Styczeń 2010

Realizują jego wezwanie do „ratowania dusz”
Z s. Almą Białek rozmawia Bożena Rojek

Walka o Trzech Króli
Justyna Serafin

Podarować odrobinę miłości choremu dziecku
Agnieszka Jędrzejowska

I kleryk może zostać świętym Mikołajem
Przemysław Pastucha

Głos w sprawie Krzyża
Janusz Wolniak

40 osób i 1000 lat małżeństwa
Barbara Rak

Problem etyki w polskiej szkole
Łukasz Henel

16 października – świętem województwa dolnośląskiego
Ks. Antoni Kiełbasa SDS

Ofiary stanu wojennego
Stanisław Antoni Bogaczewicz

Książka – przeżytek czy przyszłość?
Jan Wikiera

Na czym polega miłość nieprzyjaciół?
Z o. Jackiem Kicińskim CMF rozmawia Bożena Rojek

Szczęść Boże, Ojcze Biskupie


Bliżej beatyfikacji ks. Aleksandra Zienkiewicza
PK

Strona główna

Archiwum

Realizują jego wezwanie do „ratowania dusz”
Z s. Almą Białek rozmawia Bożena Rojek


16 maja 2001 r. rozpoczął się we Wrocławiu proces beatyfikacyjny ks. Jana Schneidera. By taki proces mógł się rozpocząć, potrzebna jest tzw. opinia o świętości. Kiedy w przypadku Sługi Bożego, ks. Jan Schneidera, pojawiła się taka opinia?
– W przypadku założycieli czy też założycielek zgromadzeń zakonnych właściwie od samego początku istnieje przekonanie o ich świętości. Taka pewność wynika ze stylu ich życia oraz dzieł, których dokonywali. Podobnie można powiedzieć, jeśli chodzi o ks. Jana Schneidera – naszego założyciela: jego wrażliwość na głos Boga w duszy i konsekwentna, heroiczna postawa w działalności na rzecz obrony dziewcząt zagrożonych deprawacją, dają nam głębokie przeświadczenie o tym, iż był on człowiekiem wybranym przez Boga i prowadzonym drogą świętości. W jego biografii czytamy, że będąc jeszcze w stosunkowo młodym wieku, cieszył się miłością duchowieństwa jako nieskazitelny kapłan i człowiek prawego charakteru.
Kiedy wiele lat po jego śmierci, tzn. w 1969 r., siostry postanowiły przenieść jego doczesne szczątki z cmentarza św. Wawrzyńca do jednej z kaplic kościoła Najświętszej Marii Panny na Piasku, ks. abp Bolesław Kominek, podczas uroczystej celebracji, z przekonaniem mówił o niezwykłej sile ducha i świętości życia ks. Jana; powiedział m.in., że był on kapłanem naprawdę Bożym i najlepszym pasterzem, a przeniesienie jego szczątków jest przygotowaniem do uroczystej beatyfikacji i kanonizacji, na którą zasłużył. Z tego też powodu można się „w pewnych wypadkach modlić do Niego”, jako autentycznego przyjaciela Boga i ludzi, czyli do człowieka świętego.

Kiedy i z czyjej inicjatywy rozpoczął się proces beatyfikacyjny ks. Schneidera? Kto został mianowany postulatorem tego procesu?
– Wieloletnie ciche pragnienia wyniesienia naszego ojca założyciela na ołtarze zaczęły się spełniać, kiedy to z inicjatywy Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej w 2001 roku rozpoczął się oficjalnie proces beatyfikacyjny ks. Jana Schneidera. Msza św. w kościele Najświętszej Marii Panny na Piasku, pod przewodnictwem ks. kard. Henryka Gulbinowicza, zainaugurowała formalne otwarcie procesu na szczeblu diecezjalnym. Postulatorem mianowano siostrę Elżbietę Cińcio z prowincji Branice.

Na jakim etapie znajduje się obecnie proces beatyfikacyjny założyciela Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej?
– Po zakończeniu wszystkich czynności procesowych na poziomie diecezjalnym akta ks. Schneidera zostały już przekazane i przyjęte przez Kongregację do spraw Beatyfikacji i Kanonizacji w Rzymie.

