O powołaniu lekarza i zakonnika

http://www.nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/cms/wp-admin/post-new.php#


Czynić dobro! – to prosta zasada, która przekonała mnie
do tego, by zostać bonifratrem – mówi brat Łukasz Dmowski,
przeor Konwentu Bonifratrów we Wrocławiu, lekarz specjalista
chorób wewnętrznych i geriatrii.

Zdjęcie: Brat Łukasz na dyżurze w szpitalu

HENRYK PRZONDZIONO/FOTO GOŚĆ

Od momentu wstąpienia do zakonu upłynęło trzynaście lat. Nie jest to więc czas długi i w kontekście zakonnych porzekadeł, które mówią o tym, że powołanie można ocenić pół godziny po śmierci zakonnika, opowiadanie o mojej zakonnej drodze – już na jej początku – jest obarczone błędem zbyt krótkiego „okresu prania”. Z drugiej strony trzynaście lat to ponad ćwierć mojego życia, to wiele doświadczeń i przebytych etapów – począwszy od okresu postulatu, nowicjatu, aż po obecny czas sprawowania funkcji przeora i zakonnego wychowawcy. Spróbuję więc podzielić się tym, jak to się stało, że jestem bratem w Zakonie Szpitalnym Świętego Jana Bożego – bo tak brzmi oficjalna nazwa naszego zakonu.
Dzieciństwo
Z pewnością okres dzieciństwa zaważył na moich życiowych wyborach. Było to dzieciństwo szczęśliwe, spędzone w spokojnej Białej Podlaskiej pod troskliwym okiem Rodziców i mieszkającej z nami Babci, od których uczyliśmy się wraz ze starszą o dwa lata siostrą prostej, zwykłej wiary i życiowej uczciwości. Kolorowych wspomnień z tamtych lat mam bardzo wiele. Po Pierwszej Komunii Świętej zapisałem się do ministrantów. Służyłem przy ołtarzu przez całą podstawówkę, choć „kariery ministranckiej” nie zrobiłem – najzwyklejsze podanie ampułek wiązało się ze wstydliwym rumieńcem, mszał, który należało przenieść na ołtarz, leżał jak dla mnie za wysoko i był za ciężki, podobnie zbyt wysoka była ambona, z której lektorzy odczytywali czytania… Lektorem więc nigdy nie zostałem. Ambicja i chęć otrzymania nagrody od naszej siostry katechetki skutkowały stuprocentową obecnością „na roratach” czy „na majowym”. Wreszcie nadszedł czas bierzmowania, do którego przygotowywała nas parafialna wspólnota Odnowy w Duchu Świętym. Dzieciństwo to także doświadczenie częstego chorowania i pobytu w szpitalu. Strzykawki, igły i inne tego typu przedmioty, których Mama – pediatra – używała do kurowania mnie lub siostry, były później z upodobaniem wykorzystywane przeze mnie w mojej dziecięcej praktyce lekarskiej… Bo lekarzem chciałem być od zawsze.
Dojrzewanie
Cóż, czasy liceum to przede wszystkim „kucie po nocach” i olimpiady przedmiotowe z ukochanej biologii i ekologii. To także wakacyjne pielgrzymki do Częstochowy, wędrówki po Tatrach i platoniczna, niewyznana miłość… Z perspektywy czasu nie mam żadnych wątpliwości, że maturę od prawdziwej dojrzałości dzieliło jeszcze wiele, wiele lat. Lat spędzonych już w Warszawie, gdzie studiowałem na wydziale lekarskim. Był to piękny czas poznawania świata i zawierania przyjaźni, które trwają do dziś. W ostatnich latach studiów zacząłem uczęszczać do jezuickiego Duszpasterstwa Akademickiego „Dąb” przy sanktuarium św. Andrzeja Boboli.
Rekolekcje ignacjańskie w życiu codziennym, lektura ukochanego „Tygodnika Powszechnego”, mądrzy rekolekcjoniści – jak nieodżałowany ks. Krzysztof Grzywocz – wszystko to sprawiło, że wiara dziecięca przekształciła się w bardziej dojrzałą z doświadczeniem „niezgłębionej głębi” Pana Boga. Chęć służenia innym, robienia rzeczy ważnych, nadania jakiegoś sensu życiu popchnęły mnie do wolontariatu hospicyjnego i utrzymywały w stanie niepokoju.
W jakim stopniu jestem odpowiedzialny za drugiego człowieka?
Czego naprawdę chcę? Czego oczekują ode mnie Rodzice, Pan Bóg? Takie pytania chodziły mi wówczas po głowie. Studia się skończyły, minął staż podyplomowy i trzeba było podjąć decyzję…
Był grudzień 2004 r. Kilka dni wcześniej po kilkumiesięcznej ciężkiej chorobie zmarła Babcia. Zbliżało się Boże Narodzenie, a Mama dopytywała: Co będziesz robił?, Co z pracą?, Ty coś wiesz, ale nie mówisz… W końcu poprosiłem Rodziców, aby usiedli, i powiedziałem: Rodzina nam się powiększy… (milczenie) – o kilku braci… – wstępuję do zakonu… (płacz). Płakał głównie Tata, Mama już po chwili dopytywała, czy trzeba mi uszyć habit.

