Luty 2002

Pastor Bonus
O 26. rocznicy objęcia rządów w Archidiecezji Wrocławskiej przez księdza kardynała dra Henryka Gulbinowicza pisze ks.Józef Swastek

Kim jesteś? - zapytał mnie
Stanisław Jan Rostworowski

Stosunki polsko-ukraińskie po II wojnie światowej
Z historykiem prof. dr hab. Henrykiem Strońskim, prezesem Stowarzyszenia Uczonych Polskich Ukrainy rozmawia Leszek Wątróbski

Nawrócenie
Jan Wadowski

Sekrety maryjnej kolumny
Marek Perzyński

Człowiek z piętnem wyroku śmierci
Tomasz Balbus, Stanisław Antoni Bogaczewicz

Ze stygmatami cierpienia
Andrzej Sujka

Katecheta
Ks. Marek Korgul

Co to jest powołanie i czy każdy ksiądz musi mieć powołanie, żeby zostać kapłanem?
ks. Jarosław Grabarek




Strona główna

Archiwum

Kim jesteś? - zapytał mnie
Stanisław Jan Rostworowski


Gdy spałem, przyszedł do mnie człowiek, wziął mnie za rękę i jakby nie chcąc mnie budzić, bardzo cichym głosem zapytał - Kim jesteś?

Ocknąłem się, ale może jeszcze we śnie nawet, odpowiedziałem mu - Jestem tym, kim jestem.

Tamten patrzył na mnie. Puścił już moją rękę i spoglądał na mnie z pewnej odległości - Jesteś tym, kim jesteś - powiedział - ale co to znaczy?

Zaskoczył mnie. Uniosłem się na łokciu, aby przyjrzeć mu się bardziej i zarazem się do niego przybliżyć. Gdy czułem już niemal bliskość jego twarzy, odpowiedziałem mu - Jak to, co to znaczy. To właśnie znaczy to, że jestem.

On teraz się ode mnie odsunął. Z perspektywy tej przestrzeni, jaka się pomiędzy nami wytworzyła, może mógłbym nawet lepiej widzieć rysy jego twarzy, gdyby naturalnie w pokoju było nieco jaśniej. On zaś, czyniąc ten ruch człowieka odsuwającego się ode mnie, powiedział - No tak, ale kto cię rozpozna?

"Rozpozna" - zastanowiłem się. - Myślisz - powiedziałem, że nie ma ludzi, którzy by mnie rozpoznali. Mam przecież żonę. I mam także dzieci...

On ciągle trzymał się ode mnie z daleka. Ale patrzył się, czułem to wyraźnie, że patrzy się na mnie, zaglądając mi głęboko w twarz. Zapanowała między nami chwila milczenia. Nagle ciszę przerwał jego głos i posłyszałem jak mówił - A gdyby ci zabrano żonę. I gdyby ci zabrano dzieci. To kto by cię rozpoznał?

Nie, takich pytań od niego nie oczekiwałem. Przyszedł nocą, rozbudził mnie i pyta się teraz o rzeczy, nad którymi ja się nigdy nie zastanawiałem. Gdybym nie miał żony i dzieci, czy to oznacza, że nie mając ich musiałbym chodzić od człowieka do człowieka i wypytywać się różnych obcych mi o to, czy oni mnie znają. Ale jak bym mógł to uczynić, skoro oni właśnie by mnie nie znali. Odpowiedziałem mu więc - Sam bym się poznał.

- Sam? - Teraz z kolei on się do mnie przybliżył.

- Czy mógłbyś się poznać, skoro dotychczas jeszcze się nie rozpoznałeś? A jeżeli nawet, to cóż by ci to dało, że znałbyś siebie?

Stał ciągle nade mną, ale właściwie go nie widziałem. Był, ale nie miałem pewności, czy naprawdę jest. Postawił mi pytanie - cóż by mi to dało, że znałbym siebie. Trudno nawet powiedzieć, czy byłoby to możliwe. Wiele razy usiłowałem siebie poznać, ale nigdy nie osiągnąłem tego całkowicie. Tyle razy okazywałem się inny od tego, kogo już poznałem jako siebie, że zdawało mi się nawet, że to daremny trud. Ale jeślibym go podjął od nowa i usiłował się rozpoznać, to czy byłoby to prawdą, kto by mi ją potwierdził. Milczałem, nie mogąc znaleźć odpowiedzi na jego pytanie.

