Luty 2002

Pastor Bonus
O 26. rocznicy objęcia rządów w Archidiecezji Wrocławskiej przez księdza kardynała dra Henryka Gulbinowicza pisze ks.Józef Swastek

Kim jesteś? - zapytał mnie
Stanisław Jan Rostworowski

Stosunki polsko-ukraińskie po II wojnie światowej
Z historykiem prof. dr hab. Henrykiem Strońskim, prezesem Stowarzyszenia Uczonych Polskich Ukrainy rozmawia Leszek Wątróbski

Nawrócenie
Jan Wadowski

Sekrety maryjnej kolumny
Marek Perzyński

Człowiek z piętnem wyroku śmierci
Tomasz Balbus, Stanisław Antoni Bogaczewicz

Ze stygmatami cierpienia
Andrzej Sujka

Katecheta
Ks. Marek Korgul

Co to jest powołanie i czy każdy ksiądz musi mieć powołanie, żeby zostać kapłanem?
ks. Jarosław Grabarek




Strona główna

Archiwum

Człowiek z piętnem wyroku śmierci
Tomasz Balbus, Stanisław Antoni Bogaczewicz


Budowane od 1944 r. na gruzach powojennej Europy państwo polskie oparte miało być na powstałych w Moskwie koncepcjach politycznych, społecznych i gospodarczych. Realizacja tych zamierzeń przez ówczesną władzę pozbawiając naród polski możliwości samostanowienia o swym bycie, nie mogła liczyć na poparcie ogółu społeczeństwa. Zbyt drogie były Polakom ideały wolności i suwerenności, dla których wielu z nich poświęcało swe zdrowie i życie w okresie okupacji niemieckiej i sowieckiej w latach 1939-1945.

Niechęć Polaków wobec nowej rzeczywistości zmusiła działające z polecenia Moskwy władze polskie do zastosowania znanych w Związku Sowieckim środków i metod ujarzmienia społeczeństwa. Wykorzystano w tym celu stacjonujące w Polsce oddziały pacyfikacyjne NKWD, "ludowe" WP, komunistyczne służby bezpieczeństwa oraz dyspozycyjny wobec poleceń władz partyjnych aparat urzędniczy, szczególnie wojskowy i cywilny wymiar sprawiedliwości.

Jednym z uczestników i świadków tamtych wydarzeń jest mieszkający w podwrocławskich Psarach żołnierz kolejno Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego por. Zdzisław Jankowski "Jastrzębiec". Kilkakrotnie ranny podczas wykonywania zadań bojowych w okresie okupacji (rejon Przemyśla), po jej zakończeniu został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Wojskowy Sąd Rejonowy w grudniu 1946 r. skazał go na śmierć. Uszedł jednak z życiem przed wymierzoną mu przez komunistyczny wymiar sprawiedliwości karą śmierci. Warto tutaj przypomnieć sylwetkę i przeżycia człowieka, który przez kilka miesięcy oczekiwał w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu na egzekucję.

Zdzisław Jankowski urodził się 28 V 1924 r. w Przemyślu, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. Doświadczenia września 1939 r. - wkroczenie wojsk niemieckich i Armii Czerwonej na ziemie polskie zapadły głęboko w pamięci młodego chłopca. Ustanowienie granicy na Sanie i podział miasta między dwóch okupantów jednoznacznie kojarzyło mu się z historycznymi doświadczeniami rozbiorów Polski. Prowadzona wspólnie przez Niemców i Sowietów polityka eksterminacji narodu polskiego nie pozostawiała mu złudzeń, co do prawdziwych intencji Berlina i Moskwy. Tego poglądu nie były w stanie zmienić nawet wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 r. i pozostawanie Polski i Rosji sowieckiej w bloku państw koalicji antynazistowskiej.

