Luty 2006

Papieska encyklika będzie moim światłem
Rozmowa z bp. Andrzejem Siemieniewskim

Traktat o miłości
ks. Piotr Nitecki
Podcinanie głównego filara
Grażyna Ślęzak

Sondaże w mediach – prognoza czy kreacja?
Krzysztof Kunert

Dzieląc się miłością z chorymi
s. Paulina

Wiersze prostsze od wspaniałej poezji
Wiesława Tomaszewska CR

Benedykt Polak
Artur Adamski

Wrocławscy biskupi pomocniczy (1)
ks. Piotr Nitecki

Z dziejów watykańskiej dyplomacji
Piotr Sutowicz

Zabijajcie bałwochwalców – raz jeszcze
ks. Rafał Kowalski




Strona główna

Archiwum

Papieska encyklika będzie moim światłem
Z Biskupem Nominatem Andrzejem Siemieniewskim
rozmawiają Bożena Rojek i Krzysztof Kunert



Po raz pierwszy w okresie powojennym biskupem na Dolnym Śląsku został człowiek od urodzenia związany z Wrocławiem, co nas, wrocławian, bardzo cieszy. Chcielibyśmy wiedzieć, jakie więzi łączą Księdza Biskupa z naszym miastem: skąd pochodzą rodzice, w jakiej dzielnicy wychowywał się Ksiądz Biskup, gdzie pobierał naukę i, oczywiście, gdzie uzyskał Ksiądz Biskup pierwsze szlify formacji duchowej?
– Mój nieżyjący już Tata pochodził z Poznania, Mama zaś z Warszawy. Rodzice po wojnie przyjechali do Wrocławia na studia, a potem postanowili zamieszkać tu na stałe. Moje lata dziecięce i młodzieńcze były ściśle związane z okolicami placu Grunwaldzkiego. Tu znajdują się szkoły, z którymi byłem związany, a więc SP nr 12, II LO, potem Politechnika Wrocławska i wreszcie Seminarium Duchowne. Nie licząc dwuletniej przerwy, jaką był wikariat w Świdnicy, i czterech lat studiów w Rzymie, można powiedzieć, że od placu Grunwaldzkiego nigdzie specjalnie nie "odpłynąłem". Po sześciu latach przerwy wróciłem bowiem w ten rejon Wrocławia – a konkretnie do Seminarium Duchownego, gdzie zostałem ojcem duchownym, i na Papieski Wydział Teologiczny jako wykładowca z zakresu teologii duchowości.

Jak przyjął Ksiądz Biskup wiadomość o nominacji?
– Taka wiadomość dociera do zainteresowanego na kilkanaście dni przed publicznym ogłoszeniem, aby kandydat miał czas na jej wewnętrzne przyjęcie, przemodlenie i przemyślenie. Dla mnie było to wielkim zaskoczeniem, uznałem jednak, że jest to kolejny etap w życiu, który należy po prostu zaakceptować.

Co zmieni w życiu Księdza Biskupa ta nominacja?
– Myślę, że bardzo wiele, choć na dzień dzisiejszy nie wiem jeszcze, w jakich szczegółach. Trzeba poczekać na święcenia biskupie, które zostały zaplanowane na 11 lutego br. Sam zadaję sobie to pytanie.

Proszę powiedzieć pokrótce o swojej drodze do kapłaństwa. Czy miał Ksiądz Biskup w życiu jakieś autorytety, które w szczególny sposób odcisnęły swe piętno na duchowości i wyborze drogi życiowej?
– Środowiskiem, które odegrało ważną rolę w moim życiu, byli księża salezjanie z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, gdzie chodziłem na lekcje religii. Znaczących osobowości proboszczów, kapłanów, katechetów przewinęło się tam bardzo wiele. W okresie studiów na politechnice jeszcze większy wpływ na moją osobowość wywarło Duszpasterstwo Akademickie Wawrzyny, związane z osobą ks. Stanisława Orzechowskiego, znanego we Wrocławiu Orzecha.