Bonifratrzy? A co to za zakon?
Tata próbował ustalić, czy pojadę jeszcze w wakacje na rowerowy urlop… Pojadę, pojadę, ale za dwa tygodnie do Łodzi do postulatu – bo wszystko było już ustalone z promotorem powołań.
W klasztorze Zapach ziół w naszym łódzkim konwencie jest nadal bardzo intensywny. Świetnie go pamiętam z moich pierwszych godzin pobytu „za klauzurą”. W postulacie poza mną było jeszcze trzech kandydatów – młodszych ode mnie, kończących zaocznie podstawówkę i liceum. To oni wprowadzali mnie w „tajniki życia zakonnego”: kiedy wieziemy termosy do jadłodajni, w jakie dni obowiązuje biała koszula, jak sprzątać korytarz, kiedy jaka antyfona w brewiarzu itp. Po pierwszych dniach, podczas których akurat celebrowano srebrne jubileusze braci – byłem absolutnie przerażony. Choć znałem osobiście wielu zakonników, choć wiedziałem, że za klauzurą nie fruwają anioły – to rozdźwięk pomiędzy moimi wyobrażeniami o posłudze w zakonie szpitalnym a tym, co zobaczyłem, sprawiał, że po głowie chodziło mi stale: „Co ja tu robię!”. Wiedziałem jednak także, że decyzja o wyborze zakonu rodziła się przez kilka lat i że nie chciałem wybierać drogi łatwej, ale trudniejszą… To, że te trudności nie były związane z obciążeniem pracą z chorymi, ale raczej z niedomogami życia wspólnotowego – trzeba było przeżyć… No i z Bożą pomocą przeżyłem: sześciomiesięczny postulat, obłóczyny rozpoczynające nowicjat w konwencie w Krakowie, pierwszy rok nowicjatu, w którym wraz ze współbratem dowoziliśmy ziołowe preparaty do klasztornego sklepiku (preparaty, których ówczesny skład wywoływał ból mojej lekarskiej głowy), rok drugi, w którym rozpocząłem specjalizację z interny na oddziale położonym dwa piętra nad nowicjatem. Starałem się koncentrować na tym, co mogłem zmieniać, a więc zmieniać w sobie, i dotrwałem do pierwszych ślubów zakonnych… Liturgia w tym dniu przywoływała obraz Abrahama pod dębami Mamre, Magnificat i wyznającego wiarę setnika z Kafarnaum… Wierzyć wbrew nadziei! W jakimś niewielkim stopniu było to moim doświadczeniem, ale przede wszystkim zachętą, by zaufać Bogu bezgranicznie. Praca w szpitalu dawała satysfakcję. Jeszcze więcej radości rodziło się, gdy udawało mi się pomóc komuś, kto trafił do klasztornej furty z raną na nodze, albo gdy „sąsiedzi” Albertyni czy Paulini prosili o lekarską poradę „w najgorętszej porze dnia”. Tak mijały lata, aż do przeniesienia do Wrocławia w 2014 r.
Czasem mówi się o życiu klasztornym jako o odejściu od świata. Osobiście mam wrażenie, że znalazłem się w jego centrum… mam znajomych od Filipin po Kolumbię. To jako brat zakonny spotykam dziesiątki nowych osób i pogłębiam swe przyjaźnie. Wiem, że wymarzone od dzieciństwa powołanie, aby być lekarzem, nie jest najważniejsze, że liczy się miłość, jaką przykładamy do wszystkiego, co robimy. Doświadczam tego, że my, LUDZIE, jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, że dzięki naszej inności dostrzegamy to, jacy jesteśmy i jak nadzwyczajny musi być Stwórca.
A skoro tak jest, to cóż więcej – jak tylko realizować to, do czego zapraszają nas bonifraterskie konstytucje: śmiać się ze śmiejącymi i płakać z łączącymi. Co to znaczy być bratem? Na czym polega bonifraterskie szpitalnictwo?
Odpowiedzi na te pytania są ciągle przede mną, choć po części już ich doświadczam. Nasze szpitalnictwo-gościnność są tak naprawdę bardzo proste. Można je zdefiniować jako umiejętność spotkania z drugim człowiekiem. Wspomniany śp. ks. Krzysztof Grzywocz mówił nam w „Dębie” o tym niezwykłym spojrzeniu Jezusa, które wystarczyło, by ktoś porzucił dla Niego swoje sieci. Jak naśladować Jana Bożego, jak naśladować Jezusa, by z taką miłością patrzeć na innych? Moje ostatnie lata to głównie doświadczenie własnej słabości, zmuszające wreszcie do tego, by uznać własne siły za niewystarczające i coraz bardziej zaufać Jemu, który jest źródłem wszelkiego dobra.