Zamieszkując w pozostającej pod okupacja sowiecką wschodniej części Przemyśla rodzina Zdzisława Jankowskiego uniknęła zesłania w głąb Rosji. On sam został zatrzymany w 1940 r. na granicy sowiecko-niemieckiej. Spędził siedem tygodni w więzieniu Wojsk Pogranicznych NKWD w Przemyślu. Doświadczając osobiście skutków okupacji młody Zdzisław włączył się w kwietniu 1942 r. w nurt działalności konspiracyjnej i walki zbrojnej. Przysięgę odebrał od niego dowódca oddziału dywersji ppor. Zbigniew Zawiła ps. "Żbik". Działał wtedy jako żołnierz NOW-AK a terenie Inspektoratu Przemyśl. Do stycznia 1943 roku odbywał przeszkolenie w grupach sabotażowo-dywersyjnych oraz uczestniczył w kolportażu prasy i ulotek konspiracyjnych. Od stycznia 1943 r. będąc dowódcą drużyny w plutonie dywersyjnym uczestniczył w wielu akcjach bojowych i likwidacyjnych wymierzonych przeciw Niemcom i Ukraińcom zarówno w Przemyślu, jak i w jego okolicach. Podczas pełnienia zadań bojowych został kilkakrotnie ranny, w tym 14 marca 1944 r. w czasie akcji rozbrajania niemieckich żołnierzy- ciężko. To wydarzenie wykluczyło go na pewien czas z aktywności zbrojnej.

Poszukiwany przez Gestapo, leczony był w szpitalu w Jarosławiu, gdzie dzięki ofiarności i odwadze polskich lekarzy i pielęgniarki, w tym oficera AK dra Jana Zassowskiego, mógł powrócić do zdrowia. Po uzyskaniu sił umożliwiających opuszczenie szpitala, udał się na rekonwalescencję do Leska w Bieszczadach. Przebywając tam u rodziny wraz z żoną - poślubioną konspiracyjnie łączniczką Kierownictwa Dywersji AK Eugenią Rojowską ps. "Wera", włączył się w działania polskich grup samoobrony walczących z podziemiem ukraińskim.

Latem 1944 r. po zajęciu Rzeszowszczyzny przez Armię Czerwoną powrócił do Przemyśla. Tam z powodu przynależności do AK zagrożony ze strony NKWD aresztowaniem i deportacją w głąb Rosji kontynuował działalność niepodległościową w ramach podziemia antykomunistycznego. Został wówczas dowódcą oddziału partyzanckiego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Jego oddział organizował wtedy rajdy na wsie ukraińskie związane z UPA oraz zwalczał przedstawicieli komunistycznej władzy w rejonie Przemyśla. W czasie przygotowywania jednej z akcji zbrojnych w Krośnie został aresztowany przez funkcjonariuszy miejscowego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Po trzech tygodniach od momentu zatrzymania udało mu się zbiec z aresztu śledczego UB w Krośnie. Rozesłano za nim listy gończe.

W dokumentach rzeszowskiego UB Jankowski tak przedstawił tę ucieczkę: W październiku (...) 1945 r. zbiegłem z aresztu UB w Krośnie wraz z Krzyścikiem Czesławem. W ucieczce dopomógł nam strażnik UB (...) Stasiek. Po ucieczce udaliśmy się do domu tego strażnika, gdzie odpoczęliśmy i po pewnym czasie udaliśmy się na stację kolejową Rymanów. Na stacji tej Krzyścik Czesław spotkał swego znajomego Skibę Mariana, który zamieszkiwał we Wróbliku Szlacheckim, pow. Sanok,. Oświadczył on nam, by pozostać u niego, ponieważ mogą nas w drodze ująć. Zgodziliśmy się na jego propozycję. Krzyścik Czesław został u Skiby Mariana, a mnie zaprowadził do plebanii, gdzie zamieszkiwałem u księdza parafii Wróblik Szlachecki.

Następnie, poszukiwany przez UB, jak wielu innych znajdujący się w podobnej sytuacji żołnierzy NOW-AK, postanowił szukać schronienia na ziemiach zachodnich. Nawiązawszy na Dolnym Śląsku kontakt z oficerem AK z Iwonicza kpt. Eugeniuszem Werensem ps. "Pik" (dowódcą kilkuosobowej poakowskiej grupy zbrojnej), został wyznaczony jego zastępcą. Tę funkcje sprawował do momentu aresztowania w Koźlu w dniu 18 IX 1946 roku.