Czy powstało już tzw. Positio ks. Jana Schneidera, czyli specjalny dokument, stanowiący zbiór wszystkich zebranych materiałów, świadczących o jego świętości?
– Aktualnie wciąż jeszcze jesteśmy na etapie pisania „Positio”, co zostało powierzone siostrze Sybilli Kołtan z prowincji wrocławskiej, a cała wspólnota sióstr modlitewnie wspiera ją w pracy nad tym ważnym dla procesu dokumentem. I choć pojawiają się różne trudności, to jednak mocno wierzymy w pomyślne zamknięcie tego etapu i szczęśliwe przebrnięcie przez inne wymagane procedury.

Czy może Siostra uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć parę słów na temat cudu, który jest przypisywany wstawiennictwu tego Sługi Bożego? Kiedy się wydarzył i kogo dotyczy?
– Oczywiście domyślam się, że są to najbardziej intrygujące pytania związane z beatyfikacją, ale wszyscy zgodnie zalecają ostrożność i powściągliwość w oficjalnym wypowiadaniu się na ten temat. Faktem jest, że zanotowano przypadek uzdrowienia, który jest dla nas cudem, ponieważ dokonał się po nowennie za przyczyną Sługi Bożego, ks. Jana. Toczy się oddzielny proces o uznanie tego cudu i są mocne argumenty przemawiajace za tym, iż z punktu widzenia medycyny nie było żadnych szans na normalny powrót do zdrowia tej osoby, więc należy to uznać jako interwencję o charakterze nadprzyrodzonym. Jednak dopóki procedura nie zostanie sfinalizowana i udokumentowana, nie można kierować się subiektywną oceną tego zdarzenia, by przez to nie zaszkodzić w pewnym sensie fama sanctitas osoby Sługi Bożego.

Kto był bezpośrednio zaangażowany w przygotowanie odpowiednich materiałów potrzebnych do rozpoczęcia procesu na etapie diecezjalnym?
– Przygotowanie procesu na tym podstawowym poziomie wymagało mnóstwa czynności związanych z gromadzeniem i weryfikacją materiałów dotyczących życia księdza Jana. Ówczesna przełożona prowincjalna z Wrocławia, s. M. Immaculata Kiepura, i zespół kilku sióstr nadały bieg sprawie, i czuwały osobiście nad sprawnym jej przebiegiem, ale tylko dzięki ogromnemu zaangażowaniu księży profesorów z komisji historycznej, trybunału i innych jeszcze współdziałających ze zgromadzeniem osób, akta procesowe mogły stosunkowo szybko znaleźć się w kongregacji rzymskiej. Bardzo pomocna na tym etapie była przychylność ze strony ks. kard. H. Gulbinowicza.

Ks. Jan Schneider jest patronem stowarzyszenia „Misja Dworcowa”, które pomaga „dzieciom ulicy”, dziewczętom i kobietom w trudnych sytuacjach życiowych. Jakie były początki tworzenia się tego stowarzyszenia? Jaką rolę odegrał w nim ks. Jan?
– Stowarzyszenie „Misja Dworcowa” powstało we Wrocławiu jako konkretna odpowiedź na reinterpretację i aplikację w realia współczesności pierwotnego charyzmatu zgromadzenia. Zadziwiająco podobne są okoliczności powstawania „Związku Maryjnego” w XIX-wiecznym Wrocławiu i tworzenia się „Misji Dworcowej” dzisiaj, również we Wrocławiu. Do podjęcia tej inicjatywy skłonił nas zastraszająco wysoki wskaźnik demoralizacji dziewcząt i kobiet oraz związane z tym konsekwencje: odrzucenie, przemoc, handel, bezdomność i utrata godności. Siostry rozpoczęły akcję pomocy od dyżurów na dworcach i ulicach, proponując zagubionym kobietom różne drogi wyjścia z ich trudnego położenia. Obecnie te doraźne działania rozwinęły się i poszerzyły o systematyczną pracę w ośrodku, w którym wiele dziewcząt znajduje schronienie oraz potrzebną pomoc terapeutyczną. Wezwanie Ojca Założyciela, by „ratować dusze”, siostry realizują w sposób dosłowny.

