Luty 2001

W służbie najuboższym

Uczony i gorliwy pasterz

Samorządny umysł

Światło dla odrzuconych

Obecność Chrystusa w znaku jedności wierzących

Ks.Luigi Giussani

Na służbie u Królowej

Nowy biskup z Wrocławia

Nie-zwykła szkoła

550 lat kościoła na wrocławskim Ołtaszynie

W poszukiwaniu szczęścia

Śląskie Castel Gandolfo

Czy niechodzenie na religię jest grzechem?




Strona główna

Archiwum

W służbie najuboższym

Z s. Małgorzatą Chmielewską rozmawia Dorota Sikora

Siostra Małgorzata Chmielewska jest polską przełożoną Wspólnoty Chleb Życia. Wspólnota powstała 1 stycznia 1976 roku w Evreux we Francji. Za swoje powołanie uznaje tworzenie Ludu Eucharystycznego, który gromadzi wszystkie powołania w jednym wspólnym miejscu w jedno ciało, w sercu Kościoła Powszechnego. Członkowie wspólnoty prowadzą ewangelizację ubogich przyjmując całkowicie zarówno ich ubóstwo materialne, jak i duchowe. Ubodzy są integralną częścią Wspólnoty - stanowią jej serce.

Problem ubóstwa jest problemem złożonym. Ubodzy zajmują w nauczaniu Kościoła bardzo ważne miejsce. Istnieje wiele organizacji charytatywnych, które wspierają najbiedniejszych. Jak układa się współpraca Wspólnoty Chleb Życia z innymi organizacjami niosącymi pomoc ubogim?

Jeśli chodzi o współpracę między instytucjami państwowymi i pozarządowymi oraz innymi organizacjami, które świadczą pomoc ludziom ubogim - to układa się ona dobrze. Pracownicy socjalni nie muszą do nas przychodzić, ponieważ zatrudniamy takie osoby. To, że mieszkamy z ludŸmi ubogimi nie oznacza, że odrzucamy wszelką fachową pomoc. Jeśli ktoś w mojej rodzinie potrzebuje pomocy medycznej nie wołam znachora, tylko wołam lekarza. Jeśli jest potrzebna pomoc, wołam fachowca w tej dziedzinie.

Kto kieruje ludzi do Wspólnoty?

Jeśli chodzi o ludzi ubogich oni doskonale wiedzą, do których drzwi zapukać. Większość przychodzi sama. Ale są także osoby kierowane przez ośrodki pomocy społecznej, policję, szpitale, straż miejską (zwłaszcza w zimie) oraz przez inne instytucje i organizacje pozarządowe.

Człowiek boi się radykalnego zaangażowania, do którego zachęca Chrystus "IdŸ, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim. Potem wróć i pójdŸ za Mną, a będziesz miał skarb w niebie". (Mt. 19, 21)

Wyrzuty sumienia są na miarę poczucia niedorastania do naszych chęci pójścia za Chrystusem do końca. Grzech zaniechania jest również grzechem. Spowiadamy się w spowiedzi powszechnej "...myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem...". Jeśli zaniedbuję jeden z ważniejszych elementów mojej przyjaŸni z Chrystusem, no to powinnam się z tego spowiadać. SpowiedŸ dobrze odbyta jest uwarunkowana chęcią poprawy. To nie oznacza, że mam za chwilę stanąć naga na ulicy. To oznacza, że mamy wyruszyć w drogę za Chrystusem, w zależności od mojego stanu, mojej sytuacji. Zwyczajnie - zatroszczyć się o Chrystusa w bliŸnich, inaczej Go nie spotkam. Jeśli tego nie zrobię - no to przepraszam - nikt nikogo nie zmusza, aby kochał Chrystusa, a już najmniej Chrystus. Więc nie mogę nikogo oceniać. Natomiast ten fragment Ewangelii wskazuje na to, że ten porządny młodzieniec, na którego Pan Jezus spojrzał zresztą z miłością, odszedł zasmucony i pewnie takim pozostał. Stracił coś bardzo wielkiego, co było na pewno wiele więcej warte niż jego "zakichany" majątek. I to tylko tyle. Jeśli kogoś nie kocham lub nie mogę kochać do końca, to ja na tym tracę.

Nie każdy człowiek odnajduje w sobie tyle siły, aby żyć z ubogimi. Jeszcze trudniej jest towarzyszyć tym, którzy cierpią z powodu chorób.

