KS. JÓZEF MAJKA

Olśnienia

W oddziałach „sojuszniczych”, to znaczy węgierskich, rumuńskich czy włoskich, rozkład był szybszy i głębszy.
Poszedłem pewnego dnia po coś do sklepu dziadka Bartusiaka i zastałem tam żołnierza mówiącego po polsku z wyraźnie śląskim akcentem. Mówił, że Włosi i Rumuni sprzedają wszystko, także karabiny, pistolety i amunicję.
Gotowi są sprzedać nawet armatę. Nie dopytywałem się o kontekst tej rozmowy, ale podejrzewam, że Bartusiak też co nieco od niego kupił, choć na pewno nie broń.
Byłem jednak dość zaskoczony, kiedy nazajutrz po naszej rozmowie z Janowskim zjawił się u mnie w domu, nie w biurze, feldwebel, przedstawił się jako zahlmeister jakiejś tam jednostki wojskowej i zapytał, czy nie byłbym skłonny kupić chleba.

Zapytałem o ilość i cenę. Odpowiedział, że chodzi o jedną tonę, i zapytał, jaka jest oficjalna cena chleba.
Myślałem w pierwszej chwili, że chce się po prostu zorientować, ile będzie mógł ze mnie zedrzeć i że wyznaczy mi jakąś wysoką paskarską cenę. Podałem mu cenę kartkową, to znaczy 70 groszy. Pomyślał chwilę i powiedział, że chleb nie jest świeży i proponuje sprzedać za połowę ceny.
– Das heisst 35 Groschen – upewniłem się.
– Genau.
Chleb był do odebrania od zaraz w gmachu Sądu Grodzkiego w Bieczu. Musiałem rozglądnąć się za transportem.
On poszedł do Sądu, zapewniając, że będzie mnie tam oczekiwał, ja wyszedłem na rynek, gdzie stał, jak co dzień, sznur furmanek oczekujących na oddanie kontyngentu.
Porządku pilnowało dwóch żołnierzy z feldpolizei. Podszedłem do jednego z nich i zapytałem, czy wyrazi zgodę, ażeby ostatnie trzy furmanki były załatwione poza kolejnością, bo potrzebuję je dla PolKO. Zgodził się bez wahania. Chłopi też byli zadowoleni, bo zamiast czekać parę godzin na mrozie, w pół godziny mogli mi przywieźć chleb i jechać do domu.

Ciągle jeszcze jednak w ten chleb nie bardzo wierzyłem, nie wiedziałem też do końca, czy ten zahlmeister robi to oficjalnie, czy kryje się za tym jakiś szwindel.
Siadłem jednak na jednej z tych furmanek i pojechaliśmy do Sądu. Czekał i wprowadził mnie do dość obszernej suteryny, gdzie wszystkie ściany od podłogi do sufitu były wyłożone charakterystycznymi wojskowymi, kanciastymi bochenkami chleba. Pokazał mi także zabudowaną chlebem ściankę, zdradzając, że to jest właśnie ta proponowana mi tona chleba. Wziąłem najbliższy bochenek, rozłamałem i okazało się, że jest trochę skwitnięty.
– Was wollen Sie mir verkaufen – powiedziałem – das ist doch Gift.
Strapił się nieco, powiedział, że ta ścianka jest rzeczywiście trochę nadpsuta, ale wskazał mi dwie dalsze, lepsze, i zaproponował, ażeby kupić wszystkie, to znaczy razem trzy tony. Zgodziłem się łatwo, zapłaciłem gotówką, zabraliśmy chleb na furmanki i zawieźliśmy je do położonej o kilkaset metrów szkoły. Do dziś nie wiem, czy transakcja była w pełni legalna.

Prawdopodobnie ów zahlmeister miał prawo zagospodarować w ten sposób psujący się chleb, a dla nas stał się przez to aniołem pomocy, bo Janowski mógł przez następnych kilka dni karmić wysiedleńców zupą chlebową na podrobach i cebuli.
Informacje o sytuacji politycznej dochodziły do nas tylko przez bardzo nieregularnie dostarczaną prasę podziemną.
Bartusiak miał jakieś dojście do redaktorów „Walki” i namówił mnie do napisania krótkiego komentarza na temat komunistów w rosyjskich szynelach, którzy przyszli rządzić Polską. Wisiałbym pewnie za ten komentarz, gdyby zadano sobie trud rozszyfrowania, kto jest jego autorem, bo sam Bartusiak uważał go za bardzo ostry, ale nikomu się na szczęście nie chciało poszukiwać autora jednej wypowiedzi. Zawdzięczam więc życie lenistwu bliźnich.
Okazuje się, że i lenistwo może się na coś przydać, jeśli jego podmiotem są akurat źli ludzie.

W kolejnej części o tym, jak ratowano
aresztowanych przez Niemców