Dopiero po jakimś czasie na wpół świadomym odruchem odpowiedziałem mu - Nie wiem.

On stał tak jak przedtem nade mną i powtórzył to, o co się spytał na początku - Kim jesteś?

Teraz, gdy wrócił do tego pierwszego pytania, wydało mi się, że on jest dla mnie kimś bliższym. Wydawało mi się, że przyszedł do mnie, aby poruszyć jakąś sprawę ważną dla mnie, coś, co mnie naprawdę dotyczy. Tylko, że teraz, w odróżnieniu od poprzedniego stanu moich myśli, nie umiałem mu udzielić odpowiedzi takiej, na jaką on czekał.

Powtórzyłem tylko jakby za nim

- Kim jestem? Jestem, ale jestem sam.

- To któż cię rozpozna, skoro jesteś sam?

Tak powiedział. Przyszedł do mnie przez zamknięte drzwi. Nie pukał. Nie rozmawiał z żadnym z moich domowników. Stanął od razu nade mną we śnie i odkrył, że jestem sam. A zatem przyszedł do kogoś, o kim wiedział, że jest sam. Może chciał mi pomóc, może chciał stanąć koło mnie, choć sam nie wiem, cóż on mógł mi mieć do zaofiarowania. Ale był. Był tym drugim, który stanął koło mnie we śnie. I może właśnie chciał być kimś drugim wobec mnie. Uniosłem się na łokciach tak, aby usiąść. Mimo że byłem w postawie na wpół leżącej, chciałem się jakoś bardziej ku niemu nakłonić. Nie wiem, ale ten człowiek, który tu do mnie przyszedł, zaczął we mnie budzić coś, co bym nazwał zainteresowaniem, czy może nadzieją. To nie była taka nadzieja, żeby coś mieć, to było raczej jakieś przeświadczenie, że nie mogę stracić tej okazji, aby z nim być, bo on jest przecież człowiekiem, który zadał sobie ten trud i do mnie przyszedł.

Powiedziałem mu - No dobrze, a gdybyś ty mnie rozpoznał...

- Ja ciebie znam - odpowiedział.

Tymi słowami jeszcze bardziej pogłębił we mnie przeświadczenie, że powinienem w jakiś sposób z nim być. On jest tym, którego ja nie znam, ale on mnie zna. Nie miał zatem racji, gdy mówił, że mogę pozostać sam. To on jest tym drugim, którego ja nie muszę szukać. Sam przychodzi do mnie. Nieprawdą jest więc, że nie ma nikogo, kogo mógłbym nazwać człowiekiem wiedzącym o mnie. Nawet wtedy, kiedy śpię, przychodzi on, który wie, że jest tym właśnie, który mnie zna. Pomyślałem sobie - ale kim on jest, skoro mnie zna.

Spytałem go - Ale kim ty jesteś? Powiedz mi, kim ty jesteś.

Milczał. Stał nade mną i milczał.

Czekałem. Nie odpowiadał. A jednak budził we mnie nadzieję na spotkanie z kimś, kto nie jest dla mnie nikim obcym.

Ponowiłem pytanie - Powiedz, kim ty jesteś?

Powiedział coś, co nie bardzo zrozumiałem. Powiedział bowiem tak - Jam jest drogą, prawdą i życiem. Kto we mnie uwierzy, żyć będzie wiecznie.

Opuściłem nogi z łóżka i starałem mu się przyjrzeć. Dostrzegłem, że jest człowiekiem wysokim. Ale jaka jest jego twarz, rysy, nie mogłem w tych ciemnościach dojrzeć.

- Czy ty jesteś także sam? - spytałem.

