Styczeń 2006

Nowy biskup we Wrocławiu
ks. abp Marian Gołębiewski

Benedykt XVI do Kościoła w Polsce

Kościół – przestrzeń otwarta
ks. Piotr Nitecki

Zdrowy rozsądek
Bartłomiej Kazubski

Wrocławskie siostry św. Edyty Stein
Piotr Stefaniak

Adwokatura na Dolnym Śląsku
Maciej Korta

Pijany za kierownicą
ks. Tadeusz Reroń

Wrocławski Mikołajów
Artur Adamski

Już jest...
Kazimierz F. Papciak SSCC

Między słowami i Słowem
Wiesława Tomaszewska CR

Trzeba nam ożywić wiarę
Bożena Rojek




Strona główna

Archiwum

Wrocławski Mikołajów
Artur Adamski



Przybywających do Wrocławia podróżnych zaskakuje czasem sympatyczna nazwa stacji kolejowej, poprzedzającej Dworzec Główny. Jadąc pociągiem wiele razy widziałem, jak dzieci, ucieszone tablicą z napisem "Mikołajów" rozglądają się, czy z którejś strony nie pojawi się postać świętego z torbą prezentów. Skąd się wzięło imię tej części dolnośląskiej stolicy? Przynajmniej pośrednio od osoby św. Mikołaja musiały się wziąć nazwy ulicy, placu, wzgórza powstałego po 1945 r. z tysięcy ton wrocławskich gruzów i imię całej dzielnicy, zwanej Przedmieściem Mikołajskim. Okazuje się, że całe mnóstwo podobnych onomastycznych faktów wzięło początek od małego kościółka o długiej i tragicznej historii. Po świątyni tej prawie nie ma już dziś śladu. Choć nie do końca – księża salezjanie i wierni z parafii Chrystusa Króla zadbali o to, by tradycja miejsca, w którym modlono się przez dziewięć stuleci, była kontynuowana.

W XII w. Wrocław zamykał się w owalnym pierścieniu wałów – od kościoła św. Wojciecha do Wyspy Piasek i Ostrowa Tumskiego. W okolicach dzisiejszego kościoła św. Michała powstawało okazałe opactwo ołbińskie. Tam, gdzie dziś stoi klasztor bonifratrów, osadę założyli Walonowie, a w dzisiejszym miejscu uniwersytetu – Żydzi. W owym czasie nikt jeszcze nie myślał o budowie murów aż przy dzisiejszej fosie, będącej wtedy jakby kolejną z rzecznych odnóg, wypełniającą się wodą w czasie ulewnych deszczy i roztopów. Tuż za tym bagnistym korytem, łączącym się z Odrą, znajdowało się kilka niewielkich wiosek i osad służebnych. Wiadomo, że zajmowano się w nich m.in. hodowlą kóz i owiec. W 1175 r. wnuk Bolesława Krzywoustego, Bolesław Wysoki, ofiarował rozległy teren zakonowi cystersów z Lubiąża. Pamiątką po średniowiecznych miejscowościach są dzisiejsze nazwy ulic. Nabycińska – pochodzi od wioski Nabycin. Już w XII w. odnotowano istnienie w niej zajazdu wzniesionego z myślą o kupcach wędrujących drogą łączącą Łużyce z Rusią. Zapewne przestała ona działać w roku 1272, kiedy Henryk Probus nadał Wrocławiowi prawo mili. Być może, jednak kontynuacją tej "placówki gastronomiczno-noclegowej" była znana z późniejszych wieków Karczma Pod Złotym Mieczem, od której pochodziła pierwsza nazwa ulicy Nabycińskiej – nadana jej w r. 1841. Nazwa ulicy Sokolniczej nawiązuje do osady Sokolniki, którą zamieszkiwali książęcy hodowcy – treserzy sokołów myśliwskich. Szczepińska – pochodzi od wioski Szczepin, wzmiankowanej pod tą nazwą już w 1203 r. Najbliżej Odry znajdowała się wioska Rybaki, swoim imieniem mówiąca wszystko o źródle utrzymania mieszkańców. Średniowieczną przeszłość tego miejsca przypominają dziś nazwy dwóch ulic. Nazwy większości tych osiedli zawsze były trudne do wymówienia przez Niemców, co bez wątpienia wskazuje narodowość dawnych mieszkańców. Pomimo tego, choć w wersji zniekształconej, pozostawały w użyciu nieprzerwanie aż do naszych czasów. Mające na celu zatarcie słowiańskiego rodowodu zabiegi z lat trzydziestych nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, gdyż podejmowano je na przekór tradycji liczącej kilka stuleci.