Po zatrzymaniu został przewieziony do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu, gdzie funkcjonariusze UB dysponowali już bogatym materiałem dowodowym w jego sprawie. Wcześniej aresztowano bowiem innych jego współpracowników działających na terenie Dolnego Śląska, w tym kpt. Werensa. W śledztwie usłyszał od funkcjonariusza UB: "Jankowski, już tutaj myślcie o tym, żeby pojednać się z Bogiem, bo wy dostaniecie karę śmierci - to jest niewątpliwe". Pomimo zagrożenia najwyższym wyrokiem i koszmaru przesłuchań, w których przekleństwa, plucie, bicie, głodzenie i umieszczanie w karcerach towarzyszyło jedynie bardziej wyrafinowanym formom tortur i szykan, u Zdzisława Jankowskiego zachowało się silne wewnętrzne pragnienie przeżycia. Wyraził je w słowach: Zawsze miałem tą nadzieję, że należy przedłużać to wszystko, może jakaś okazja się zdarzy, może coś się stanie. Może Bóg, Opatrzność pomoże, że człowiek uniknie tego wszystkiego.

13 XII 1946 r. Zdzisław Jankowski został doprowadzony przed oblicze "ludowej sprawiedliwości". Wraz z nim przed składem sędziowskim, któremu przewodniczył mjr Aleksnader Warecki ("który był bardzo ostrym sędzią. Był całkowicie oddany aparatowi komunistycznemu. Bez żadnych skrupułów"), stanęli również Eugeniusz Werens, Stanisław Owczarek, Antoni Gązwa oraz żona Werensa - Krystyna, jej matka i siotra - Katarzyna i Maria Matuszak. Karę śmierci otrzymali Werens i Jankowski.

Po zakończeniu rozprawy Zdzisław Jankowski jeszcze przez dwa tygodnie przebywał w areszcie śledczym WUBP. Potem przewieziono go do więzienia przy ul Kleczkowskiej, gdzie trafił do celi zbiorowej przeznaczonej dla złodziei i pospolitych bandytów. Po bójce ze złodziejami przeniesiony został do celi-izolatki nr 6 na więzienny oddział śmierci (pawilon II a). Swe miejsce nowego pobytu opisał w następujących słowach: Była to pojedynka, tzw. przez nas "szafa". Było tylko tyle miejsca, że mogłem zrobić dwa kroki w jedną i w drugą stronę. Jak się wchodziło do celi to po lewej stronie stało łóżko, w tym wąskim przejściu między łóżkiem i ścianą stał tam pospolicie zwany "kibel", po lewej stronie był mały stół i taboret i nad stołem wisiała szafka. Między stołem i łóżkiem miałem dwa kroki, gdzie mogłem chodzić, jak zwierzak w klatce.

Grozę miejsca potęgowało zachowanie niektórych funkcjonariuszy straży więziennej - zwanych popularnie "klawiszami", którzy wobec oczekujących kresu życia stosowali wyrafinowane psychiczne sposoby udręczenia. Szczególnie trwale zapadło w pamięci skazanych na śmierć, a potem ułaskawionych, zachowanie Jana Główki - przybyłego po wojnie z Francji polskiego komunisty, budzącego "wstręt i grozę", o którym Zdzisław Jankowski wspomina: To był straszny zwyrodnialec. Chodził po celach i wybierał momenty, gdy ktoś się modlił lub jadł. Wchodził do celi i klepał więźnia w tył głowy i mówił "dobra główka, ale h... z nią, módl się do mnie. Pan Bóg ci tu nie pomoże. Ja tu jestem Panem Bogiem. Ja ci mogę tu pomóc, że prędzej nogi wyciągniesz". Wiedzieliśmy, że to straszny sadysta ten pomocnik kata. Jak były egzekucje zbiorowe pod murem, to on później czyścił to miejsce z krwi i robił porządki.

