Luty 2001

W służbie najuboższym

Uczony i gorliwy pasterz

Samorządny umysł

Światło dla odrzuconych

Obecność Chrystusa w znaku jedności wierzących

Ks.Luigi Giussani

Na służbie u Królowej

Nowy biskup z Wrocławia

Nie-zwykła szkoła

550 lat kościoła na wrocławskim Ołtaszynie

W poszukiwaniu szczęścia

Śląskie Castel Gandolfo

Czy niechodzenie na religię jest grzechem?




Strona główna

Archiwum

Światło dla "odrzuconych"


"Odrzucony" - mam na myśli ciebie, któremu życie się poplątało. W dziwnych zdarzeniach losu twoje sakramentalne małżeństwo się rozpadło. Stało się, i masz świadomość, że tego, co się przed laty rozwiązało nie można "skleić". Przyczyn rozwiązania sakramentalnego małżeństwa jest bardzo wiele. Nie czas, by poszukiwać winnych. Zostawmy ten problem "na jutro". Zatrzymajmy się nad twój ą aktualną sytuacją moralną i miejscem w życiu Kościoła. Wielokrotnie uczestniczyłem i uczestniczę w twoim wewnętrznym bólu i osamotnieniu. Masz poczucie oddalenia od Kościoła, odrzucenia. Stojąc w kościele na Mszy Świętej nie śmiesz nawet podnieść oczu podczas podniesienia, ponieważ jest ci wstyd. Kiedy podczas rekolekcji większość wiernych posila się Ciałem Chrystusa, ty uciekasz na chór, by nikt nie zauważył, że nie możesz podejść do stołu eucharystycznego. Ja to widzę. Nie możesz być ojcem, czy matką chrzestną. Kiedy przychodzi na świat twoje własne dziecko, z ogromnym niepokojem udajesz się do kancelarii parafialnej. Tam skulony, z pochyloną głową, oczekujesz skarcenia i godzisz się na wszystkie warunki księdza, na każde poniżenie, byleby ksiądz ochrzcił twoje dziecko. Wiele bolesnych sytuacji, których doświadczyłeś ze strony księdza lub wiernych sprawiło, że jeszcze bardziej skuliłeś się w sobie. Doświadczasz, że jesteś kimś gorszym. Masz nieraz ochotę rezygnacji ze wszystkich praktyk religijnych, bo odczucie "poniżenia" jest ponad twoje siły. A jednak trwasz, mimo poczucia odrzucenia.

Rozumiem ciebie doskonale i jestem z ciebie dumny, że mimo bolesnych doświadczeń, trwasz przy Chrystusie. Przychodzisz do Niego z ogromnym ciężarem, jak Magdalena, celnik, trędowaty, ślepiec. Nie mówisz wiele, tylko kilka słów: Jeśli chcesz, ulecz mnie...". Jestem dumny z ciebie, ponieważ nie zrezygnowałeś z Chrystusa. Znam wiele przeciwnych postaw. Nie trwają przy Chrystusie w kościele. Powiadają, że mają swoją dumę. Szukają argumentów usprawiedliwiających ich zachowanie. Zamknęli się w sobie. Udają się nieraz do sekt, które dają im "zrozumienie" i "rozgrzeszenie". Ja nie rozgrzeszam i nie pochwalam małżonków, którzy odchodzą od siebie, ale rozumiem ich. Kościół też rozumie ciebie. Dlatego pochyla się nad tobą, któremu drogi miłości małżeńskiej się poplątały. Zastanawia się jak ci pomóc, byś nie czuł się "odrzucony". Co proponuje? Przylgnij do Chrystusa jako jedynej "deski ratunku". Nie odrywaj się, mimo niesprzyjających wiatrów. Trwaj. Trwaj, tak jak do tej pory trwałeś. Twoja modlitwa będzie wysłuchana. Kiedy? Nie wiem, lecz z całą odpowiedzialnością powtarzam: będzie wysłuchana.

Życie się jej poplątało. Zawarła sakramentalny związek z mężczyzną, który odszedł i to nie wiadomo dokąd? Po kilku latach samotnego życia z dziećmi spotkała mężczyznę i zakochała się. Postanowili być razem do końca swoich dni. Radości towarzyszył ogromny ból. Dramat sumienia. Nie mogą zawrzeć sakramentalnego ślubu. Trwało to wiele lat. Niejednokrotnie doświadczyła upokorzenia, że w wymiarze "religijnym jest gorsza. Usłyszała o ewentualnej możliwości unieważnienia pierwszego małżeństwa przez Kościół. Nadzieja pojawiła się w jej sercu. Rozpoczęła szalone poszukiwania pierwszego męża lub dokumentu jego zgonu, świadków. Pisała wszędzie do biur Czerwonego Krzyża, urzędów zameldowania w Polsce i dawnym ZSRR. Odpisywano, że taki człowiek nie istnieje. W sądzie biskupim powiedziano jej, że zgodnie z prawem kanonicznym, nie może jednak uzyskać unieważnienia. Nadzieja okazała się płonna. W jej sercu na nowo zagościł dobrze znany smutek i ból. Jej drugi mąż nie chodził do kościoła, mimo wiary w Boga i Kościół katolicki. "Jestem niegodny" - zwierzał mi się ze łzami w oczach podczas kolędy - i "nie mam miejsca w kościele". Ona, jak największa żebraczka, ze łzami w oczach wypraszała łaski dla siebie i męża. Mała przed ludŸmi i wydawało się jej, że również mała przed Bogiem, modlitwą i łzami wypraszała miłosierdzia.

Pewnego dnia przybyła do kancelarii parafialnej, by poinformować mnie, że jej mąż leży w szpitalu i jego dni są policzone. Zaproponowałem, by poprosiła kapelana o spowiedŸ.

Odpowiedziała: "mąż powiedział, że po wyjściu ze szpitala pójdzie do spowiedzi do swojego proboszcza". Nie czekałem na jego powrót ze szpitala, lecz pojechałem jak najszybciej, by pojednać go z Bogiem. Uradował się ogromnie. W tym dniu odbył się niecodzienny ślub. Ślub z Chrystusem, za którym tęsknili. On na łożu śmierci, ona w pokoju księdza jednali się z Bogiem. Nie było już łez odrzucenia, bo przez 37 lat wypłynęły wszystkie. Były to łzy radości i wdzięczności. Wydarzenie to dla mnie samego, jako księdza, było potwierdzeniem tego, co wcześniej "odrzuconym" proponowałem.

Trwaj wytrwale przy Bogu. On cię nie odrzucił.

Ks. Stanisław Ławrynowicz