Ponieważ w tradycję święceń biskupich wpisanych jest szereg symboli, do których należy także biskupie zawołanie – hasło będące motywem przewodnim całej posługi pasterskiej – chcielibyśmy zapytać, czy myślał już nad nim Ksiądz Biskup? Prosimy także zapoznać czytelników "Nowego Życia" ze swoją wizją posługi biskupiej.
– Chciałem, żeby tym zawołaniem były trzy łacińskie słowa, zaczerpnięte z Nowego Testamentu, Deus Caritas est, co oznacza Bóg jest Miłością. Są one tytułem pierwszej encykliki Benedykta XVI. Tego typu dokumenty są zawsze światłem dla Kościoła i wypada wszystkim, także mnie, takie światło podjąć. Chciałbym, aby ta encyklika mogła stać się takim właśnie drogowskazem w moim nowym, biskupim etapie życia. Jest tam mowa o objawieniu się Boga jako Miłości wobec ludzi. Słowo "miłość" jest bardzo pojemne, mieści w sobie światło na każde powołanie. Każdy chrześcijanin może chyba powiedzieć, że pragnie przeżywać swoje powołanie właśnie tak, pamiętając, że Bóg jest Miłością. W tych słowach mieści się zarówno miłość rodzicielska dla żyjących w małżeństwie, jak i miłość pasterska dla duszpasterzy. Posługa biskupa to przede wszystkim posługa duszpasterza, czyli kogoś, kto modli się za ludzi i z ludźmi, kto duszpasterzuje pośród najróżniejszych środowisk.

Dotychczasowa działalność Księdza Biskupa w dużej mierze związana była ze światem nauki. Jest Ksiądz specjalistą z zakresu teologii duchowości, profesorem Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu, ma na swoim koncie liczne publikacje. Czy te środowiska, dla których Ksiądz Biskup jest uznanym teologiem, mogą liczyć na kontynuację działalności w sferze nauki?
– Mam nadzieję, że tak. Wierzę, że w obowiązkach biskupich znajdzie się także miejsce na kontynuowanie pracy na Wydziale Teologicznym, że będę mógł prowadzić seminaria, wykłady, utrzymywać kontakt ze studentami i środowiskiem naukowym, choć z pewnością już nie w tak szerokiej formie jak do tej pory.

Jednym z zasadniczych rysów pracy Księdza Biskupa było zaangażowanie w działalność ruchów charyzmatycznych w Archidiecezji Wrocławskiej. Współpracował Ksiądz z oazą, neokatechumenatem, a od ponad 10 lat jest asystentem kościelnym wspólnoty Hallelu Jah. Czy planuje Ksiądz Biskup podtrzymywać swój udział w tym ważnym wymiarze życia Kościoła, jakim są wspólnoty charyzmatyczne?
– Z całą pewnością, tak. Wspólnotom jest potrzebny duszpasterz, ale i duszpasterzowi potrzebna jest wspólnota. Wspólnota ludzi, którzy się modlą, są przykładem aktywności i zaangażowania w sprawy Boże. Wśród takich żywych wspólnot można spotkać się z radością, trudnościami, niekiedy ze sprawami wymagającymi korekty. Ale tak to już w życiu bywa. Nie wyobrażam sobie dalszego życia bez takich kontaktów, czasem bardzo serdecznych, bez więzi, które nawiązywały się przez lata.

Czy zaangażowanie we wspólnoty charyzmatyczne będzie mogło być tak aktywne jak do tej pory?
– Z pewnością przyjmie nieco inny charakter. Wyobrażam sobie, że kalendarium biskupa wygląda nieco inaczej niż profesora teologii, który często jest związany z parafią, dysponuje czasem w niedzielę, podczas wakacji. Może więc pozwolić sobie na wspólne wyjazdy czy rekolekcje. Teraz tego czasu będzie z pewnością znacznie mniej. Przyjdzie więc zmienić nieco formułę kontaktów, ale sam fakt ich utrzymania nie budzi moich wątpliwości.

Dla wielu katolików angażowanie się we wspólnoty postrzegane jest jako oznaka naiwnego – w najlepszym razie – zbyt emocjonalnego chrześcijaństwa. Jak Ksiądz Biskup odnosi się do takiego poglądu?
– Krytycy udziału w ruchach Odnowy w Duchu Świętym mogą mieć niekiedy rację. Przynależność do wspólnot kościelnych może być wyrazem naiwności albo braku odpowiedniej refleksji, ale nie musi. Na tym polega rola animatorów, a także duszpasterzy, aby to, co jest tam dobre, cenne, głęboko katolickie podtrzymywać i budować, a to, co niepotrzebne rozeznać i pomóc się od tego uwolnić. Krytyka jest więc jak najbardziej potrzebna. Ruch, który nie pozwala krytykować siebie jest w wielkim niebezpieczeństwie fanatyzmu, pychy i zejścia na manowce. Oczywiście, krytyka nie może być jedyną postawą. Musi być także zachętą. To podwójne spojrzenie na działalność ruchu dotyczy wszystkich, nie tylko duszpasterza, ale każdego świadomego katolika, który jest w nim zaangażowany.