Wtedy nachylił się nade mną. W jego ruchu było coś serdecznego. Ten człowiek, mimo że go nie znałem ani dokładnie nie widziałem, nie budził we mnie niepokoju. Przeciwnie, odczuwałem z nim jakąś więź braterstwa. A może nawet więcej - wzbudzał moją ufność, a przede wszystkim nadzieję, że dokona się jakieś ważkie w mym życiu spotkanie z kimś drugim. I właśnie teraz, gdy się tak nade mną nachylał, wydało mi się, że on też mnie potrzebuje, że może on także jest sam.

Widocznie przeniknął moje myśli, bo powiedział - Sam to jest nic, bo kto ci powie, że jesteś sam?

Próżnia. Zacząłem go teraz lepiej rozumieć. Zjawił się tu po to, gdy spałem, aby mi powiedzieć, że jestem sam. Tak więc obojętne staje się to, czy jestem, czy mnie nie ma, bo jeżeli tego nikt nie stwierdzi, to cóż z tego, gdybym nawet był. I drugie, co teraz zrozumiałem. On też jest sam i dlatego musiał przyjść do mnie, żeby być ze mną.

Siedząc tak na przeciw niego, jak bezsilny nie mogący się zerwać z łóżka człowiek, nad którym on, stojąc, miał niewątpliwie przewagę, spytałem go jeszcze raz - Ale mnie chodzi o to, czy ty jesteś sam.

- Nie - powiedział - nie jestem, bo ja znam siebie.

W tych jego słowach była jakaś moc. Przyszedł do mnie, on, który, jak sądziłem, jest sam, ale nie był sam, bo znał siebie. Czyli, że on jest tym, którym ja mógłbym być, gdybym siebie rozpoznał.

Zapytałem go - Jak to uczyniłeś?

Ale on jakby pominął moje zapytanie, bo powiedział tylko - I znam ciebie.

Przez to właśnie, że tak powiedział, wydał mi się kimś znacznie silniejszym ode mnie. Znał mnie, ale znał także siebie. Przyszedł do mnie, nie otwierając drzwi i wchodząc do wnętrza, w którym ja byłem. W nim była moc. I powinienem był coś od niego uzyskać. Zapragnąłem tego, aby on mi dał coś takiego, czego właśnie ja nie mam. Dlatego też uniosłem się jeszcze bardziej na moim łóżku i zacząłem do niego mówić całym potokiem słów - Jeśli sądzisz, że ja jestem sam i mógłbym nie mieć ani żony, ani dzieci, a inni ludzie nie chcieliby mnie poznać i jeżeli twierdzisz, że pozostając sam trącę wszelki sens w moim istnieniu, bo nie jestem w stanie ani siebie poznać, ani sprawić, aby ktoś mnie rozpoznał, to powiedz mi, kim ty jesteś, skoro tyś sam siebie rozpoznał i mnie znasz, i skoro jesteś taki, to co możesz dla mnie uczynić.

- Ja - powiedział - mówiłem ci, jestem drogą, prawdą i życiem.

Wrócił do tego samego, co przedtem, więc spytałem go - To ty chcesz, żebym ja wszedł na drogę twojej prawdy i twojego życia?

- Możesz - odrzekł - ale ja od ciebie tego nie żądam.

Tak - pomyślałem sobie - przyszedł do mnie, kiedy spałem. Zbudził mnie. Myślałem, że przyszedł po to, aby być dla mnie kimś drugim. Ale teraz, kiedy się go pytam, on powiada, że niczego ode mnie nie żąda. Powiedział, że ma moc, bo zna siebie. Ale dla mnie nic nie chce uczynić, żebym go poznał.

Powiedziałem mu więc - Co mam wobec tego zrobić, żeby ciebie poznać, skoro ty nie możesz z niczym wyjść ku mnie, a więc sam z siebie nic nie możesz.

- Nie sądź - odparł - że ja nic nie mogę. Ale to, co ty zrobisz, może być tylko tym, co jest z ciebie.

- Nie wiem - powiedziałem - jak to rozumiesz. Ale powiedz mi, czy ty czekasz na mnie.

- Czekam.

- Dlatego przyszedłeś, że czekasz na mnie.

- Tak.

Zacząłem teraz wierzyć, że jednak on chciał dla mnie coś zrobić. Więc spytałem - Ale czym ty możesz być dla mnie?