Nie każdy jest w stanie towarzyszyć osobom chorym. Niemniej jednak trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że ucieczka przed zetknięciem się z cierpieniem, dość powszechna we współczesnym świecie, prowadzi do tego, że eliminujemy z naszego życia, z naszej świadomości tych, których widok zaburza poczucie estetyki, nasze dobre samopoczucie, przeszkadza nam się bawić. Wyrzucamy na margines tych wszystkich, którzy sięgają po nasze pieniądze, nasz czas, nasze serca. Sięgają samą swoją obecnością.

Jaką postawę powinien przyjąć chrześcijanin wobec cierpienia?

Chrześcijanin nie uniknie spotkania z krzyżem. Chrystus pokazał nam, jak rzeczywiście wygląda ludzkie życie. Zawsze jest ono związane z krzyżem. Jeśli my, chrześcijanie, będziemy przed ludzkim cierpieniem uciekać, to nie dziwmy się, że przed tym problemem ucieka świat. Na razie ludzi chorych wysyła do domu starców, a niektórych na tamten świat poprzez eutanazję. Trzeba sobie uświadomić, że w jakimś tam sensie jesteśmy odpowiedzialni za przyzwolenie innym na uśmiercanie dzieci niepełnosprawnych w łonie matki, za przerażającą samotność ludzi żyjących w domach starców i za to, że ponad 20% społeczeństwa polskiego żyje w nędzy. Ubóstwo jest ściśle związane z izolacją, z tym, że ludzie boją się spojrzeć na człowieka ubogiego, czy cierpiącego. Świat współczesny gloryfikuje młodość, siłę, urodę, konsumpcyjny styl życia. Trzeba zadać sobie pytanie: jaki my, chrześcijanie, powinniśmy mieć do tego świata stosunek. Powinniśmy umieć wybierać i zawsze stawać po stronie ubogiego. Ojciec Święty nam to wyraŸnie przypomina. Kościół zawsze był Kościołem ubogich. Od zarania dziejów żył opcją na rzecz ubogich, bo taki był Chrystus. I jeśli my nie przeciwstawimy się - nie walcząc i niszcząc ten świat - jeśli nie damy świadectwa wartości ludzkiego życia, bez względu na jego wygląd, wiek, przydatność i samowystarczalność, to nie możemy oczekiwać, że zrobią to za nas inni.

W dzisiejszym życiu społecznym możemy zauważyć upowszechniający się lęk przed cierpieniem i śmiercią, objawia się on chociażby oddaleniem umierania i zamknięciem go w murach szpitala.

Śmierć jest jednym z aspektów naszego życia. Nie możemy powiedzieć, że taki jest świat. To my mamy wybierać. To my mamy wpływ na to, jaki jest ten świat - my, chrześcijanie. Nie poprzez kopanie tych, którzy mają inne poglądy, ale poprzez własne świadectwo i przez Kościół, który jest Kościołem ludzi ubogich nie dzięki głośnym akcjom, tylko poprzez fakt, że pokazuje, iż życie staruszki ma nieprawdopodobną wartość w oczach Chrystusa. Poświęcimy więc jej parę godzin z naszego młodego życia, nawet jeśli bliscy z naszej rodziny zapytają, co my z tego mamy....? Ano życie wieczne - i nic więcej.

I to jest wezwanie Chrystusa. Jeśli nie zrozumiemy, że ewangelia niesie wartości wręcz odwrotne do wartości tego świata, że w rzeczywistości jesteśmy nie z tego świata, choć mamy w nim żyć i go przemieniać, tak, jak czynił to Chrystus. Inaczej rozminiemy się z misją, do której On nas posłał.

Co zatem może czynić człowiek, który uważa się za chrześcijanina?

Dziwię się, że w Polsce nie ma w szpitalach wolontariuszy. Personel medyczny jest zbyt zajęty i zbyt zapracowany, aby mógł towarzyszyć ludziom w ich cierpieniu. W innych krajach są ludzie młodsi i starsi, którzy przychodzą do szpitali, aby towarzyszyć ludziom cierpiącym, niekoniecznie tym umierającym.

Czasami można odnieść wrażenie, że gloryfikujemy dawne czas. Należy jednak pamiętać, że problem ubóstwa istnieje od dawna. Towarzyszy on rodzajowi ludzkiemu od zarania dziejów. Chrystus dwa tysiące lat temu zwracał na to uwagę.

