Luty 2006

Papieska encyklika będzie moim światłem
Rozmowa z bp. Andrzejem Siemieniewskim

Traktat o miłości
ks. Piotr Nitecki
Podcinanie głównego filara
Grażyna Ślęzak

Sondaże w mediach – prognoza czy kreacja?
Krzysztof Kunert

Dzieląc się miłością z chorymi
s. Paulina

Wiersze prostsze od wspaniałej poezji
Wiesława Tomaszewska CR

Benedykt Polak
Artur Adamski

Wrocławscy biskupi pomocniczy (1)
ks. Piotr Nitecki

Z dziejów watykańskiej dyplomacji
Piotr Sutowicz

Zabijajcie bałwochwalców – raz jeszcze
ks. Rafał Kowalski




Strona główna

Archiwum

Z dziejów Kościoła na Dolnym Śląsku
Benedykt Polak
Artur Adamski



Za największego średniowiecznego podróżnika najczęściej uważany jest żyjący w latach 1254-1324 wenecjanin – Marco Polo. W 1271 r. na polecenie papieża Grzegorza X , wraz z ojcem i stryjem, wyruszył on w podróż do chana Mongołów – Kubilaja. Kiedy po 24 latach znów pojawił się we Włoszech okazało się, że nikt nie oczekuje jego powrotu. Od początku nie pokładano zbyt dużych nadziei na dotarcie wysłanników do celu, leżącego we wschodniej Azji. Nie mając wieści o losach ekspedycji – stracono wiarę w jej powodzenie, przyjmując, że wędrowcy musieli paść ofiarą któregoś z licznych niebezpieczeństw.
Początkowo nikt nie wierzył w to, że Marco Polo przez siedemnaście lat przebywał w Chinach, a przez trzy był nawet zarządcą miasta Yangzhou. Z czasem jednak jego opowieści przyjęło się uznawać za wiarygodne, a jego księga pt. Opisanie świata długo uchodziła za rzetelne źródło wiedzy o Dalekim Wschodzie.

Wiarygodność relacji Marco Polo osłabia to, że jego pobytu w Chinach nie potwierdzają żadne tamtejsze źródła. A zachowało się w nich z tego czasu zapisków mnóstwo i to także dotyczących faktów niewspółmiernie mniejszej wagi. O wieloletnim pobycie papieskiego poselstwa, którego członek miał się stać nawet przyjacielem chana – nie ma ani słowa. Natomiast mongolskie kroniki odnotowują wcześniejszą o ćwierć wieku delegację złożoną z dwóch mnichów. Jednym z nich był włoskiej narodowości legat papieża, drugim – wrocławski franciszkanin. Kim był nasz rodak i jak wyglądała jego daleka podróż?

Benedictus Polonus urodził się ok. roku 1200 prawdopodobnie we Wrocławiu. Był franciszkaninem, ale zapewne większość życia spędzał poza murami klasztoru. Był bowiem doświadczonym wędrowcem, dobrze orientował się w topografii ziem ruskich i biegle władał kilkoma językami. Musiał też być człowiekiem znanym i cenionym, skoro to jego w 1245 roku papież Innocenty IV wyznaczył na przewodnika dla swojego doświadczonego dyplomaty – sześćdziesięcioletniego Giovanniego de Pian del Carpine.

Ojciec święty zdecydował wysłać swoje poselstwo w związku z mongolskimi najazdami. Niespełna cztery lata wcześniej spustoszyły one Ruś, Węgry i południową Polskę. Papież polecił swym wysłannikom podjęcie próby skłonienia wielkiego chana do przyjęcia chrześcijaństwa. Oczywiście, świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że pełne powodzenie takiej misji jest raczej mało prawdopodobne. Polecił więc, by równocześnie zyskać jak najwięcej informacji o ustroju i organizacji państwa Mongołów, a także wierzeniach i zwyczajach jego mieszkańców. Wiedza ta byłaby bardzo przydatna przy kolejnych próbach chrystianizacji. Dotychczas konfrontacja z mongolskimi wojskami była dla Europejczyków druzgocąca. Stąd wynikało kolejne papieskie zalecenie by, jeśli będzie to możliwe, dowiedzieć się o planach ewentualnych kolejnych podbojów, a także o zasobach i siłach militarnych mongolskich władców.

