KS. JÓZEF MAJKA

Olśnienia

Przyjął mnie uprzejmie, rzeczowo, jakby nic między nami nie zaszło, jak kogoś, kogo się już zna. Zapytał, w czym mi może pomóc, co mnie jakoś rozradowało i pozwoliło na swobodną rozmowę. Powiedziałem, że mam do niego prośbę, że chciałbym mianowicie w bardzo ważnej sprawie pojechać jutro do Jasła. Spojrzał na mnie z wyrozumiałym uśmiechem:
– Sie sind wahnsinnig! – orzekł prawie rozbawiony.
– Ich möchte aber mit Ihnen nach Jasło fahren.
Roześmiał się prawie całą gębą i powtórzył:
– Sie sind weiter wahnsinnig. Das ist nicht möglich. Diesmal würden Sie wirklich erschossen werden. Für Gestapo ist das kein Problem. Kein Zivilist kann nach Jaslo zurückkehren, alles wird gesprengt und verbrennt werden.

Postanowiłem mu przedstawić w szczegółach, o co istotnie chodzi.
Najpierw jednak zapytałem:
– Sind Sie katholisch?
– Ich war katholisch, jetzt bin ich gottgläubig.
– Sie werden also verstehen worum es geht – powiedziałem mu, jak ważna to dla nas sprawa.
– Ja, das verstehe ich, kann aber wirklich nichts tun.
Sytuacja wydała mi się przez chwilę beznadziejna. Przypomniałem sobie jednak kleryka z kompanii sanitarnej, z którym miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać i wydał mi się bardzo oddany swojemu powołaniu. Zapytałem, czy nie mógłby mu tego zlecić. Zgodził się chętnie, przy mnie zadzwonił do szefa kompanii sanitarnej i ze znajomością rzeczy tłumaczył mu, o co chodzi i jak to jest dla nas ważne. Wyglądało na to, że tamten nie miał żadnych oporów, bo mój rozmówca odłożył słuchawkę i rzekł:
– Da haben Sie erreicht, was Sie wollten. Morgen morgenfrüh wird er nach Jaslo fahren und alles nach Ihrem Wunsch erledigen.

Podziękowałem mu serdecznie i zanim wróciłem do biura, poszedłem do kościoła, ażeby podziękować Bogu i poprosić o skuteczność moich zabiegów.
Nie dostrzegałem wtedy, że było w tej modlitwie niemało miłości własnej.
Następnego dnia koło południa żołnierz w pełnym wojskowym rynsztunku przeniósł przez miasto z koszar kompanii sanitarnej w szkole męskiej do klasztoru oo. Reformatów białe zawiniątko, przyciskając je do piersi. Nikt go nie prowadził, nikt nie dzwonił, ale wielu ludzi, jak to w małym miasteczku, o wszystkim wiedziało i ci nieśmiało, z jakimś wahaniem przyklękali na ulicy, czyniąc znak krzyża na piersi. Sam widziałem to przez okno mojego pokoju i uczyniłem to samo. Nie miałem już okazji podziękować za to klerykowi, bo następnego dnia kompania wyprowadziła się z Biecza, a na jej miejsce przyszedł jakiś inny oddział.
Po dwóch czy trzech dniach ortskommandant przysłał mi przez dwóch żołnierzy kilka kościelnych chorągwi, kap i ornatów przywiezionych z Jasła.

Feretron z wizerunkiem królowej Jadwigi, XVIII w.
Ze zbiorów Muzeum Ziemi Bieckiej

HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ

Napisy na ornatach pozwoliły mi ustalić, do jakiej jasielskiej parafii one należały.
Proboszcz tej parafii był akurat na plebanii w Bieczu, więc próbowałem mu to przekazać, ale go to wcale nie interesowało. Nie dziwiłem się temu i próbowałem go zrozumieć, ale się w pewnej chwili ożywił, zapędził mnie do kąta pokoju, by mi półgłosem zaproponować:
– Mam ja tam ukryte za ołtarzem mebelki inkrustowane masą perłową, gdyby on mi je przywiózł, o!, to ja bym się do tego przyczynił… Proszę z nim o tym porozmawiać.

Wściekłem się. Gdyby to nie był siwowłosy staruszek, to pewnie bym inaczej z nim porozmawiał. Rzekłem więc tylko:
– Staramy się na razie pomagać wysiedlanym ludziom i nie wiem, czy i kiedy przyjdzie kolej na mebelki.
Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że przecież jeszcze tak niedawno pośredniczyłem w sprawie przywiezienia mebli między lwowskim profesorem a mieszkańcem „Kromerówki”. Coś się więc pewnie zmieniło w mojej świadomości na skutek częstych kontaktów z wysiedlanymi jaślanami. Kontakty te były bardzo częste i wielorakie. Nie tylko w biurze i w kuchni, ale w ich kwaterach, w kościele i w konfesjonale. Ileś problemów stwarzają takie krańcowe sytuacje, dlatego też bardzo odsłaniają ludzkie słabości; są one okazją różnych załamań i upadków, ale i ujawniania się szlachetnych, bohaterskich prawie postaw. Dopiero wtedy, kiedy próbuje się coś dla ludzi zrobić, zaczyna się ich lepiej rozumieć, współczuć z nimi, podziwiać ich, a nawet ich po prostu kochać.

Takie rozmowy, współprzeżywanie z ludźmi ich niepowtarzalnych doświadczeń pozwala widzieć w każdym człowieku to, czego się nawet nie przeczuwało, budzi szacunek dla każdego i nakazuje szanować w nim wszystko, czym on jest, co reprezentuje, co niejako w sobie nosi. Nie zapomnę nigdy tego potężnego mężczyzny, który przyniósł na zaplecze biura wielki wór z mąką i zwalił go na podłogę:
– Siłacz z pana – powiedziałem.
Spojrzał na mnie swoją pełną dobroci twarzą, jaką miewają tylko tacy osiłkowie:
– To niech ksiądz zobaczy – rzekł, zrzucając kurtkę, ściągając koszulę i odwracając się do mnie plecami, które były jedną wielką blizną. – Miałem siedem dziur w plecach po ukraińskich nożach, leżałem pod stosem trupów, miano mnie już za zmarłego, a oto dzięki Bożej łaskawości noszę jeszcze takie wory.

W kolejnej części poznamy
różne oblicza okupacji