Najważniejszym miejscem na tym, przylegającym do średniowiecznego Wrocławia od zachodu, obszarze był kościół św. Mikołaja. Po raz pierwszy wzmiankowano o nim w roku 1175 jako o kaplicy. Św. Mikołaj to patron rybaków, co nasuwa skojarzenie z mieszkańcami znajdującej się w tym samym miejscu, nadodrzańskiej wioski. Lecz św. Mikołaj to także patron kupców i podróżnych. Ten trop wiedzie nas ku wspomnianemu traktowi handlowemu z Milska do Wrocławia i Kijowa. W owym czasie droga ta prowadziła mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś jest ulica Zachodnia i zmierzała do głównego placu śląskiej stolicy. W XIV w. rozdwajała się tak, jak dzisiaj ulice św. Mikołaja i Ruska. Pierwsza z nich już w średniowieczu nazwę swą wzięła właśnie od patrona świątyni z przedmieścia. Druga co najmniej od 1345 r. nawiązuje do kupców przybywających z Rusi.

Najwcześniejszy kościół św. Mikołaja zapewne był zbudowany z drewna. Niestety – tak, jak i większa część Wrocławia, spłonął w czasie najazdu mongolskiego w roku 1241. Już rok później doszło jednak do udanej lokacji śląskiej stolicy. Zgodnie z planem – odbudowywany Wrocław stawał się, jak na owe czasy, wielką metropolią. W połowie XIII w. w starym miejscu zaczął też powstawać nowy kościół św. Mikołaja. Tym razem – bez wątpienia gotycki. W tamtych latach przebiegający tuż obok trakt zapełnił się też nie tylko wozami kupców, ale również coraz liczniejszych osadników, przybywających głównie z krajów niemieckich. Na przełomie XIII i XIV w. rozrastający się Wrocław sięgnął linii dzisiejszej fosy. Kościół św. Mikołaja znalazł się więc kilkaset metrów za miejskimi murami. Nie było to miejsce najszczęśliwsze. W przypadku oblężenia budynki znajdujące się przed fortyfikacjami narażone były na zniszczenie zarówno przez obrońców, jak i najeźdźców. Kościół nie zaznał jednak zniszczeń, gdy w roku 1348 pod miastem stanęły wojska Kazimierza Wielkiego, bez powodzenia dążącego do odzyskania Śląska. Tragiczny los spotkał jednak kościół św. Mikołaja w roku 1428, kiedy pod Wrocław nadciągnęli husyci. Zniszczenia były tak znaczne, że zdecydowano w tym samym miejscu wznieść w zasadzie całkiem inną świątynię. Powstała budowla z dwuprzęsłowym prezbiterium, nawą wyższą i szerszą od poprzedniej oraz wieżą przylegającą od strony zachodniej. Biskup J. Roth konsekrował ołtarz świątyni w roku 1486.

Bartłomiej Stein, opisujący Wrocław w roku 1512, odnotował, że Kościół św. Mikołaja ma cztery ołtarze; rezyduje tam proboszcz z kaznodzieją i z jednym kapelanem. Jest tam także jedna osoba w zamknięciu. Oczywiście – od samego początku swego istnienia do świątyni przylegał cmentarz, z czasem na murach pojawiły się kamienne epitafia. W 1697 r. kościół wzbogacił się o południową kruchtę i ozdobne bramki, zmieniono też kształt okien. We wnętrzu znalazł się cykl obrazów najwybitniejszego malarza śląskiego baroku – Michała Leopolda Willmanna, zwanego Rembrandtem Śląskim. Niestety – również te dzieła nie doczekały naszych czasów

W 1776 r. król Prus wydał zarządzenie nakazujące zaprzestania pochówków w obrębie murów miejskich. Od tej pory częściej grzebano zmarłych przy kościele św. Mikołaja, a w okolicy powstało kilka nowych cmentarzy. Jedne związane były z parafiami, np. św. Barbary i św. Elżbiety. Inne, jak położony za dzisiejszym placem Strzegomskim cmentarz choleryczny, przypominały tragiczne żniwo epidemii. Z kolei za obecną ulicą Dobrą założono nekropolię, na której grzebano wybitnych mieszkańców Wrocławia.

