym (przeważnie nocnym) przesłuchaniom (tzw. "konwejer"). Wielu z nich musiało odbywać kilkudziesięciogodzinne "stójki" twarzą do ściany na korytarzu lub w pokoju śledczego lub też wykonywać wyczerpujące serie kilkuset przysiadów. Inni byli straszeni zastrzeleniem z pistoletu leżącego na biurku ubowca lub zamordowaniem przez współwięźnia - kryminalistę z celi. Niektórych z aresztowanych sprowadzano do piwnic urzędu na pozorowane egzekucje. Często śledczy posuwali się do szantażu względem najbliższej rodziny aresztowanego (zeznania albo jej aresztowanie lub zabicie przez "nieznanych sprawców"). Wskutek stosowania tego typu metod śledczych aresztowani doznali uszczerbków na zdrowiu fizycznym i psychicznym. Niektórzy zostali kalekami do końca życia. Inni popełniali skutecznie lub usiłowali popełnić samobójstwa w celi aresztu śledczego przy ul. Sądowej. Zachowane w dokumentach i przytoczone dalej zeznania przesłuchiwanych we wrocławskim UB osób z konspiracji lwowskiej pozwalają zrozumieć koszmar śledztwa prowadzonego w drugiej połowie lat 40. przez wrocławską "Bezpiekę".

Zofia Bal tak mówiła o okresie swego pobytu w gmachu przy ul. Sądowej: "[Powiedzieli mi] jakie sankcje UB posiada i, że istnieje jeszcze coś gorszego od więzienia. Ponieważ wśród więźniów było wiadomo o metodach UB, o tym, że inż. [Bolesław] Monne powiesił się w więzieniu, że [Emilia Olga] Lewandowska podcięła sobie żyły, że komendant [lwowskiej] AK [ppłk Sawicki] z budynku UB wyskoczył z III piętra i zabił się, ponieważ słychać było głosy ludzi obłąkanych dochodzące z różnych cel i słychać było odgłosy bicia i okrzyki »ratujcie mnie, już nie mogę«, ponieważ byłam w stanie na wpół przytomnym, gdyż nie byłam w stanie nic jeść i kompletnie nie spałam, bo wtedy, gdy zaczynałam zasypiać wzywano mnie na nowe przesłuchanie, dlatego też podpisałam protokoły z zeznaniami".

Adwokat Bronisława Klimkowskiego tak pisał do Sądu Wojewódzkiego we Wrocławiu o okresie jego śledztwa: "Około 100 razy przez długie godziny wyczekiwał w pozycji stojącej, z powodu stosowania tzw. »palu Andersa« (siedzenie kością ogonową na nodze od krzesła), z powodu bicia »bambusami« - wyciorami od karabinów, z powodu rzucania (...) marmurowym bibularzem, by w ten sposób wymusić podpisanie protokołów przyznania się do winy - czemu się wreszcie (...) poddał. Popadł w stan wiecznego niepokoju, strachu i psychicznego załamania, przebywając zaś w izolatkach przez okres 3 miesięcy z powodu odmówienia przyjęcia charakteru konfidenta był pozbawiony prawa do paczek, czytania gazet i spacerów".

Wobec Ludwika Kroczaka funkcjonariusze UB stosowali "pal Andersa - nasadzanie na żelazną nogę odwróconego stołka trójnożnego, kantówkę - betonową komorę o wewnętrznie zaostrzonych cegłach z lejącą się na głowę wodą, ciemnice, przypiekanie papierosem przez przesłuchującego warg".

Wspomniana wyżej Emilia Olga Lewandowska była w różny sposób katowana przez śledczych: bito ją pałką w stopy, w czasie zimy umieszczano w samej bieliźnie w karcerze bez szyb. W celi aresztu śledczego, usiłując popełnić samobójstwo, podcięła sobie żyły znalezionym szkłem. Została znaleziona przez funkcjonariuszy służby więziennej, odratowana przez lekarzy i poddana dalszemu śledztwu.

Ppor. Zofia Orlicz tak mówiła o swoim pobycie w UB przy ul. Sądowej: "Prowadzący śledztwo powiedział: potrafi bez bicia wydobyć zeznanie (...). Wyjął rewolwer z szuflady, bawił się nim, przy przesłuchiwaniu asystował mu inny funkcjonariusz, który przez cały czas podkasywał rękawy i zwracał się do oficera przesłuchującego: «daj mi ją, a ja za 15 minut będę miał, co chcemy".

Bliski współpracownik z konspiracji ppłk. Sawickiego, mjr Leopold Rudolf Weber, tak mówił o okresie swojego śledztwa: "Kazano mi stać przez cały dzień na końcu korytarza twarzą do ściany bez żadnego posiłku. Wieczorem poprowadzono mnie do biura kierownika śledztwa Nowickiego [Józefa], w którym było aż pięciu innych funkcjonariuszy. Nowicki z miejsca zaczął mnie terroryzować wykrzykując najrozmaitsze nazwiska i pseudonimy, którymi miałem się rzekomo posługiwać a jednemu z obecnych kazał przynieść pałki gumowe. Pozostali zaś funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa podchodzili do mnie i grożąc mi pięścią przy samej twarzy wykrzykiwali »będziesz wisiał, bandyto«. Przezwisk i łajań, jako bardzo niecenzuralnych słów, nie mogę powtórzyć (...). Miałem czasami wrażenie, że wpadłem w ręce uzbrojonych zwyrodnialców, jak i obłąkanych sadystów".