Jeszcze nie żyjemy w raju. Natomiast Królestwo Boże jest wśród nas. Przyniósł nam Chrystus swoje orędzie w Ewangelii i zadaje nam pytanie: czy Syn Człowieczy, kiedy przyjdzie ponownie, znajdzie wiarę na ziemi? To jest pytanie, które on nam zadaje. I oczywiście można próbować wymigać się od tego obowiązku, ale wtedy nie zdziwmy się, kiedy na końcu naszego życia możemy być co nieco rozczarowani. On wyraŸnie mówi: byłem głodny, daliście mi jeść, w tym fragmencie Ewangelii nie ma mowy o tym, czy to wy wierzący daliście mi jeść. Jeśli jestem wierzący, jeśli uważam się za osobę wierzącą, to tym bardziej powinienem odpowiedzieć na to wezwanie. Dostałem łaskę wiary, dar bezinteresowny, musze go oddać - w jakimś sensie podzielić. Jeśli dostaliśmy coś za darmo - za darmo to oddajmy. W miłości nie ma mowy o zapłacie. Nie ma innej drogi. Warto zajrzeć do encyklik, chociażby tego pontyfikatu. "Kościół na całym świecie pragnie być Kościołem ubogich. Pragnie on wydobyć całą prawdę zawartą w błogosławieństwach". Kościół to nie jest tylko hierarchia, to jesteśmy przede wszystkim my. Jeśli czujemy się częścią Kościoła musimy zadać sobie pytanie, czy jesteśmy Kościołem ubogich. Ubodzy zasługują na szczególna uwagę niezależnie od sytuacji moralnej, w jakiej się znajdują. "Zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, ale obraz ten został w nich zatarty, a nawet znieważony. Przeto Bóg staje w ich obronie. Wynika stąd, że pierwszymi odbiorcami misji są ubodzy, a ich ewangelizacja jest w pełnym słowa tego znaczeniu znakiem i potwierdzeniem misji Jezusa". Mam przed sobą zestaw cytatów z encyklik Jana Pawła II i mogę je dowolnie przytaczać. Tylko co z tego, że je przeczytamy, jeśli żaden katolik nie będzie się czuł ich adresatem. Kościół jest wezwany do dzielenia się wszelkiego rodzaju dobrami z ubogimi i uciśnionymi. Więc co? Kościół to tylko ksiądz biskup? Jeśli jesteśmy wezwani i nie odpowiemy na to wezwanie, to mamy po prostu grzech. A czy chcemy grzeszyć, to jest już nasza sprawa.

Czy obraz dzisiejszego Kościoła tak bardzo odbiega od Chrystusowej wizji Ludu Bożego?

Są ludzie i grupy, które robią ogromny wysiłek w Kościele. Nie można powiedzieć, że Kościół jest be i że siostra Chmielewska to odkryła. Przecież to byłby absurd. Tradycja pomocy bliŸniemu, walki środkami ewangelicznymi o przywrócenie godności człowiekowi ubogiemu jest tak stara jak Kościół. Więc to nie jest wcale mój wymysł. Ci, którzy to czynią są w nurcie Żywego Kościoła żyjącego 2000 lat. Do nas należy odczytanie tego wezwania na dzień dzisiejszy. Nic tu nie ma nowego, może skala nędzy i przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi jest nieporównanie większa.

Skąd zatem na ziemi tyle cierpienia?

Jest cierpienie, na które nie możemy nic pomóc i trzeba je zrozumieć w świetle krzyża. Jest jednak cierpienie, które jest wynikiem zaniedbań i grzechu innych ludzi, na które mamy środki zaradcze. Na ile je wykorzystujemy, to jest już inna sprawa. Cierpienie wielu milionów ludzi z powodu głodu oczywiście dałoby się od razu zlikwidować, gdyby był sprawiedliwszy podział dóbr na świecie. Na świecie jest na szczęście bardzo wielu ludzi, którzy poświecili swoje talenty, zdolności intelektualne, swój czas, swoje życie temu, aby zmniejszyć i ulżyć ludzkiemu cierpieniu. Nie zawsze są to ludzie inspirowani przez gorliwą miłość do Chrystusa. I w Polsce są ogromne rzesze takich ludzi - na szczęście.

Są dwa rodzaje cierpienia. Cierpienie, któremu można ulżyć, ale którego nie można zlikwidować i cierpienie, które od nas zależy czy będzie całkowicie zniwelowane. Cierpienia całkowicie z ludzkiego życia nie wykreślimy, bo jest ono wpisane w naszą egzystencję. Chrystus nadał mu sens. Nie odsunął go od człowieka. Sam przeszedł przez krzyż. Patrząc więc oczami chrześcijanina na cierpienie, trzeba zastanowić się, co możemy zrobić, aby ulżyć temu człowiekowi. I to jest wezwanie.