Niepokojąco dla mikołajskiego kościoła musiał wyglądać system wrocławskich fortyfikacji, wielokrotnie rozbudowywanych w XVIII w. Przed bastionami wyposażonymi w artylerię wytyczono rozległe przedpola. Znajdujące się na nich budynki zburzono lub przewidywano ich zniszczenie w razie pojawienia się wroga. W 1741 r. Prusacy podstępem wydarli Wrocław Austriakom. Szczęśliwie obyło się bez większych zniszczeń. Przedmieścia bardzo ucierpiały natomiast w roku 1757, kiedy miasto dwukrotnie przechodziło z rąk do rąk. Według Zygmunta Antkowiaka – na mapach, używanych wtedy przez wojska Fryderyka II, przylegający do kościoła Szczepin był zaznaczony jako "podmiejskie skupisko polskie". Do największych zniszczeń doszło jednak wówczas na wschód i na południe od murów miejskich. Nie inaczej było w roku 1760, kiedy zwycięskie starcie Prusaków z atakującymi Austriakami znalazło swój finał na Wygonie Świdnickim.

Nie oszczędziła natomiast kościoła św. Mikołaja epoka napoleońska. Wojska francuskie, które w grudniu 1806 r. zbliżyły się do Wrocławia, powitane zostały wielkimi wznieconymi przez obrońców pożarami przedmieść. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia spłonął także kościół św. Mikołaja. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że tak wielka ofiara przełożyła się na długotrwałą, skuteczną obronę. Wrocław poddał się wojskom Hieronima Bonaparte już 7 stycznia 1807 r. Jednym z warunków kapitulacji było zburzenie murów obronnych. Miasto straciło wspaniałe budowle militarne, ale mogło teraz wykroczyć poza ciasny pierścień fortyfikacji. Zaczęło się rozbudowywać, m.in. na terenach Przedmieścia Mikołajskiego, włączonego do miasta w 1808 r. Miejsce kościoła św. Mikołaja stało się znacznie bardziej bezpieczne, lecz miał on dużo mniej szczęścia, niż jego otoczenie. Pomimo prób odbudowy – pozostawał ruiną przez kilka dziesięcioleci. Jedynie zakrystię udało się zaadaptować jako kaplicę pogrzebową, służącą ciągle istniejącemu obok miejscu pochówków. Funkcje parafialne dla wiernych z tej części miasta pełnił w tym czasie dość odległy kościół Bożego Ciała. Dopiero w 1872 r. ruszyła budowa czwartej już świątyni pod tym samym wezwaniem i w tym samym miejscu. W ciągu jedenastu lat wzniesiono według projektu O. Knolla neogotycki kościół halowy z dużym transeptem i wieżą. Poświęcenia dokonał w 1883 r. biskup Robert Herzog. W tym samym czasie całe Przedmieście Mikołajskie zmieniło się nie do poznania. Już w 1825 r. ul. Legnicka miała bruk i zwartą zabudowę. Przy dzisiejszej ul. Nabycińskiej stanął gmach Teatru "Talia". Powstawały nowe ulice i setki kamienic, często kryjących w swych podwórkach małe zakłady przemysłowe. Wprawdzie mieszkańcy byli w znacznej części ewangelikami, jednak kościół św. Mikołaja szybko okazał się zbyt mały dla coraz liczniejszych katolików, zamieszkujących tę część miasta. W 1905 r. powstała więc kaplica św. Jerzego na Popowicach, w 1926 r. konsekrowano duży kościół św. Jadwigi przy ul. Kłodnickiej, w 1933 – kościół Chrystusa Króla przy ul. Głogowskiej, a w 1935 przy ul. Bolkowskiej – kościół św. Rocha.

Od lat trzydziestych nad Europą gęstniały jednak ponure chmury. Nie bez udziału samych dawnych wrocławian, którzy w 1933 r. udzielili Hitlerowi największego poparcia spośród wszystkich wielkich miast Trzeciej Rzeszy. We wrześniu 1939 r. nad Przedmieściem Mikołajskim wielokrotnie przelatywały startujące z gądowskiego lotniska samoloty z bombami przeznaczonymi dla Polski. Po jej klęsce również w okolice kościoła św. Mikołaja trafili polscy robotnicy przymusowi. Przy ul. Sokolniczej działał ośrodek polskiego ruchu oporu "Olimp". W 1944 r. w halach fabrycznych przy ul. Rybackiej więziono transport mieszkańców Warszawy, przywiezionych po upadku powstania. Przebywającym w tej części miasta Polakom pozwalano raz w miesiącu uczestniczyć w Mszach św., odprawianych w pobliskim kościele św. Antoniego.