Dwóch z aresztowanych oficerów lwowskiej AK, nie mogąc znieść takich metod śledczych skutecznie targnęło się na własne życie. Inż. Bolesław Monne, wrocławski architekt, był poddawany podobnym metodom śledczym. 8 XI 1947 r. w czasie porannego apelu został znaleziony w stanie agonalnym w pojedynczej celi nr 3 aresztu śledczego wrocławskiego UB. Oddziałowy, który o godz. 7.30 wszedł do izolatki zeznał później: "był jeszcze ciepły i dawał słabe oznaki życia". Wg niego inż. Monne wisiał na bieliźnie zaczepionej o hak przymocowany do ściany. Po jednym z nocnych przesłuchań popełnił samobójstwo przez powieszenie się w celi.

Kolejną ofiarą śmiertelną wrocławskich funkcjonariuszy UB stał się ostatni komendant Okręgu Lwowskiego ppłk Anatol Sawicki. W nocy z 8/9 VIII 1948 r. podczas kolejnej konfrontacji został on bestialsko skatowany przez śledczych. Nie mogąc znieść dalszych tortur wykorzystał nieuwagę przesłuchujących i wyskoczył przez okno z III piętra na dziedziniec budynku wrocławskiego UB, usiłując popełnić samobójstwo. W stanie agonalnym został odwieziony do szpitala wojskowego, gdzie umieszczono go w ścisłej izolatce pod strażą. Zmarł w nocy z 9/10 VIII o godz. 2.50. Wg opinii lekarza badającego zmasakrowane zwłoki miał połamane większość żeber wbitych w wątrobę, uszkodzone wnętrzności i rozerwany staw nadgarstka prawej ręki oraz rany na klatce piersiowej i liczne zadrapania na twarzy. 13 VIII ciało oddano najbliższej rodzinie, inwigilowanej i szykanowanej przez funkcjonariuszy UB. "Po wydaniu rzeczy zmarłego Anatola Sawickiego z więzienia wojskowego [sic] stwierdziła Sawicka Emilia brak noszonej przez niego bielizny oraz spodni, natomiast marynarka i sweter jej wydany nosiły ślady zaschniętej krwi. Wedle informacji uzyskanej od Jana Brodzisza (...) Anatol Sawicki, jego organizacyjny w AK przełożony, w czasie przesłuchiwania w gmachu WUBP, nie mogąc znieść stosowania wobec niego niedozwolonych metod śledztwa i nie poczuwając się do winy wyskoczył z 3 piętra i się zabił" - czytamy w dokumentach. Jego córka, Anna, wówczas uczennica liceum, stwierdziła w zeznaniach "że, w czasie ubierania zwłok wydanych przez władze bezpieczeństwa widziała szereg śladów pobicia na całym ciele, otrzymała pokrwawione ubranie [marynarkę i sweter], a w czasie pogrzebu ona jak i Emila Sawicka [żona] były śledzone, zakazano im mówienia na ten temat i nie podano przyczyny z powodu, której zginął Sawicki". Ciało ppłk. Sawickiego pochowano na cmentarzu Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie.

Analizując postępowanie śledcze stosowane podczas przesłuchań we wrocławskim UB zasadne jest postawienie pytania: Dlaczego oficerowie komunistycznego "Bezpieczeństwa" posuwali się do stosowania tak sadystycznych metod wymuszania zeznań, nie tylko wobec ujętych żołnierzy i oficerów konspiracji lwowskiej, ale również wobec zdecydowanej większości osób aresztowanych i przywiezionych do UB przy ul. Sądowej. Głównym celem śledczych nie było dotarcie do prawdy i zrekonstruowanie stanu faktycznego zdarzeń, ale uzyskanie nowych "wyjść" operacyjnych na inne osoby oraz zgromadzenie materiałów obciążających, na podstawie, których osoba aresztowana zostanie skazana przez sąd wojskowy na wieloletnie więzienie. Według oceny śledczych każdy aresztowany wówczas był winny. Jeśli sam nie czuł się winny, to w okresie kilkumiesięcznego śledztwa powinien przyznać się do "winy" i złożyć szczegółowe zeznanie o swej "zbrodniczej działalności". Stosowanie wyżej ukazanych metod miało służyć temu, aby osoba aresztowana, która nie chciała podpisać odpowiednio sfabrykowanych protokołów przesłuchań i uznać swojej "winy", została w krótkim czasie "skruszona".

Na zarysowany wyżej obraz zezwierzęcenia funkcjonariuszy komunistycznych służb bezpieczeństwa niewątpliwy i duży wpływ miała również ideologia komunistyczna i propaganda tamtego okresu. Żołnierze lwowskiej AK, uczestnicy antykomunistycznej konspiracji młodzieżowej, księża i zakonnicy byli dla śledczych "bandytami" i "zaplutymi karłami reakcji", "szpiegami Watykanu", których należało złamać, oskarżyć i skazać na śmierć lub wieloletnie więzienie. Również bardzo niski stopień wykształcenia (zazwyczaj wiejska szkoła powszechna), szybki awans społeczny młodych, zindoktrynowanych ideologią komunistyczną, funkcjonariuszy z nizin na stanowiska mające ogromną władzę nad losami i życiem ludzi, szybka demoralizacja związana z otrzymaną władzą, psychoza tajności spraw w "urzędzie" i pełna akceptacja ich bezpośrednich przełożonych oraz sowieckich "doradców", wywarły istotny wpływ na takie postępowanie z aresztowanymi. W 1956 r. ludzi i tradycje wrocławskiego UB przejęła Służba Bezpieczeństwa. W latach 50., 60. i 70. służyło w niej wielu "starych bezpieczniaków" z ul. Sądowej.

Tomasz Balbus