OBSERWATORIUM SPOŁECZNE

Dlaczego podwórka są puste?

– czyli „pokolenie X” wychowuje swoje dzieci…

EWA PORADA

Katowice

Co się stało na przestrzeni ostatnich lat z naszą młodzieżą?
Dlaczego tak znacząco zmienił się sposób spędzania wolnego czasu,
komunikowania się, rozmawiania?

ROMAN KOSZOWSKI/FOTO GOŚĆ

Siedząc przy kawie, w grupie „40-latów plus”, wspominaliśmy (jak to zaczyna bywać w tym wieku) czasy młodości. Rozpamiętywaliśmy czas spędzony w grupie przyjaciół na miejskich podwórkach, niekończące się powroty ze szkoły do domu, czas rozmów, sporów, wspólnych zabaw, radości i smutków. W końcu jedna z koleżanek zapytała: „Zauważyliście, że dzisiaj nie widać dzieci i młodzieży wracającej ze szkoły, że osiedlowe podwórka są puste? Dzieci i młodzież siedzą w domach, najczęściej przed komputerami, tabletami, ze smartfonami w ręku, albo przesiadują w pubach…”
„Pokolenie X” żyje, aby pracować
Wydaje się, że kluczem do odpowiedzi jest właśnie pokolenie 40-latków, czyli tzw. pokolenie X. Pokolenie, które ma wprawdzie doświadczenie beztroskiego dzieciństwa, godzin spędzonych w towarzystwie rówieśników, wspólnych zabaw, wypadów za miasto, ale (i to wydaje się kluczowe) jest to jednocześnie pokolenie, które wchodząc w dorosłość, zderzyło się z czasem transformacji systemowej i tym, co ze sobą przyniosła. Pierwsze lata dorosłości to doświadczenie poszukiwania dobrej pracy, która już nie była „gwarantowana”, a następnie rywalizacji o stanowiska, o utrzymanie pracy itp. Wielu z nas żyje w poczuciu, że nie byliśmy wystarczająco przygotowani do wejścia w tę rzeczywistość, nie znaliśmy języków obcych tak dobrze, jak byśmy tego chcieli; także w nowych technologiach nierzadko ustępujemy młodszemu pokoleniu, często więc nie mamy tyle odwagi, by poszukiwać nowej, lepszej pracy, by otwierać się na rynki zagraniczne. To wszystko budzi poczucie niepewności. I to pewnie z powodu poczucia braku stabilizacji praca staje się centrum i sensem życia.
O „pokoleniu X” mówi się, że żyje po to, aby pracować. Pracujemy, aby zapewnić swoim dzieciom najlepszy byt, najlepsze wykształcenie, a co się z tym wiąże: najlepsze towarzystwo, najwięcej umiejętności, najlepszy start w przyszłość. Owo zatroskanie o niepewne jutro wpędziło to pokolenie w swoistego rodzaju „amnezję”, przez którą zapomnieliśmy już, co znaczy radośnie spędzać czas, rozmawiać, cieszyć się życiem, a często po prostu wypoczywać.
Z myślą o dobru dzieci
Ma to konkretne przełożenie na życie codzienne i na wychowanie dzieci.
Przejawia się tym, że swoim pociechom zapewniamy najpierw maksimum bezpieczeństwa i wygody (której, dorastając w czasach komunizmu, nie mieliśmy), a następnie, troszcząc się o ich przyszłość, organizujemy im wiele zajęć dodatkowych, które pomogą im bezpiecznie i bez kompleksów wkroczyć w dorosłe życie. Tak więc (szczególnie w dużych miastach) standardem stają się dodatkowe lekcje języków obcych, zajęcia artystyczne, zajęcia sportowe itp. W wolnym czasie nierzadko zachęcamy dziecko do uczenia się, rozwijania się, czytania książek… Chwilę później zadajemy sobie pytanie: dlaczego on/ona ciągle siedzi przed komputerem, dlaczego nie odrywa wzroku od komórki, dlaczego wtedy, gdy chcemy z nim porozmawiać, pod stołem ogląda coś na tablecie? Gdy zadamy to pytanie młodzieży, zapewne reakcja będzie podobna: wzruszenie ramionami i odpowiedź: „…a co mam robić…?”.