Jak doszło do tego, że dla tak wytrawnego teologa opieka nad ruchem odnowy charyzmatycznej stała się pasją, jak określił to Ksiądz Biskup w jednym z wywiadów?
– Moje kontakty ze wspólnotami Odnowy w Duchu Świętym datują się na czas pobytu w Seminarium Duchowym. Będąc alumnem IV i V roku, spotkałem się z ruchem Światło-Życie, który był wówczas bardzo spokrewniony z ruchem odnowy charyzmatycznej. Jako kleryk uczestniczyłem w pierwszym ogólnopolskim kongresie Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze. Po święceniach kapłańskich utrzymywałem kontakt z grupami charyzmatycznymi, a po powrocie z Rzymu otworzyłem się na współpracę z tymi wspólnotami w roli duszpasterza, czyli kogoś, kto ma czerpać z zapału i gorliwości innych, ale także dostrzegać możliwości błędów i zagrożeń.

Powiedział Ksiądz Biskup, że duszpasterzowi potrzebna jest wspólnota. Co osobiście dawały Księdzu Biskupowi takie spotkania? Czego kapłan może uczyć się od świeckich?
– Spotkania z tymi wspólnotami stwarzały bardzo wiele cennych okazji do duszpasterzowania w najróżniejszych środowiskach. Były rozszerzeniem posługi duszpasterskiej, jaką pełniłem jako ojciec duchowny w seminarium. Pamiętam, że przez trzy lata z rzędu przeżywałem rekolekcje z ruchem Światło-Życie w rodzinach z małymi dziećmi. Wszystkie nasze nabożeństwa, modlitwy, konferencje odbywały się razem z nimi – harmider panował więc nie do opisania. Tego cennego doświadczenia przebywania wśród rodzin z pewnością nie zdobyłbym poza takimi grupami. Wspólnota Hallelu Jah, w którą byłem zaangażowany przez ostatnie 10 lat, łączy w sobie różne grupy ludzi; są tam studenci, młodzi ludzie pracujący i niekoniecznie bardzo młodzi, także rodziny. Przebywanie z tymi ludźmi w życiu codziennym, współpraca z nimi, wspólna modlitwa, wyjazdy były dla mnie również cennymi okazjami do wzrastania w wierze.

Podczas ostatniej wizyty biskupów polskich Ad limina apostolorum Benedykt XVI w odniesieniu do ruchów ewangelizacyjnych zauważył, że ruchy te nie mogą istnieć "obok" powszechnej wspólnoty Kościoła. Wskazał także na zagrożenia wynikające z możliwości niewłaściwego zrozumienia ekumenizmu w tych środowiskach i w konsekwencji utraty katolickiej tożsamości. Jakie w tym kontekście widzi Ksiądz Biskup, jako osoba z wielkim doświadczeniem w kierowaniu wspólnotą Odnowy w Duchu Świętym, zadania dla pasterzy katolickich wspólnot?
– Trzeba zauważyć, że wypowiedź Benedykta XVI jest kontynuacją linii, którą zapoczątkował Jan Paweł II. Po pierwsze: Papież nazwał ruchy charyzmatyczne miejscem bardzo cennym, gdzie można rozwijać wiarę i kulturę katolicką życia codziennego. Po drugie zaś, dostrzegł inny aspekt rzeczywistości – zagrożenia wartości, którymi żyją ruchy kościelne: utratę tożsamości religijnej czy nawet odejście od Kościoła. Rodzi się więc pytanie: czy duszpasterz powinien dystansować się od środowisk, które niosą niebezpieczeństwa, czy może wręcz odwrotnie – znaleźć się tam i pomagać odkryć właściwą ścieżkę, a niebezpieczeństwa odsuwać. Myślę, że taka właśnie powinna być rola duszpasterza: pomagać w odróżnianiu wartości chrześcijańskich od niebezpieczeństw.