- Mówiłem ci już.

Zacząłem przypominać sobie jego słowa. Mówił, że jest drogą, prawdą i życiem. To znaczy zapraszał mnie do swojej prawdy, do swojego życia. Mówił, że jest drogą. To znaczy, że ja mam wejść na jego drogę. Dziwne, nie zaprasza mnie, żebym przyszedł do niego do domu. Może on nawet nie ma swojego domu. Chodzi nocami i nawiedza ludzi. Albo może mieszka gdzieś daleko. Trzeba by do niego jechać. Wieźć mu prezenty, jeśliby się chciało parę dni u niego pobyć. Nie zaprasza mnie do swoich bliskich, czy kręgu tych znajomych, których ma. Nie mówi mi nic o tych ludziach, którzy weszli na drogę jego życia. Nie wiem więc, co to są za ludzie. Jak ja bym się czuł wśród nich. Czy byłoby mi z nimi dobrze, czy w ich kręgu rodziłyby się dla mnie ciekawe zdarzenia, myśli, czy też z ludźmi tymi byłoby mi ponuro, a może nudno. Ale też na pewno każde takie spotkanie z jego kręgiem, z tymi, których on już objął, wymagałoby ode mnie czegoś, co by było znowu dawaniem ze mnie. A czy ja mam tak dużo, by jeszcze dawać innym.

Stał ciągle, tak, jakby na coś czekał. Więc zwróciłem się do niego znowu z tym samym pytaniem - To znaczy mówisz, że mam przyjąć twoją prawdę i twoje życie. A co się wtedy stanie z moim życiem i moją prawdą?

- Ja ci jej nie zabieram.

- A jednak.

- Nie, ty wejdziesz tylko ze swoją prawdą i ze swoim życiem na drogę mojej prawdy i mojego życia. Wejdziesz, to znaczy ze wszystkim, co jest twoje, będziesz szedł ze mną.

- To znaczy, chcesz mi dać to, co ty masz, a czego ja nie mam?

Milczał. Nawet nie wiem, czy mnie usłyszał. A może tylko milczeniem chciał potwierdzić, że tak, że mam rację. Wtedy, kiedy mi powiedział, że zna sam siebie, zacząłem w niego wierzyć. Bo wydało mi się, że on sam w sobie ma coś takiego, co nie tylko mnie, ale każdemu innemu z żyjących może dać tylko drugi człowiek. On sam jest sobą i w sobie także drugim człowiekiem. I to jest właśnie to, czego ja nie mogę osiągnąć w sobie i przez siebie. To jest klucz do tego, że on jest wolny od tego, co właśnie jest moją samotnością. I dlatego tym bardziej on mógł mnie nie dostrzec. On nie miał potrzeby przychodzić do mnie. Bo to ja mam to, co jemu jest nieznane. Ja mam samotność, a on jest ciągle jakby z kimś. I dlatego myślę, że on chciał dla mnie coś zrobić, co jemu jest niepotrzebne, dla niego nie stanowi żadnej konieczności. A jednak przyszedł. Nie znam go bliżej i mogę się mylić, ale wydaje mi się, że on jest kimś dobrym. Gdyby go poznać bardziej i częściej z nim być razem, to można by go... jeszcze nie wiem, jak to nazwać. Bo to jest tak, że on może mieć w sobie coś, czego nie można mieć, bo to coś rodzi się tylko z kontaktu z innym. To jest to, o czym się często mówi, że jest i że nazywa się miłością. Pomyślałem sobie, że w gruncie rzeczy on jest podobny do takiej biednej matki, która nic nie ma, więc swemu dziecku może dać tylko siebie. Mleko z własnej piersi.

Spytałem go - Powiedz, czy mógłbyś mnie kochać?

Milczał. A nawet nie wiem, czy już nie odszedł. Pomyślałem sobie, czy nie powinienem pójść za nim, ale przecież byłem w łóżku, miałem zdjęte buty, wkoło była noc.

Potem jeszcze często wracałem pamięcią do tego. Przyszedł do mnie, gdy spałem i zapytał - Kim jestem?

Stanisław Jan Rostworowski