Więź łącząca Zdzisława Jankowskiego z Eugeniuszem Werensem wzmocniona została okolicznościami oczekiwania na dalszy bieg wypadków - ułaskawienie, bądź wykonanie wyroku. Jankowski, w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu, towarzyszył swemu dowódcy w czasie więziennych spacerów. Po zakończeniu jednego z nich, był świadkiem spotkania swego dowódcy z przebywającą również w więzieniu jego żoną: To był styczeń - luty 1947. Ponieważ Werens nie mógł chodzić sam to oni wypuszczali mnie, żebym mu pomagał i ja z nim chodziłem na spacer. Rozmawialiśmy i potem znowu odprowadzałem do celi. Kiedy raz wracaliśmy ze spaceru od strony skrzydła "C" biegła do nas kobieta z zawiniątkiem na ręku i wołała "Jurek, Jurek!". Dobiegła do nas i mówi "Jurek masz córkę". Okazało się, że Werensowi urodziła się w więzieniu córka. Nie potrafię wyrazić słowami tej sytuacji, jak się wtedy wytworzyła. Kpt. Werens to był strasznie twardy człowiek, to był bardzo dzielny żołnierz, ale tu widziałem wyraźnie nie wytrzymał. Objął je ramieniem i łzy z oczu płynęły mu takie jak groch na dziecko i na twarz żony. Stałem wtedy z boku i nie wiedziałem, co mam robić. On też niewiele mówił, ona też niewiele mówiła. Tak to trwało kilkanaście sekund. Strażnicy brutalnie ich rozdzielili. Ją zabrali do szpitala, a my poszliśmy schodami do góry do cel.

Po ponad trzymiesięcznym przetrzymywaniu w celi śmierci Zdzisława Jankowskiego i Eugeniusza Werensa wezwano do administracji więziennej, gdzie odczytano podjęte w ich sprawie decyzje. Kapitanowi Werensowi utrzymano w mocy wyrok śmierci. Porucznikowi Jankowskiemu zamieniono karę śmierci na 15 lat więzienia. Wówczas dowódca i podkomendny widzieli się po raz ostatni.

15 IV 1947 r. wieczorem Eugeniusz Werens będąc wyprowadzany na egzekucję i przechodząc obok drzwi celi Zdzisława Jankowskiego wypowiedział do niego słowa: Już idę. Trzymaj się. Bądź zdrów. Jeśli przeżyjesz, zainteresuj się moją córką. Wyrok śmierci na kpt. Werensie wykonano przez rozstrzelanie na dziedzińcu więzienia przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu.

Sugestywną relację na temat wykonywania egzekucji w więzieniu we Wrocławiu w latach 1946-1947 pozostawił tamtejszy kapelan więzienny. Ksiądz Jan Skiba był wówczas wikariuszem parafii św. Bonifacego we Wrocławiu. Kierował również parafialnym oddziałem "Caritasu" i jednocześnie pełnił obowiązki kapelana więziennego przy ul. Kleczkowskiej. Z racji obowiązków duszpasterskich obserwował kilkadziesiąt egzekucji wykonanych na dziedzińcu wrocławskiego więzienia. W swoich wspomnieniach pisał: Na więziennym podwórku stała szubienica. Na ścianach pozostały ślady po kulach i krwi rozstrzelanych. Więźniów trzymano w nie ogrzewanych celach. Wielu miało na sobie tylko bieliznę. Nieliczni zdołali przeżyć takie warunki i tortury stosowane podczas śledztwa. Najwięcej było młodych ludzi. Po dwadzieścia, trzydzieści lat. Byli skazywani na śmierć tylko za to, że w czasie wojny należeli do organizacji walczących z Niemcami. Oczywiście byli także pospolici przestępcy, ale stanowili margines wszystkich uwięzionych. O egzekucjach powiadamiano mnie w przeddzień. Nigdy nie wiedziałem, do kogo jestem wzywany. Nie mówiono nawet czy chodzi o stracenie jednej czy kilku osób. Przychodził żołnierz i przynosił pisemne wezwanie. Miałem stawić się w więzieniu. Często wyznaczano czas egzekucji na wieczór, a nawet noc. Po przekroczeniu bramy żołnierz prowadził mnie do skazańca. Raz było to wiosną, wezwano mnie do czworga młodych ludzi. Mieli może po 18-20 lat. Kiedy mnie zobaczyli, chcieli powiedzieć wszystko. Kim są, skąd pochodzą, jak ich torturowano. To było dla nich wielkim przeżyciem. Wreszcie spotykali kogoś, z kim można porozmawiać. Potem przyszli strażnicy i wyprowadzili ich na dziedziniec. Ustawili pod ścianą. Chcieli wiązać ręce i zasłaniać oczy. Prosili by ich nie krępować. Umarli bohatersko. Nie bali się. Tylko w ostatniej chwili przed salwą, wyrwało się coś w rodzaju okrzyku żalu - "Mamo!". Do dziś widzę ich zmasakrowane ciała, leżące pod ścianą. To był przerażający widok. Lekarz sprawdzał, czy nie żyją. Na koniec musiałem podpisać protokół z egzekucji (...). Jednym z najstraszniejszych widoków było trzykrotne rozstrzeliwanie oficera (...). Kiedy padła pierwsza salwa okazało się, że wystrzelił tylko jeden karabin. Kula ominęła skazanego. Oficer polecił ponownie naładowanie broni. Jednak i tym razem wystrzeliły tylko dwa karabiny. Kule nie zadały śmiertelnych ran. Wtedy oficer nie wytrzymał. Podszedł do leżącego na ziemi, zbroczonego krwią mężczyzny. Wyciągnął pistolet i strzelił prosto w głowę.