Można przyjąć, że wyprawa wyruszyła spod wrocławskiego klasztoru franciszkanów (dzisiejszy plac Biskupa Nankiera) pod koniec roku 1245. Pierwszym jej celem była Łęczyca, gdzie na dworze Konrada Mazowieckiego wysłannicy poznali się z przewodnikami przybyłymi z Rusi. Podzielili się oni z zakonnikami całą swą wiedzą o Mongołach. Rusini dysponowali już bagażem doświadczeń, związanych z próbami porozumienia się ze wschodnimi agresorami. Książę zaopatrzył wysłanników w bardzo bogate dary, które miały pomóc w uzyskaniu życzliwości mongolskich urzędników i dowódców wojskowych. W lutym 1246 r. polscy i ruscy wędrowcy dotarli do zniszczonego niedawnym najazdem Kijowa. W dalszą podróż ruszył już tylko legat Carpine wraz z Benedyktem Polakiem, pełniącym funkcję tłumacza i sekretarza. Droga wiodła wzdłuż wybrzeży Morza Kaspijskiego i Jeziora Aralskiego. Wczesną wiosną doszło do spotkania z pierwszymi strażami tatarskimi. Kontakt był udany – wraz z eskortą wysłannicy papieża ruszyli w rejon Astrachania, gdzie przebywał namiestnik wielkiego chana – Batu Chan. Dzięki lingwistycznym zdolnościom Benedykta, a także szczodrym darom, namiestnik zapewnił delegatom bezpieczeństwo i skierował ich do Karakorum, gdzie w owym czasie znajdowała się główna stolica władców mongolskich. Po kolejnych miesiącach brnięcia przez góry i stepy – wędrowcy dotarli do celu podróży późnym latem 1246 r. Trafili tam w czasie obejmowania władzy przez nowego wielkiego chana – Gujuka. Dzięki temu pobyt Europejczyków mógł być dłuższy i można było nawiązać kontakt także z przybyłymi na tę intronizację poselstwami, m.in. z Kalifatu Bagdadzkiego, Gruzji, Korei i Chin. Carpine i Benedykt zostali życzliwie przyjęci przez wielkiego chana, który jednak uniknął konkretnej odpowiedzi na apel o otwarcie serca dla nauki Jezusa.

Papiescy posłowie wracali nie spełniwszy najważniejszego zadania. W Watykanie zdawano sobie jednak sprawę z tego, że cel ten był wówczas niemal nieosiągalny. Wieźli za to ze sobą ogrom informacji o krajach i ludach Dalekiego Wschodu. Po powrocie do Włoch w końcu 1247 r. Giovanni de Pian del Carpine napisał dzieło pt. Historia Mongołów. Zawierało ono mnóstwo wiadomości o tatarskich sposobach prowadzenia wojny, organizacji armii, zarządzaniu podbitymi krajami, a także cenne rady dla podróżników udających się na Wschód. Obszerna księga napisana przez Benedykta Polaka miała natomiast walory przełomowego dzieła naukowego. Sygnowana Benedictus Polonus praca pt. De itinere Fratrum Minoram ad Tartaros jest pierwszym w Europie traktatem o kulturach i językach Dalekiego Wschodu. Zawiera ona także wiele słów mongolskich wraz z ich tłumaczeniem na łacinę. Wrocławski franciszkanin w pełni zasługuje więc na miano pierwszego orientalisty.

Po powrocie z Lyonu, gdzie wraz z towarzyszem podróży składał obszerną relację papieżowi, Benedykt powrócił do Polski. Wiadomo, że w 1252 r. był gwardianem w Krakowie i zeznawał w procesie kanonizacyjnym biskupa Stanisława Szczepanowskiego.

Trudno pojąć, dlaczego Benedykt Polak jest postacią mniej znaną od Marco Polo. To dzieła naszego rodaka otwarły nowy rozdział nauk filologicznych i kulturoznawczych. Mają przy tym poświadczoną źródłami mongolskimi wiarygodność, czego nie można powiedzieć o znacznie późniejszych relacjach sławnego wenecjanina. Czyż nie zasługuje Benedykt na pomnik w mieście, z którego wyruszył w drogę nieznaną żadnemu z Europejczyków? I czy nie jest dla nas wstydem, że w kraju, w którym produkuje się każdego roku setki odcinków przeróżnych telenowel, nie powstał ani jeden film o człowieku, z którego powinniśmy być dumni?