Tak jak i cała dolnośląska stolica, do 1945 r. Mikołajów unikał większych zniszczeń. Zagłada nadciągnęła w czasie ostatniej wojennej zimy. Pierwsze bomby uszkodziły kościół 16 marca. Prawdziwe piekło rozpętało się jednak w poniedziałek wielkanocny 2 kwietnia. Tego dnia sowieckie lotnictwo zasypało miasto gradem bomb zapalających. Kościół przeobraził się w wypaloną ruinę. Apokalipsa trwała jednak. Od zachodu nacierało jedno z dwóch głównych radzieckich zgrupowań. Nie mniej niszczycielskie były działania obrońców. Gen. Niehoff rozkazał wysadzić m.in. zabudowę ul. Rybackiej. Z gęsto zabudowanej, wielkomiejskiej dzielnicy ocalały tylko pojedyncze domy.

Przez wiele powojennych lat Przedmieście Mikołajskie było gigantycznym rumowiskiem. Wraz z dokonywanym na ogromną skalę odzyskiem cegły dla odbudowywanej Warszawy przeobrażało się w wielki, w większości pusty plac – archipelag złożony z nielicznych kamienic i gmachów trzech szkół, które cudem uniknęły zburzenia. Na zawsze zniknęły z powierzchni ziemi cztery świątynie katolickie i wielki zbór ewangelicki św. Pawła, który w latach 1907-45 stał w miejscu dzisiejszego "Dolmedu".

Okoliczności unicestwienia resztek kościoła św. Mikołaja nie są jasne. Zgodnie z obowiązującym wówczas prawem – ruina należała się katolikom. Była jednak w stanie opłakanym i znajdowała się niemal na pustkowiu. Dźwiganie z gruzów świątyń w innych częściach miasta i tak było w powojennych warunkach okupione wysiłkiem nadludzkim. Trudno się więc dziwić, że kościołowi, z którego pozostały tylko ściany z przyporami, nie poświęcono większej uwagi. W latach pięćdziesiątych, pod pretekstem zagrożenia zawaleniem, saperzy wysadzili to, co pozostało po radzieckich bombardowaniach. Być może, rację mają ci, którzy "dobicie" mikołajskiej świątyni kojarzą z planami komunistycznych władz, rojących o kształtowaniu "nowego modelu człowieka". Kiedy wysadzano w powietrze ściany kościoła św. Mikołaja, wiadomo było przecież, że wkrótce wokół powstać ma nowa dzielnica dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi. A w niej – ani jednej świątyni. Tym sposobem zachodnia część Wrocławia byłaby czymś w rodzaju "małej Nowej Huty". Salezjanie z kościoła św. Antoniego na Starym Mieście opieką duszpasterską musieli obejmować obszar od ul. Kazimierza Wielkiego aż do Dworca Mikołajów. W czasie mszy mała świątynia pękała w szwach. Próby odzyskania przez katolików miejsca po zniszczonym "Mikołaju" utrudniła dokonana na początku lat siedemdziesiątych przebudowa skrzyżowania ulic Zachodniej i Rybackiej. W jej efekcie plac św. Mikołaja został okrojony i nie był już w stanie zmieścić budowli odpowiedniej wielkości. O wzniesienie kościoła na Przedmieściu Mikołajskim wytrwale zabiegał jednak ksiądz Ferdynand Baranowski, wspomagany przez Kurię, Towarzystwo św. Franciszka Salezego i licznych wiernych. Po wielu latach starań zamiast placu św. Mikołaja uzyskano leżącą paręset metrów na zachód działkę w kwadracie ulic Zachodniej, Młodych Techników, Stefana Czarnieckiego i Inowrocławskiej. Taka lokalizacja traciła walor "historyczności", ale jak już wiemy – długie dzieje świątyń w poprzednim miejscu były mocno nacechowane tragizmem. Nowe usytuowanie kościoła, mającego służyć mieszkańcom tej części miasta, przedstawiało się bardzo korzystnie. W pracowni architekta J. Molickiego powstał znakomity projekt świątyni – łączącej w sobie funkcje domu bożego i katolickiego ośrodka kultury. Roboty budowlane ruszyły na przełomie 1979 i 1980 roku. Do pracy zgłaszali się liczni parafianie. W czasach socjalistycznej gospodarki budowa ta słynęła z perfekcyjnej organizacji i tego, że nie marnowano na niej ani jednej cegły czy kielni cementu. Kościół Chrystusa Króla zaczął pełnić rolę świątyni parafialnej w 1987 r. Jego dolna kaplica nawiązuje do dawnej, pobliskiej świątyni. Jej patronem jest bowiem św. Mikołaj. A na pobliskim placu jego imienia historię liczącą dziewięć stuleci przypomina drewniany krzyż. Warto pamiętać, że tamtejszy skwer to coś więcej, niż zwykły trawnik. Kryje on resztki wielekroć burzonych i odbudowywanych murów oraz szczątki wielu pokoleń naszych poprzedników.