2 lipca 1947 r. ułaskawiony Zdzisław Jankowski przewieziony został do więzienia we Wronkach. Stamtąd zaś w 1955 roku przetransportowano go do Sieradza. Tam po wieloletnich doświadczeniach pobytu w więzieniach PRL wraz z innymi współwięźniami podjęli próbę zbrojnej ucieczki. Wobec niepowodzeń w realizacji szczegółowo przygotowanego planu niedoszli uciekinierzy poddali się interweniującym oddziałom wojska i złożyli broń.

W konsekwencji tego czynu, Sąd Wojewódzki w Łodzi na sesji wyjazdowej w więzieniu sieradzkim skazał 17 lutego 1956 r. Zdzisława Jankowskiego i kilku jego towarzyszy na dożywocie - choć prokurator domagał się kary śmierci, innych zaś na kary od 8 do 15 lat więzienia. Nowy wyrok ponownie skazani więźniowie odbywać mieli we Wronkach. Tam zastosowano wobec nich maksymalny rygor, jaki można było zastosować wobec uwięzionych. Osadzono ich w ścisłej izolacji - w co drugiej celi. Gdy wyprowadzani byli do kąpieli lub na spacer czyniono to pojedynczo, a dowódca pawilonu ogłaszał pogotowie. Wszyscy porządkowi stawali przed drzwiami celi, by uniemożliwić jakikolwiek wzajemny kontakt.

W więzieniu we Wronkach Zdzisław Jankowski doczekał "odwilży". 25 września 1956 r. wyszedł "na wolność". Przez cały okres PRL-u, ze względu na swoją akowską przeszłość i wyrok śmierci orzeczony przez komunistycznych sędziów wojskowych z Wrocławia, pozostawał w zainteresowaniu operacyjnym funkcjonariuszy wrocławskiej SB. Żył jak człowiek z "piętnem bandyty".

Tomasz Balbus,
Stanisław Antoni Bogaczewicz



Pracownicy naukowi wrocławskiego Oddziału IPN zwracają się z prośbą do osób represjonowanych i ich rodzin, bądź osób posiadających informacje lub materiały związane z represjami komunistycznymi prowadzonymi wobec społeczeństwa polskiego i Kościoła katolickiego w latach 1944-1989 o przekazywanie lub wypożyczenie dokumentów, fotografii, podziemnej prasy, relacji i wspomnień związanych z tymi wydarzeniami.
Kontakt:
Tomasz Balbus, Stanisław Antoni Bogaczewicz
Oddział Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu
ul. Sołtysowicka 23
51-160 Wrocław