JOLANTA KRYSOWATA

Wińsko

Lato jest za krótkie

Ale i tak dużo się w naszej gminie zdążyło tego lata zadziać. Począwszy od referendum w czerwcu. „Grupa 30-tu” próbowała odwołać wójta, czyli mnie. Zaczęło się od zbierania podpisów.
Emerytowany katecheta chodził do najstarszych mieszkańców i mówił, że „zbiera podpisy na Radio Maryja”. W jakiej sprawie? Nikt nie pytał. W końcu to radio to dobra sprawa. Innym mówił, że to lista „przeciwko spalarni śmieci”. Nigdy takiego pomysłu w gminie nie było, ale spalarnią łatwo się straszy.
Podpisywali się także świadomi tego, co podpisują.
Np. ci, którym nie umorzyłam podatku. Znaleźli się też tacy, którzy powinni być zadowoleni, bo dostali mieszkanie lub pracę. Ale widocznie niektórzy uznali, że mieszkanie jest za małe, a praca jest za mało płatna.
Potem przyszedł czas gorącej kampanii antywójtowej. Otwarcie nie zaangażował się żaden z „moich proboszczów”. Szeptanka jednak rozchodziła się w przykościelnych środowiskach niektórych parafii. W końcu naciski, żeby księża w niedzielę referendalną przypomnieli o głosowaniu, nie przyniosły skutku. Co innego wybory – mówią proboszczowie. Trzeba nakłaniać, bo to obywatelski obowiązek. Ale w referendum decyduje frekwencja.
Nawoływanie do udziału to stawanie po stronie.
Jeden z proboszczów wziął się na sposób.
Tydzień przed referendum ogłosił, że planowana pielgrzymka autokarowa będzie skrócona o kilka godzin, żeby uczestnicy zdążyli na głosowanie.
Rzeczywiście, wrócili przed wieczorem. Proboszcz poszedł wprost do urny.
Referendum nie wyszło, nadal jestem wójtem.
Zweryfikują mnie, jak każdego samorządowca, przyszłoroczne wybory. Gdyby nie wydarzenia tego lata, nie wiedziałabym, jak bardzo mi zależy na dokończeniu zadania w przyszłej kadencji. Chociaż nadal mieszkania będą zbyt małe, a pensje liche.
Dlatego dziękuję wszystkim proboszczom. I tym szepczącym, i tym milczącym, i tym śmiałym, i temu, który się nie spóźnił.