Gdy po raz pierwszy usłyszałam właśnie taką odpowiedź, nieco mnie zadziwiła, ale już chwilę później zmusiła do zadumy. Bo skąd oni mają wiedzieć, co robić w wolnym czasie? Jak wygląda nasz (dorosłych) wolny czas – gdzie go spędzamy, w jaki sposób?
I druga myśl: (również ze „spotkania po latach”) wielu z nas dzieliło się doświadczeniem przemęczenia, zwracało uwagę na zbyt szybkie tempo życia, na nadmiar obowiązków. Tęsknimy za czasem beztroski, radości, odprężenia… dobrze wspomina się lata spędzone na wyprawach w góry, na „nic nierobieniu” w gronie przyjaciół, na zabawach i różnych (nie zawsze mądrych) pomysłach. Jednak, czy dajemy szanse na takie doświadczenie naszym dzieciom i młodzieży? Czy ich zmęczenie, a może przemęczenie po kolejnych zajęciach dodatkowych, po kolejnych wyzwaniach, jakie przed nimi stawiamy, nie jest uzasadnione? Zastanawiam się, czy owa ucieczka w świat wirtualny nie jest obroną przed światem, jaki im proponujemy? Nie znam odpowiedzi na te pytania, pozostają one pytaniami otwartymi…
Pozwólmy im cieszyć się dzieciństwem i młodością
Jednak na koniec myślę, że warto zarysować (do naszej refleksji) dwa obrazki, które pokazują także inne oblicze naszej młodzieży, pokolenia, o którym mówi się, że jest pokoleniem smartfonów lub „wyćwiczonych/przerośniętych kciuków”.
Jeden i drugi z wycieczek szkolnych…
Pierwszy obraz to czas wolny podczas szkolnych rekolekcji wyjazdowych u braci benedyktynów. Bracia rozwiesili siatkę do siatkówki, przynieśli piłkę i zaprosili młodzież do wspólnej gry. Nie było osoby, która nie byłaby obecna na rozgrywkach: zawodnicy wymieniali się, reszta kibicowała. Młodym ludziom nie były potrzebne ani telefony, ani świat wirtualny, byli pochłonięci grą, współzawodnictwem, kibicowaniem.
Innym razem zaproponowano wspólne ognisko, które z inicjatywy młodzieży przedłużyło się o kolejne godziny, nikt z nich nie chciał wracać do pokoju, do swojego wyizolowanego świata. Podobnie było przy wspólnej pracy czy przygotowywaniu posiłków.
Po powrocie do domu na pytanie, co zapamiętali najbardziej, co najbardziej im się podobało, odpowiadali, że właśnie to: czas spędzany razem; wspólne rzeczy, które robili z dorosłymi; chwile, w których byli razem.
Drugi obraz. Na wycieczce szkolnej organizowanej przez jedną ze szkół, wieczorami, w jadalni, której okna odsłaniały panoramę rozświetlonego Paryża, przy jednym stole zbierali się nauczyciele, dyskutując o mniej lub bardziej ważnych sprawach, ciesząc się sobą, chwilą i pięknym widokiem. Przy drugim (nieco większym) stole, w tymże samym pokoju, każdego wieczora zbierała się młodzież. Spontanicznie, bez najmniejszej zachęty z naszej strony.
Rozmawiali, śmiali się, organizowali sobie gry i zabawy, opowiadali dowcipy, bawili się, było gwarnie i radośnie.
I tak jakoś „dziwnie”, bo nie widzieliśmy u nich ani telefonów, ani laptopów, ani innych gadżetów przypisywanych współczesnej młodzieży.
Po prostu byli, cieszyli się chwilą, sobą, młodością. Byliśmy szczęśliwi…