BÓG W ZWIERCIADLE POEZJI

Galimatias

KS. ADAM R. PROKOP

Wyśpiewany w niezapomniany sposób przez polskich bardów utwór Wojna postu z karnawałem autorstwa Jacka Kaczmarskiego (1957–2004) można odczytać jako kwintesencję ludzkiej kondycji oscylującej między wewnętrznym pragnieniem ascezy a cielesnym dążeniem ku przyjemności. Rok liturgiczny, osnuty na kanwie historii zbawienia, w naturalny sposób łączy te dwie potrzeby. Nie powinno to nikogo dziwić, przecież centrum Boskiego planu stanowi człowiek, jedyna w swoim rodzaju kompozycja sfery materialnej i duchowej, gdyż taki był zamysł Stwórcy. Czas kontemplatywnego oczekiwania zwieńczony jest świętowaniem narodzin, w polskiej tradycji słusznie trwającym aż do Gromnicznej.
Okres intensywnego oczyszczenia natomiast poprzedza wydarzenia paschalne. Ludowa inwencja katolicka pozwoliła ponadto na wykształcenie się tradycji karnawałowych. Wszystko to jednak ma w założeniu jeden, by nie napisać jedyny możliwy, punkt odniesienia, który powinien stanowić Bóg.
Ale to tylko teoria.
O ile w świętowaniu nabożni moralizatorzy od zawsze upatrywali grzeszny potencjał, o tyle post z reguły pozostawał poza podejrzeniami. Współczesna kultura skutecznie jednak udowodniła, iż postępująca laicyzacja potrafi wypaczyć także ideały ascetyczne. W momencie, gdy Bóg jest oddalony poza wszelkie możliwości jakiegokolwiek konkretnego wpływu na decyzje człowieka, także wewnętrzne pragnienie wstrzemięźliwości staje się zawoalowanym hołubieniem cielesności.
Rezygnacja z określonych potraw już nie jest wyrzeczeniem, ale elementem zaplanowanej diety, a czasem nawet próbą przetestowania rozmaitych ideologii żywieniowych. Aż strach natomiast czasem zapytać, do kogo kierowane są modne praktyki medytacyjne, skądinąd pobożnych chrześcijan, gdyż z Jahwe zdają się czasem mieć niewiele wspólnego. Poza postem i modlitwą pozostaje jeszcze jałmużna, ale nawet ona stała się w obecnej rzeczywistości publicznej tematem drażliwym.
Taki nieoswojony galimatias przeróżnych praktyk, wyjałowionych zeświecczeniem, pustych frazesem, a ostatecznie pozbawionych odniesienia do Boga, czyli bezbożnych, zarysowuje prezentowany wiersz. Być może jest to znak czasu (łac. signum temporis). Począwszy od sloganów służebności, pomocy i ratunku – będących jedynie odległym echem chrześcijańskich ideałów – poprzez relatywizację prawdy za pomocą fałszywych proroków, a także prymitywnej konsumpcji, po złudne nadzieje na oświecenie zarysowuje się dramat współczesnego człowieka.
W najlepszym wypadku jest to klasyczna grecka tragedia, z której wychodzi się przemienionym po przeżyciu katharsis.

RAFAŁ JAWORSKI

Signum temporis

 

Tłok. Poczekalnia. Służba górą.
Pracują łokcie słów, kuksańce grymasów.
Staje się perspektywa poratowania,
ratunku po SOS.
Trochę cuchnie.

Przemycić skręty prawdy.

Jasność umysłu jak u Nietzschego w Turynie.
Jakieś łąki… może i asfodelowe. Mgła z cząstek ołowiu.
Potem obłęd: – zbawienie od indywiduum,
ale i nadmiar
drugich ja.

Na szczęście
Turyn
jest za Alpami światła.

Na nieszczęście
blisko, w czasie
nie przyrodzonym

 

Rafał Jaworski – inżynier, urodzony w 1952 r. w Sławkowie, wielokrotny laureat konkursów poetyckich.
Debiutował w połowie lat osiemdziesiątych, od tego czasu wydał wiele tomów poezji oraz zbiór esejów.
Dekadę później zaczął tworzyć obrazy sakralne (www.ikony.tychy.pl). Prezentowany utwór jest drugą częścią tryptyku opublikowanego w tomie Fermenty i scalenia (Lubliniec 2017).

W najgorszym jest to ponury film grozy przedstawiający cienie zmarłych podczas makabrycznej przechadzki na łąkach otchłani.
Taka interpretacja jest naturalnie czarno-biała i zero-jedynkowa, ale przecież taka jest też różnica między życiem a jego brakiem. Istnieje tylko jeden graniczny wyznacznik tej różnicy. Bóg.

KS. ADAM R. PROKOP