Nowe życie syryjskiej rodziny w Oławie

O udzieleniu schronienia uchodźcom z Syrii opowiada
Tomasz Wilgosz, mieszkaniec Oławy.

Rodzina Salloum z Syrii. Od lewej: Mimos, Adel, Salwa, Carmen, Toni z synem Adelem

ARCHIWUM AUTORA

Słowa Jezusa są takie proste i oczywiste: „Kochaj bliźniego; módl się za swoich prześladowców; byłem głodny, spragniony…, byłem przybyszem…; cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich – mnie to uczyniliście…”.
Widzieć w każdym człowieku – Boga, Jego obraz i podobieństwo, bez żadnych warunków, bez żadnego ale…
Zawsze mnie to nurtowało i było jakimś wewnętrznym wyrzutem, że tylu ludzi cierpi, a mnie na tym świecie jest całkiem nieźle.
Czułem, że coś wisi w powietrzu.
Był rok 2015 – konflikty na Bliskim Wschodzie, głód i susza w Afryce, katastrofy w Azji. Potrzebujący pomocy ludzie zaczęli się przemieszczać, Europa stała się naturalną ziemią obiecaną.
Pomyślałem, że my, Polacy, ze swoją piękną tradycją gościnności, którzy sami wielokrotnie doświadczyliśmy problemu emigracji, spróbujemy wyjść naprzeciw potrzebującym. Pomyślałem, że skoro tyle otrzymałem, mógłbym się tym podzielić w jakiś sposób.
Sprawy potoczyły się bardzo szybko, także zaskakująco, ale cały czas czułem jakąś pomocną dłoń.
Piękny ekumenizm: ok. 150 prawosławnych Syryjczyków przy pomocy protestanckiej fundacji, finansowanej przez angielskiego Żyda, trafiło do katolickiej Polski.
Lipiec 2015 r.: samolot ląduje w Warszawie, w sposób bardzo humanitarny, coś na wzór korytarzy, udaje się przyjąć uchodźców do Polski z Syrii, gdzie trwa wojna. Pierwszych i ostatnich, jedynych.
Jesteśmy zwykłą rodziną z trójką dorastających dzieci, mamy niewielki dom w Oławie, spłacamy kredyt. Akurat mamę mojej żony, potrzebującą pomocy, zabraliśmy do naszego domu.
Jej kawalerka została pusta. Nie zdążyliśmy jej porządnie wysprzątać, gdy w lipcu 2015 r. wprowadzali się do niej Salwa, Adel i Mimos. Meble kompletowaliśmy na bieżąco. Stary materac spod śmietnika przynieśli sami. Niecałe dwa tygodnie później dołącza do nich Toni, brat Mimosa, z żoną Carmen i 4-letnim synkiem Adelem. Oni trafili do Ciechocinka, ale bardzo chcieli być wszyscy razem, więc udaje się także ich przenieść do Oławy. Przez ponad miesiąc mieszkają wszyscy w 30-metrowej kawalerce. Gdy wieczorem rozkładali wszystkie materace na podłodze – nie było gdzie nogi postawić. Potem udało się wynająć dla nich osobne mieszkanie w Oławie.
Szybko pojawiają się wspaniali ludzie: Ewa z Tomkiem, Ela z Radkiem, Ula z Tomkiem, Beata i Paweł, którzy cały czas śpieszą z pomocą.
Beata z Jackiem – nauczyciele – po szkole uczą Syryjczyków polskiego, polskiej kuchni. Pani Ewa z Panem Andrzejem oferują małemu Adelowi miejsce w przedszkolu, a z czasem pracę dla Carmen też w tym przedszkolu.
Ks. Tomek i ks. Janusz bardzo się nimi interesują, goszczą w kościele, pomagają znaleźć dla nich zajęcie.
Ks. Ryszard z Chicago organizuje zbiórkę świąteczną, a ks. Grzegorz, bloger, nagłaśnia sytuację na swoich stronach, a że jest słuchany – pojawia się wiele miłych gestów.

