MARTA WILCZYŃSKA

Środa Śląska

Początek…

Drogi Księże Proboszczu!
Nieco nieswojo czuję się, pisząc list do osoby, której nie znam, ale może to właśnie jest droga do lepszego poznania się? Bez uprzedzeń, sympatii, pierwszego wrażenia… Tak czy siak, niełatwo jest zacząć…
Mam 31 lat i ostatnio sporo myślałam o śmierci.
Kiepski wstęp jak na pierwszy felieton.
A może właśnie idealny? Przecież to miesięcznik „Nowe Życie”, a czymże powinna być śmierć dla chrześcijanina, jeśli nie początkiem nowego życia?
Ja myślałam o śmierci w sposób, jaki do tej pory nigdy mi się nie przydarzył. Niedawno zmarł Proboszcz z mojej rodzinnej parafii – człowiek o wyjątkowym poczuciu humoru, ogromnym dystansie, genialnym basie (nikt nie śpiewał głosu Jezusa w Wielki Piątek tak jak on) i wielkim darze do głoszenia kazań. I choć to wielka strata, ja poczułam coś jeszcze. Pojechaliśmy z mężem na Mszę św. żałobną, dzień przed pogrzebem. Pięć lat temu przewodniczył naszej liturgii ślubnej, teraz my pojechaliśmy towarzyszyć jemu… W kościele nie uderzył mnie ogrom wiernych (choć kościół wypełniony był po brzegi) i ich smutek, ale jakaś wszechobecna pustka. Mimo że wszyscy na cały głos śpiewali „wieczny odpoczynek”, miałam wrażenie, że jest cicho. Jakby parafia zastygła.
Jakby wszyscy się zatrzymali. Wtedy zrozumiałam, że przecież odszedł pasterz ich dusz, człowiek, który był z nimi w najważniejszych momentach ich życia. A oni – parafianie – byli teraz zagubieni jak owce. Nie było w tym wszystkim rozdzierania szat i dominującego okrzyku „dlaczego?”, ale pełne wiary, głębokie wołanie: „dziękujemy!”. Przeszywające, ale i piękne przeżycie. A w ślad za nim refleksja: czy kapłani boją się śmierci? Stykają się z nią przecież niemal każdego dnia… Czy Wy, którzy tak gorliwie przygotowujecie ludzi na początek nowego życia, obawiacie się końca ziemskiego bytowania?
Listopadowo, eschatologicznie, pozdrawiam…