KS ANDRZEJ DRAGUŁA

Zielona Góra

Polska polityki plemiennej

Jednym z mechanizmów rządzących polityką jest poczucie krzywdy.
Generuje ono silne emocje, niechęć do rządzących i potrzebę odwetu.
Nie ulega wątpliwości, że nie wszyscy Polacy byli beneficjentami zmian ekonomicznych, społecznych i politycznych, które nastąpiły po 1989 r.
Dziś mówi się o tym otwarcie. Dawny system ekonomiczny i społeczny, choć kulawy i ostatecznie niewydolny, dawał wielu ludziom poczucie bezpieczeństwa. Zagwarantowana była praca i płaca, co bez względu na standard życia, dawało jego stabilną podstawę.
R eportażysta F. Springer na jednym ze spotkań powiedział, że tym, co łączy Polskę średnich i małych miast, jest „tęsknota za fabryką”. I ja tę tęsknotę w pewnym sensie rozumiem. W moim rodzinnym mieście stoją ruiny dawnych zakładów włókienniczych, które zatrudniały setki, może tysiące osób, a dzisiaj jedynie straszą. Fabryka była w pewnym sensie żywicielką mieszkańców. Do miasta, będącego kiedyś lokalnym węzłem kolejowym, nie dojeżdża dziś żaden pociąg. Podobnie, w wielu regionach funkcjonuje syndrom „tęsknoty za pegeerem”, po części zrozumiały.
Jednocześnie widoczni stali się ci, którzy się uwłaszczyli, ułożyli, wzbogacili – nie zawsze uczciwie. Lista jest długa: od Bagsika po Amber Gold.
Wielu z nich pozostało bezkarnych do dziś. Szczególnie nieczułe na tę sytuację wydawały się rządy liberalne. Jak zauważa A. Leder (Prześniona rewolucja), „Problemem III Rzeczpospolitej […] była i jest niezdolność klasy politycznej do […] odniesienia się do tych części społeczeństwa, które czują się skrzywdzone, a jednocześnie pałają resentymentalnym gniewem”.
W ostatnich latach nastąpiła jednak istotna zmiana. Wygrana A. Dudy w wyborach prezydenckich i PiS w wyborach parlamentarnych pozwoliły na to, by usłyszano głos skrzywdzonych. Jednak wg Ledera: „Problem polega […] na tym, że poczucie krzywdy w Polsce nie stworzyło języka politycznego […] »przywracającego ład moralny«, [który] stwarza płaszczyzny współistnienia”. To właśnie „współistnienie” wydaje się nieobecne w polskiej retoryce wszystkich elit politycznych. Polska polityka ma w dużej części charakter plemienny i opiera się na wykluczaniu i odmawianiu prawa do bycia pełnoprawnym obywatelem i „prawdziwym Polakiem” przedstawicielom przeciwnego obozu. Jedni drugich nazywają zdrajcami Polski, używają bardzo emocjonalnego języka, który rani.
Ani jednak drwiną, ani pouczeniem, ani wzajemnym obrażaniem nie redukuje się niechęci i nienawiści, ale się je wzmaga. Język używany po obu stronach konfliktu w trakcie lipcowych demonstracji przeciwko reformie sądownictwa pokazał, że jako politycy i jako społeczeństwo zdolni jesteśmy mówić do siebie i o sobie w sposób uwłaczający ludzkiej godności. Potem bardzo trudno siada się przy jednym stole. Krzywda wyrządzona językiem boli równie mocno jak ta wyrządzona czynem.
W ten sposób nakręca się spiralę politycznej nienawiści. A wtedy – zamiast o zgodzie – myśli się wyłącznie o zadośćuczynieniu.