Ośrodki o podobnym profilu istnieją także w Katowicach i Bardzie Śląskim. Jak doszło do powstania Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej?
– Powstanie Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej było wielkim pragnieniem ojca Jana, ale niesprzyjające warunki utrudniały mu realizację tego dzieła wprost, więc dokonywało się to stopniowo, jako sekwencja wielu wydarzeń. Pan Bóg napisał nam taki mianowicie scenariusz, że zgromadzenie zakonne wyłaniało się z istniejącego i bardzo prężnie działającego „Związku Maryjnego”. Było po prostu tak, że do fundacji zgłaszały się dziewczęta i młode kobiety jako wolontariuszki, deklarując chęć współpracy na dłuższy czas. One to, w bezpośrednim kontakcie z osobą założyciela, pogłębiały swoje życie wewnętrzne i wyrażały pragnienie poświęcenia się Bogu. W chwili śmierci ks. Jana była to zaledwie „mała trzódka”, licząca tylko 9 sióstr, bez żadnego formalnego zatwierdzenia ze strony władz kościelnych. Jednak ta niewielka wspólnota sióstr cierpliwie i z ogromną determinacją kontynuowała rozpoczęte dzieło, co zaowocowało później nieoczekiwaną ekspansją na tereny Polski i Niemiec i np. do roku 1937 zgromadzenie liczyło aż 114 domów i 858 członkiń.

Z jakimi miejscami we Wrocławiu był bezpośrednio związany ks. Jan Schneider? Czy ostały się po nim jakieś pamiątki?
– Miejsca najbardziej charakterystyczne i bliskie nam we Wrocławiu to oczywiście nasz dom macierzysty, przy ul. Kardynała Bolesława Kominka, w którym obecność założyciela jest najbardziej odczuwalna. Tutaj też, oprócz archiwalnych zapisków, zachowały się pamiątki po nim: figura Niepokalanej, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej oraz hebanowy krzyżyk. Istnieją także przedmioty z czasów pierwszej fundacji, przypominające nam osobę ks. Jana oraz pierwszych sióstr tworzących struktury zgromadzenia.
Bardzo znaczącym punktem odniesienia jest dla nas kościół Najświętszej Marii Panny na Piasku, w którym ksiądz założyciel pracował jako wikariusz i dynamicznie angażował się w rozwiązywanie nabrzmiałych wówczas we Wrocławiu problemów społecznych. Kościół na Piasku jest jakby „nasz”, ponieważ permanentnie odwiedzamy znajdujący się tam grób ks. Jana, szukając w ciszy otaczającej go kapliczki odpowiedzi na liczne pytania.
Jest jeszcze dawna parafia św. Macieja, gdzie Sługa Boży był kuratusem, a od 1869 r. pełnił obowiązki proboszcza tej parafii, do której należały dwa kościoły: kościół gimnazjalny Św. Macieja i Kościół Uniwersytecki Najświętszego Imienia Jezus. I na ten czas przypada jego najbardziej intensywna działalność duszpasterska, społeczna i zakonodawcza. Przy jakiejś okazji dowiedziałam się, że przez długie lata w Kościele Uniwersyteckim był przechowywany kielich, który służył naszemu Ojcu do celebracji Mszy św. Jednak został on skradziony wraz z innymi cennymi przedmiotami. Gdyby jakimś cudownym zrządzeniem losu udało się go odnaleźć, byłaby to kolejna ze wzruszeniem przechowywana przez nas pamiątka.

Czy zachowały się jakieś zapiski bądź dokumenty, świadczące o jego posłudze w charakterze wikariusza w kościele Najświętszej Marii Panny na Piasku, a potem proboszcza parafii św. Macieja? Czy wiadomo, jak został zapamiętany przez tych, którzy mieli szczęście poznać go osobiście poprzez kontakty prywatne czy też z racji pełnionej przez niego posługi kapłańskiej?
– Posiadamy nieliczne osobiste zapiski ojca Jana oraz dość skąpe relacje historyczne traktujące o posłudze duszpasterskiej ks. Jana Schneidera w Kościele wrocławskim. Niemniej jednak nawet tak lakoniczne opisy archiwalne pozwalają stwierdzić, że ten skromny kapłan posiadał niezwykły hart ducha, niepohamowany zapał i gotowość do poniesienia każdej ofiary, aby tylko móc zaradzić biedzie. Z tych też powodów jednomyślnie wybrano go do zorganizowania, w imieniu Kościoła, skutecznej formy przeciwdziałania procederowi wykorzystywania i deprawacji dziewcząt w mieście. Jego aktywność na polu społecznym zajmowała mu sporo czasu, ale potrafił także bardzo dynamicznie prowadzić duszpasterstwo w obu parafiach i zadbać o piękny wygląd kościoła św. Macieja, który odrestaurował. Każdy, kto miał okazję spotkać się z nim osobiście, wyczuwał emanujący z jego wnętrza spokój, a jego postawa uzewnętrzniała szlachetność charakteru i godność. Należał raczej do samotników i unikał spotkań towarzyskich, oddając się całkowicie swej misji, ale wśród kolegów – duchownych, cieszył się ogromnym poważaniem. Nie bez przyczyny, jeszcze za życia, nazywano go „apostołem miłości” czy też „apostołem miłosierdzia”. Szanował swoich przełożonych i respektował ich decyzje, nawet w sytuacji okazywania mu braku przychylności. Abp Henryk Förster, ówczesny ordynariusz wrocławski, dowiedziawszy się o jego śmierci, powiedział, że stracił jednego z najlepszych kapłanów.

