Uchodźca w dom, Bóg w dom

Na wrocławskich Złotnikach wierni wraz z kapłanami pokazali, jak wypełnić w praktyce
słowa samego Jezusa: „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście
Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie”.

MACIEJ RAJFUR

Wrocław

Złotnickie Centrum Spotkań stało się nowym,
bezpiecznym domem dla uciekinierów wojennych

ZDJĘCIA ARCHIWUM PARAFII WROCŁAW-ZŁOTNIKI

Wojna na Ukrainie do Polski i do Polaków przede wszystkim przyszła w osobach uchodźców. Był i jest to dla nas najbardziej praktyczny i odczuwalny wymiar agresji Rosji na Ukrainę. W ciągu kilkudziesięciu godzin od najazdu Putina na naszych wschodnich sąsiadów stanęliśmy i stoimy wciąż przed ogromnym wyzwaniem: przyjęcia uciekinierów wojennych. Co ważne – w zdecydowanej większości matek z dziećmi. Aby pokazać skalę problemu, warto przypomnieć kryzys migracyjny, z którym mierzyła się Europa Zachodnia kilka lat temu. Wówczas w ciągu kilku miesięcy do Niemiec przybyło około miliona ludzi. My przyjęliśmy z Ukrainy ponad 1,5 miliona w… 10 dni. Na taką liczbę nikt nie był odpowiednio przygotowany.
Na początku liczyła się więc szybka reakcja, odruch serca, otwartość i konkretne działanie. To wszystko w tempie wręcz błyskawicznym zaprezentowała parafia pw. NMP Różańcowej na wrocławskich Złotnikach.
Wykorzystać swój potencjał
W tej wspólnocie parafialnej nie trzeba było nikogo przekonywać do pomocy ukraińskim rodzinom. Od lat wierni, na czele z ks. proboszczem Andrzejem Pańczakiem, jeździli na Ukrainę, ponieważ wielu z nich pochodzi z Kresów Wschodnich. Do parafii przybywali też kapłani pracujący na Ukrainie, którzy głosili rekolekcje. Więc te związki z naszym wschodnim sąsiadem były dość silne. Kiedy wybuchła wojna, do proboszcza zgłosiła się parafianka Jolanta Czajkowska-Patyna, która zaproponowała zorganizowanie pomocy dla uchodźców. Chciała wykorzystać do tego Złotnickie Centrum Spotkań, dom aktywności lokalnej, który prowadzi parafia, a który na co dzień służy jako kawiarnia, miejsce warsztatów i różnych zajęć. Otwarty w 2019 r. dobrze spełniał swoją rolę. Ks. Andrzej nie wahał się, by go przeznaczyć w tak ważnym momencie na miejsce noclegów dla uciekinierów wojennych.

Pierwsza grupa ukraińskich matek z dziećmi trafiła na Złotniki przez Zofię Mihułkę – Polkę, która pochodzi z Ukrainy, z diecezji kamieniecko-podolskiej. Kobieta świetnie mówi zarówno po polsku, jak i ukraińsku. Kiedy rozpoczęła się agresja Rosji, nawiązała kontakt z ks. Mikołajem Myszowskim, znajomym ze studiów, który obecnie pracuje na Ukrainie i prowadzi największy religijny portal w tym kraju – Credo.pro. – Ks. Mikołaj poinformował mnie, że jego pracownica wraz z innymi kobietami i dziećmi ucieka na Zachód przed działaniami wojennymi. To był dla nas jasny sygnał, że możemy im pomóc. Nasz proboszcz od razu rzucił pomysł, by pojechać po te sześć rodzin na granicę, gdy przedostaną się do Polski – opowiada Zofia Mikułka.

Po wyczerpującej podróży wreszcie
na wrocławskich Złotnikach

– Zaczęliśmy się organizować. Zbierać chętnych kierowców, foteliki do przewozu dzieci, a także dostosowywać Złotnickie Centrum Spotkań. Ogłosiliśmy zbiórkę i wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko – wspomina Jolanta Czajkowska-Patyna.
Kluczowa była współpraca
Grupa liczyła sześć kobiet z Koziatyna i Kijowa. Pięć z nich ma po troje dzieci, a jedna dwoje. Łącznie 23 osoby. Najmłodsze maleństwo skończyło 5 miesięcy, najstarszy chłopak – 16 lat. Co więcej, jedna z matek przyjechała w zaawansowanej ciąży bliźniaczej. Wszystkim udało się szczęśliwie dotrzeć do parafii na Złotnikach, gdzie zostali przyjęci jak w domu. Ich podróż była bardzo wyczerpująca. Andriy Stratiychuk, 16-latek, który przybył z mamą i młodszym bratem, pokazywał mi nagrania z pociągu ze Lwowa do Przemyśla. W wagonach panował niewyobrażalny ścisk i duchota. Małe dzieci płakały, a podróż zamiast trwać 2–3 godziny, przedłużyła się do 9. – To straszne wspomnienie.
Byliśmy wyczerpani. Kiedy wysiedliśmy z pociągu i Polacy zabrali nas do swoich samochodów, poczuliśmy wielką ulgę. Te kilka godzin jazdy do Wrocławia przez Polskę było niczym w porównaniu z tym, co przeżyliśmy, jadąc koleją – mówi Andrzej.
W czasie, kiedy jedna wrocławska grupa oczekiwała, odbierała, a potem przewoziła uchodźców, druga przygotowywała wszystko, by zapewnić im jak najbardziej komfortowe i domowe warunki w przyparafialnym ośrodku.
– Ogłosiliśmy zbiórkę kołder, poduszek, materacy, lampek nocnych, ręczników, żywności i artykułów do higieny. Zaczęliśmy od podstawowych rzeczy, żeby się te rodziny nie martwiły o nic na samym początku. Buty, kurtki z dokładnymi rozmiarami, nowa bielizna, skarpety. Odzew był ogromny. Wszystko mieliśmy przed przyjazdem gości zabezpieczone, a zgrana ekipa czuwała pod telefonem – opowiada J. Czajkowska-Patyna.
To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie współpraca w ramach parafii na linii kapłani–świeccy. Dobra komunikacja, chęci przekuwane w czyny sprawiły, że Złotniki stały się pod względem takiej pomocy jedną z pierwszych parafii w województwie. Gdy oni już na poziomie swojego osiedla przeprowadzali kompleksową pomoc, systemowe struktury miejskie, wojewódzkie czy państwowe dopiero zaczęły się tworzyć. Pracownicy Złotnickiego Centrum Spotkań na bieżąco uzyskiwali informację o organizacji wsparcia dla uciekinierów z poziomu wrocławskiego magistratu, jednocześnie samemu będąc już w bardzo zaawansowanej formie takich działań.
Wędkę, a nie rybę
Dlaczego parafię pw. NMP Różańcowej można traktować jako sztandarowy przykład, a wręcz wzór? Po pierwsze, wierni poczuli się współodpowiedzialni i przejęli inicjatywę. Nie tylko księża tworzą parafię, a lud Boży jest w kościele gościem. Pomoc wrocławian na Złotnikach pokazała, jak powinna funkcjonować parafia.