Sporo pojedynczych osób i środowisk bardzo pomaga: Klub „Tygodnika Powszechnego” z Wrocławia, portal Deon z Krakowa, Wspólnota z Taizé. Ks. Jacek z Markowic i Andrzej z Dąbek zapraszają do siebie na wypoczynek.
Zapewne wielu pominąłem, ale to są ludzie, którzy się nie obrażają z byle powodu. Chcą pomóc, to pomagają.
Najczęściej nie chcą, żeby w ogóle o nich wspominać.
Na początku pojawia się dużo prasy, telewizji, radio. Trochę to celebrują, ale jak to bywa, szybko o nich zapominają, więc trzeba wrócić do normalnego, czasami niełatwego życia, szczególnie gdy się jest uchodźcą w obcym kraju – nie do końca takim gościnnym, jak mi się na początku wydawało. Pojawiają się niemiłe sytuacje, napisy, komentarze, hejt. Rzadko bezpośrednie i fizyczne, raczej półszeptane, powielane głupie kawały i żarty bez odrobiny refleksji. Nic, człowiek ociera dyskretnie łzy i żyje dalej. Jest jeszcze tyle do zrobienia – dobra, mam nadzieję. Tak mi podpowiada sumienie i tą drogą staram się iść.
Niedawno minęły trzy lata. Adel i Salwa – już sporo po siedemdziesiątce – dostają co miesiąc niedużą kwotę z MOPS-u w ramach tzw. zasiłku stałego, w zasadzie niestarczającą nawet na lekarstwa, których już w tym wieku muszą sporo zażywać.
Na szczęście mieszka z nimi cały czas Mimos, który jak na prawie 40-letniego kawalera powinien wyjść z domu w poszukiwaniu żony. Próbuje, ale jednocześnie wie, że nie może zostawić rodziców samych. Salwa wspaniale gotuje, z prostych rzeczy potrafi przyrządzić pyszne potrawy. Rozpieszcza swojego wnuka jak każda babcia i bardzo tęskni za tymi, którzy zostali w Damaszku – jeszcze jeden syn z rodziną. Adel, były dyrektor szkoły, do dziś utrzymuje odpowiedni fason i ton w zachowaniu.
Kocha ponadto ogrodnictwo, zna wszystkie rośliny i chwasty – nawet te polskie. Po dwóch latach wypytywania z ich strony udało się Pani Stasi znaleźć dla nich wolną działkę ogrodową. Toni z Mimosem chcą wybudować niedużą altankę. Na wiosnę.
Mimos z Tonim przenoszą swoją minirestaurację z Wrocławia do Oławy.
Pizza&Gyros HOMS – tak, nawiązując do miasta, z którego pochodzą, nazywali swoją knajpkę we Wrocławiu. Dla tej w Oławie jeszcze szukają nazwy.
Przenoszą, bo po prostu chcą być jak najbliżej siebie. Carmen rozwija się w branży hotelarsko-gastronomicznej, pracując jako recepcjonistka w jednym z nowo otwartych oławskich hoteli.
Spełniło się jej marzenie i od września udziela lekcji francuskiego, w tym kierunku się kształciła w Syrii.
No i Adel – pupilek całej rodziny.
Urodziwy chłopiec, który jak na 6-latka przystało, dostał nowy tornister i od września chodzi już do zerówki. Mówi i śpiewa po polsku tak dobrze, że powoli zapomina słów arabskich.
W październiku Pani Marta Titaniec zaprosiła nas na Zjazd Gnieźnieński.
Zaproszony był też Prezydent Andrzej Duda. Miał dużo ochrony. Carmen, Toni i Mimos próbowali jakoś się przebić, ale się nie udało. „Tomek – to prawda, że Prezydent mógłby dać nam papier z podpisem i od razu bylibyśmy Polakami?”