Temat zagrożeń, jakie czyhają na wierzących, podjął Ksiądz Biskup także w swojej książce "Na skale czy na piasku?", będącej polemiką z poglądami zajadłych krytyków Kościoła katolickiego, w której nie ucieka się Ksiądz Biskup bynajmniej do wybielania słabości ludzi Kościoła. Przyznaje z pokorą, że wśród katolików "może zdarzyć się taka sytuacja, kiedy Pan Jezus stoi przed jakąś wspólnotą czy grupą kościelną i okazuje się, że pozostawiono Go na zewnątrz, za drzwiami". Jakie są grzechy główne polskiego katolicyzmu? Z jakimi wadami powinniśmy walczyć?
– Mówienie o grzechach głównych katolicyzmu ma sens dopiero na drugim miejscu. Trzeba nam dążyć do utrzymania tej linii oceny zjawisk, której uczył Jan Paweł II, a którą kontynuuje Benedykt XVI – wpierw dostrzec owoce, wartości, świętość polskiego katolicyzmu, a dopiero później jego grzechy. Zechciejmy więc ucieszyć się bogatym życiem parafialnym, ożywionym ruchem pielgrzymkowym, głęboko zakorzenioną wiarą wielu rodzin, obyczajowością katolicką, bardzo licznymi powołaniami kapłańskimi, a dopiero potem zauważmy grzechy polskiego katolicyzmu. Jednym z nich z pewnością jest to, że dobre skądinąd manifestowanie wiary poprzez ważne i konieczne uroczystości znajduje zbyt słabe echo w praktycznych postawach, takich jak: gościnność, wyrozumiałość, łagodność, cierpliwość, bezinteresowna pomoc bliźniemu. Z takim postępowaniem katolików chcielibyśmy się częściej spotykać. Słabością jest także to, że mocna wiara wywołuje czasem postawy nieprzejednanej nietolerancji. Jest to swego rodzaju choroba, z której należy się leczyć. Zechciejmy jednak spojrzeć na to jako na chorobę uleczalną, aby nie dezawuować całości wiary różnych środowisk czy grup, tylko dlatego, że mają wady. W końcu, któż jest bez grzechu. Od tego są duszpasterze, ażeby grzechy swoje i innych nazywać, i pomagać się z nich wyzwolić.

Ważne jednak, żeby chcieć uświadamiać sobie to, co jest złe, i zmieniać to.
– Tak, jest to ważne, ale równocześnie należy uświadamiać sobie także to, co jest dobre i co trzeba wspierać. Myślę, że w życiu łatwo o przesadę w jedną lub drugą stronę. Można tak zachwycić się zaletami polskiego katolicyzmu, że zamknąć całkowicie oczy na jego wady, ale można też tak wyostrzyć wzrok na wady polskich katolików, że zacząć tracić z oczu całe jego wielkie bogactwo. Benedykt XVI kładzie nacisk na to, ażeby dziedzictwo, które jest jedyne i niepowtarzalne, pielęgnować i zachowywać.

Dużą wagę przywiązuje Ksiądz Biskup do roli osób świeckich w życiu Kościoła, szczególnie zaś do ich roli w procesie ewangelizacji. Wiele na ten temat w przemówieniach do polskich Biskupów, przybyłych z wizytą Ad limina apostolorum, mówił Benedykt XVI. Szczególną uwagę poświęcił Papież roli osób świeckich w Kościele, wskazując na ich zaangażowanie we wspólnoty parafialne, wolontariat, czy udział w ruchach ewangelizacyjnych. W świetle własnych, bogatych doświadczeń we współpracy ze świeckimi, jak postrzega Ksiądz Biskup rolę świeckich w wypełnianiu zasadniczej misji Kościoła, jaką jest ewangelizacja?
– Rolę świeckich trzeba widzieć przede wszystkim na dwóch płaszczyznach: z jednej strony poprzez dawanie świadectwa dobrego życia, przy czym pierwszym miejscem ewangelizacji jest rodzina, małżeństwo, dzieci, z drugiej zaś poprzez pracę zawodową, miejsce, gdzie pełni się swoje funkcje zawodowe, zdobywa środki materialne do życia i utrzymania rodziny. Ważne jest również – ale dopiero na trzecim miejscu – zaangażowanie, na miarę swoich możliwości, w głoszenie Ewangelii słowem. Jednakże warto to robić dopiero wtedy, kiedy daje się dobre świadectwo życia rodzinnego i zawodowego. Jeśli tak się dzieje, mamy wówczas do czynienia z harmonijną osobowością człowieka świeckiego, który żyje, pracuje i mówi, świadcząc na tych trzech płaszczyznach życia o Chrystusie.