To symbioza
działań duchownych i świeckich. Oczywiście pod pewnym kierownictwem (z jednej lub drugiej strony – to kwestia indywidualna), ale z silną inicjatywą świeckich i pewną swobodą daną od proboszcza. Dzięki takiemu podejściu pomoc uchodźcom nie zakończyła się na pierwszej grupie. Do połowy marca przez Złotnickie Centrum Spotkań przeszło ponad 50 osób.
Po drugie, dojrzałe podejście wiernych pokazało, jaka powinna być i jak ważna okazuje się rola polskich parafii wobec kryzysu uchodźczego na Ukrainie. To właśnie parafia staje się doskonałym miejscem pierwszego przyjęcia ludzi, których spotkała tragedia wojny. Lokalizacją, która daje początkowe schronienie i pozwala się zakotwiczyć w Polsce, ustabilizować, uspokoić sytuację życiową. Na Złotnikach nikt nie myślał kategoriami bezterminowego przyjęcia i utrzymywania uchodźców. Tam wierni dają wędkę, a nie rybę i tego też, jak się szybko okazało, oczekują ukraińskie kobiety. Chcą się usamodzielnić, nie być ciężarem. Nie siedzieć całymi dniami w pokoju w oczekiwaniu na nie wiadomo co. I doskonale rozumieją to mieszkańcy Złotnik. Dlatego na każdego uchodźcę spojrzeli w sposób holistyczny.
Nie wegetacja, ale nowy etap
– Już pierwszego dnia kobiety powiedziały nam, że przede wszystkim chcą podjąć pracę, żeby się usamodzielnić.
Na tym się więc skupiliśmy. Możemy ich przecież zasypać kaszą i ryżem, ale nie o to chodzi. Spisaliśmy sobie, jaki mają fach w ręku, i rozglądamy się za pracą w zawodzie dla nich, a dla dzieci za opieką, szkołą i rozwojem pasji – tłumaczy Jolanta. Wraz z innymi parafianami przeprowadza dokładny wywiad, poznaje przybyszów ze Wschodu i chce im pomóc zorganizować życie w sposób jak najbardziej komfortowy. Praca? Tak, ale najpierw poszukajmy w zawodzie, w branży, w której pracowali na Ukrainie. Opieka medyczna – jak najlepsza, polecana. Szkoła – blisko, wygodnie. Mieszkania – niedaleko od siebie i Złotnickiego Centrum Spotkań, do którego zawsze mogą się zwrócić.
Wrocławianie poznali też zainteresowania i pasje dzieci. Wśród nich jest dziewczynka, która uprawia gimnastykę na wysokim poziomie. Tuż przed wojną szykowano dla niej specjalne stypendium. W Polsce od razu podjęto próbę kontynuacji jej treningów. Gimnastyczka zaczęła ćwiczyć we Wrocławiu, będąc w kontakcie ze swoim ukraińskim trenerem. To doskonały przykład, jakie podejście powinni mieć Polacy do przyjmowania uchodźców. Oczywiście nie wszystko i nie wszędzie da się załatwić. Ale warto spróbować. – Nie chcemy, żeby nasi przyjaciele z Ukrainy tutaj po prostu wegetowali. Oni rozpoczynają nowy etap swojego życia. Trudny, ale niepozbawiający ich rozwoju. Tu szczególnie chodzi o dzieci. Nocleg i wyżywienie na starcie okazują się kluczowe, ale musimy im pomóc łagodnie się wdrożyć w polski świat. Dać im możliwości, które potem sami będą wykorzystywać – tłumaczy J. Czajkowska Patyna.

Pracownicy Złotnickiego Centrum Spotkań przygotowywali wszystko,
by zapewnić uchodźcom jak najbardziej komfortowe i domowe warunki

Na początek dzieci muszą się zaaklimatyzować, odpocząć, trzeba im stworzyć
namiastkę normalnego życia, potem, w zależności od wieku, pójdą do przedszkoli, szkół