Jaka postać wyłania się z zebranych materiałów? Jakim był człowiekiem? Czym szczególnie odznaczał się w życiu kapłańskim i osobistym?
– Zainteresowanie sylwetką naszego założyciela rzeczywiście stało się bardziej intensywne w ostatnich latach, dzięki pracy wspaniałych historyków, takich jak np. ks. prof. Józef Swastek, który penetrując materiały archiwalne, wyciągnął spod ogromnej ich sterty tę piękną postać i w sposób bardzo plastyczny przedstawił nam fascynującą osobowość naszego duchowego Ojca.
Wyobrażam go sobie jako człowieka radykalnego i przejętego ideą „ratowania dusz”. Duchowość i dzieło, które pozostawił po sobie, są najlepszą wykładnią tej idei, a dla nas – jego duchowych córek – stanowią zawsze aktualne przesłanie, któremu powinnyśmy pozostać wierne. Ks. Jan Schneider był kapłanem-społecznikiem, co z pewnością nie pozostawiało mu zbyt wiele czasu „dla siebie”; nie dbał o własne zdrowie, był ciągle do dyspozycji, a to, co tworzył, było zawsze solidne i trwałe. Potrafił zachęcić do współpracy wiele osób, wykazując przy tym pragmatyczną inteligencję i zadziwiającą determinację. Nie wahał się np. pisać do gazet czy też bezpośrednio zwracać o pomoc do koronowanych głów ówczesnej Europy, zwłaszcza do kobiet, które szanował, okazując w relacjach z nimi wiele taktu. Rozmiłowany w pobożności maryjnej wiązał z Matką naszego Zbawiciela wszystkie istotne wydarzenia swego życia.

Co Siostrę szczególnie uderzyło w jego postawie? Kim dla Siostry osobiście jest osoba założyciela Zgromadzenia?
– Ks. Jan to człowiek, który misję powierzoną mu przez Kościół, realizował w sposób heroiczny. Jest dla mnie „Bożym wojownikiem” i świadkiem Bożej miłości. W jego postawie fascynuje mnie niesamowicie mocna wiara, jego wizja „ratowania dusz”, unikatowa wręcz skromność i determinacja w działaniu. Te aspekty jego osobowości utrwalają się w moim sercu, gdy spoglądam na jego fotografię i szukam rozwiązań w trudnych do rozeznania sytuacjach. On jest moim duchowym ojcem i przewodnikiem w realizowaniu charyzmatu, jaki pozostawił zgromadzeniu. Mam nieodparte wrażenie, że ksiądz Jan towarzyszy mi i zaprasza dzisiaj do odważnej postawy bycia „znakiem sprzeciwu” wobec społeczeństwa, które przyzwala na różne, często bardzo wyrafinowane, formy wykorzystywania kobiet; pozbawia je godności, a ubierając w piękne stroje, promuje to ich niby autentyczne piękno, nie mówiąc nic o cenie, jaką za to płacą one same i ich rodziny. Ojciec Jan nie jest bohaterem, który przewyższa ludzi swoją odwagą, on jest świętym, ponieważ nie przewyższa innych, lecz zniża się, biorąc ich w obronę.
Trzeba naprawdę mieć ufność człowieka świętego, by nie tylko zrobić coś ważnego na ziemi, ale poprzez wytrwałe świadectwo zmuszać innych do zastanawiania się nad sprawami największej w życiu wagi.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.