W sieci „sieci”

Gdzie toczy się życie społeczne? Oczywiście – w społeczeństwie.
Tak normalnie powinna brzmieć odpowiedź na dosyć dziwne pytanie.
To, że społeczeństwo nawiązuje coraz bardziej skomplikowane relacje,
oraz fakt, że zdaje się zrywać te tradycyjne, czyni bardziej zasadnym
samo pytanie, a odpowiedź na nie mocno niejednoznaczną.

PIOTR SUTOWICZ

Wrocław

Wrogie sobie grupy społeczne są dla manipulatorów dobrym materiałem do tego, by nimi sterować

JAKUB SZYMCZUK/FOTO GOŚĆ

Tradycyjnie funkcjonowało ono dzięki kontaktom bezpośrednim.
Ludzie spotykali się ze sobą i rozmawiali.
Wbrew pozorom powstanie nowożytnych środków komunikowania się, w postaci przede wszystkim druku, niewiele w tej dziedzinie zmieniło, a można powiedzieć, że poprawiło kwestię aktywności społecznej w różnych jej formach: kultury, możliwości dowiadywania się tego, co się w świecie dzieje, czy polityki, która nabierała coraz bardziej cech egalitarnych. Kolejne wynalazki w postaci radia i telewizji co prawda zmieniały znacznie ogląd świata, lecz do pewnego momentu niczego zasadniczo nie naruszały. Przyszła jednak swego czasu chwila krytyczna – trudno powiedzieć, dlaczego tak słabo uchwycona przez najbardziej zainteresowanych, czyli społeczeństwo właśnie – w której rzeczone środki komunikowania się stały się narzędziem władania, a nawet zniewolenia ludności.
W szponach radia i TV
Uzależnienie od telewizji, która w kolejnych dekadach funkcjonowania coraz bardziej spłycała swój przekaz, okazało się powszechne, a do tego jej odbiór pozbawiony refleksji stawał się narzędziem pacyfikacji nastrojów społecznych. Państwa XX-wieczne, które coraz bardziej ceniły sobie swą omnipotencję, kładły wielki nacisk na to, by przykuć widza do coraz bardziej zmasowanych środków przekazu informacji, a jednocześnie, tworząc monopole, sprawiały dla niepoznaki wrażenie pluralizmu medialnego.
Z czasem świat informacji stawał się coraz bardziej globalny i dziś coraz trudniej zorientować się, komu służy przekaz, poza tym, że na pewno jakiejś władzy, niekoniecznie państwowej.
Globalne sieci = anonimowość
Od jakiegoś czasu w kwestiach informacji i aktywności społecznej, a tym samym politycznej, pojawiły się realia zupełnie nowe, mianowicie globalne sieci społecznościowe. Tutaj właśnie dzieją się rzeczy często niestety jedynie wirtualnie, ludzie wymieniają się przemyśleniami i wiadomościami, nie ruszając się z miejsca, nie widząc się, ani tym bardziej nie znając. Do takiego procederu nie jest już nawet potrzebny duży komputer, wystarczy telefon i dostęp do sieci. Niektórym wydaje się, że właśnie w anonimowości tkwi ich siła.
Niestety, aktywność ludzka wyrażana w wirtualnych przestrzeniach Internetu często jest przez to pozbawiona odpowiedzialności.

Anonimowi użytkownicy zazwyczaj korzystają z możliwości ukrycia tożsamości, spodziewając się ucieczki od odpowiedzialności, przynajmniej tak im się wydaje. Prawda jest bowiem taka, że kto ma wiedzieć, ten wie: kto jest kim. Oczywiście nie chodzi o to, że każda anonimowa aktywność w Internecie jest z gruntu zła. Czasami rzeczywiście ktoś chcący zachować anonimowość, czy to ze strachu, czy innych sobie wiadomych pobudek, porusza rzeczy ważne, posługując się awatarem. Kiedyś również dziennikarze, a nawet wielcy pisarze używali pseudonimów literackich, bo tak woleli.
Niemniej współcześnie dostrzeżemy chyba różnicę między pisarstwem Aleksandra Głowackiego używającego nazwiska Bolesław Prus a zalewającymi Internet bluzgami ze strony rozmaitych domorosłych „myślicieli” i wynalazców mądrości wszelakich.
Świat kreowany, ludzie sterowani
Obrońcy wolności obywatelskich mogą powiedzieć, że również takiej możliwości wypowiedzi należy bronić.
Nie jestem tego pewien, a właściwie jestem pewien czegoś przeciwnego. Za zasłoną, uczynioną z takich powiedzmy głosów, prawdziwi kreatorzy procesów społecznych realizują tak naprawdę swoje zamierzenia. Łatwo zatomizować społeczeństwo i uczynić bezwolnym, napuszczając na siebie ludzi, a za pomocą sieci przychodzi to najprościej.
Nienawidzące się, kompletnie zamknięte w swych ciasnych przekonaniach grupy społeczne, „obszczekujące” się na rozmaitych forach są dobrym materiałem do tego, by nimi sterować.
Należy tylko od czasu do czasu podrzucać tematy, które będą odpowiednio dobrym paliwem. Za pomocą wykreowanych emocji można zrobić wiele złego i pewnie dobrego również, ale to pierwsze przychodzi łatwiej. Za pomocą tego narzędzia można z dyskusji wykluczyć sporo tematów, które okazałyby się ważniejsze. Na przykład kwestię tego, co tak naprawdę społecznie jest dobre i wartościowe, zastąpiono „lajkiem” i „hejtem”.
Jeżeli ktoś tej tendencji nie zatrzyma, to z czasem rzeczywiście możemy stać się bytami wirtualnymi, przekonanymi, że rzeczywistość materialna wokół nas jest czymś złym, bo nie chce poddawać się naszej woli „stwórczej”.
Jest to jedna z możliwości, jak będzie wyglądał koniec ludzkości jako takiej. Strzeżmy się…