Co zrobić, żeby ludzie poczuli się bardziej odpowiedzialni za swój Kościół lokalny, za swoją parafię? Aby chcieli bardziej angażować się w życie religijne? Aby nie byli tylko anonimowymi uczestnikami niedzielnej Eucharystii?
– I znów warto najpierw z radością odnotować ogromną wartość i wielki dar uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii. Nie należy lekko traktować faktu, że tak wielu ludzi chodzi do kościoła, choć, oczywiście, chcielibyśmy, aby wiernych uczestniczących w coniedzielnej Eucharystii było jeszcze więcej. To ważny sposób przeżywania spotkania z Chrystusem i Kościołem lokalnym. Oczywiście, (ale to należy wskazać na drugim miejscu) chcielibyśmy także następnego kroku – żeby liturgii niedzielnej towarzyszyło powstawanie środowisk przeżywania wiary w życiu codziennym. Na tym polega niezastąpiona rola ruchów i stowarzyszeń odnowy Kościoła. Wobec presji dzisiejszej kultury jest prawie niemożliwe przeżyć swoją wiarę bez środowiska kolegów, przyjaciół, znajomych, z którymi się często spotykamy – raz, może nawet kilka razy w tygodniu – a którzy dzielą ten sam zapał i tę samą pasję dla wiary. Parafia powinna być takim miejscem, w którym rozkwitną liczne wspólnoty. Liczne ze względu na różnorodność charakterów. Ja akuratnie zetknąłem się z duchowością wspólnot charyzmatycznych, ale przecież nie wszyscy podzielają taki styl modlitwy, przeżywania wiary czy mówienia o Panu Bogu. Wielu ludzi odbiera sprawy Boże na inny sposób i oni także powinni mieć swoje miejsca i swoje środowiska w Kościele.

Obcując w środowiskach ludzi niewierzących, niejednokrotnie spotykamy się z ich strony z brakiem zrozumienia istoty chrześcijaństwa, przesłania ewangelicznego. Czasem ludzie ci mówią wprost, że Pan Bóg nie jest im do szczęścia potrzebny, że są "samowystarczalni". Jak rozmawiać z takimi ludźmi?
– Trzeba zastanowić się na tym, co to znaczy, że Pan Bóg nie jest komuś do szczęścia potrzebny. Czy to znaczy, że nie jest mu potrzebny do zadowolenia, do przyjemnego życia, czy może do życia sensownego. Pierwsze orędzie o chrześcijaństwie mówi, że Pan Bóg jest nam potrzebny do prawdy. Nie zaczynajmy więc może dyskusji od tego, czy Pan Bóg jest, czy nie jest nam potrzebny do szczęścia, ale od tego, że jest nam potrzebny do prawdy. Pierwszy, najważniejszy element wiary chrześcijańskiej nie brzmi: do czego jest nam Pan Bóg potrzebny, lecz czy Pan Bóg jest, czy jest prawdziwy. Potem, oczywiście, okaże się, że wiara i obecność Boga przynosi wiele duchowych darów i życiowych korzyści. Jan Paweł II pytany kiedyś o najważniejsze zdanie w Ewangelii, przytoczył słowa Chrystusa: Poznacie prawdę i prawda was wyzwoli. Tak więc na początku warto dyskutować nie o tym, jakie korzyści przynosi wiara, lecz czy wiara jest wiarą w coś i Kogoś prawdziwego.

A jak postępować, by przybliżać niewierzącym oblicze Boga miłosiernego?
– Myślę, że należy ich traktować z nadzieją, że Pan Bóg chce przygarnąć do siebie każdego. On ma swoje drogi i swój czas, swoje sposoby i miejsca objawiania się tym wszystkim, którzy Go poszukują. Natomiast my powinniśmy zachować gotowość do dawania świadectwa. W spotkaniach z niewierzącymi możliwe są przesadne gesty w dwie strony: można stać się fanatycznym, narzucającym się głosicielem prawdy o Chrystusie albo wręcz zrezygnować z głoszenia Dobrej Nowiny, tak jakby mówienie o Nim było samo w sobie zniewalającym gestem. Powinniśmy, oczywiście, modlić się o wiarę dla innych i w pełnej wolności zachęcać do niej. Bez narzucania, ale jednak z propozycją. Jest różnica między narzucaniem się a propozycją. Narzucanie się jest czymś złym, ale brak propozycji także jest czymś złym. Taką ewangeliczną, środkową ścieżką jest postawa Jezusa Chrystusa, który – jak się wydaje – nikomu się nie narzucał, ale też nikomu nie skąpił propozycji uwierzenia w Niego.

Tak więc najlepsze, co możemy zrobić, to po prostu naśladować Chrystusa.
– Tak, właśnie. Myślę, że to bardzo trafna formuła, którą możemy się posługiwać, ażeby odkryć tę właściwą wąską ścieżkę pomiędzy lękliwością wobec głoszenia Dobrej Nowiny a narzucającą się natarczywością w mówieniu o Bogu. Najlepszą więc postawę w kontaktach z niewierzącymi, zresztą jak w każdej dziedzinie życia, odnajdziemy w naśladowaniu Chrystusa.

Dziękujemy serdecznie za rozmowę. Prosimy przyjąć od redakcji Nowego Życia szczere gratulacje wraz z zapewnieniem o naszej pamięci modlitewnej. Szczęść Boże!