KS. JÓZEF MAJKA

Olśnienia

Choroba Księdza Proboszcza zbiegła się z odjazdem Staszka na nową placówkę do Brzeska, spadła więc na mnie na ten czas cała odpowiedzialność za parafię.
Żegnałem go z wielkim żalem nie tylko z uwagi na naszą dawną przyjaźń, ale przede wszystkim dlatego, że był mi przewodnikiem w stawianiu pierwszych kroków w kapłaństwie i w parafii, przykładem gorliwości duszpasterskiej, wzorem modlitwy i… mógłbym tak jeszcze długo wyliczać, co mu zawdzięczam, i próbować sobie wyobrazić, czym bym był bez jego pomocy w tym duszpasterskim układzie, w jakim wypadło mi w pierwszym roku pracować.

Jego następcą był starszy ode mnie i od niego Ksiądz Maciej Rzeszut, który przychodził do Biecza z Kolbuszowej.
Przyjechali wraz z ówczesnym kolbuszowskim proboszczem, Księdzem Dunajeckim; musiałem zatem wobec obydwu czynić honory domu. Kiedy Maciej poszedł, ażeby dopilnować wnoszenia jego rzeczy na starą plebanię (ja mieszkałem już na nowej), Ksiądz Dunajecki rekomendował go bardzo życzliwie: – Maciej, rozumiecie, to bardzo dobry człowiek. Trochę dystrakt, ale bardzo dobry człowiek.
Muszę się przyznać, że zdziwiłem się trochę, iż ten starszy przecież kapłan zdecydował się na tak daleką podróż po to, ażeby mi tylko tyle powiedzieć o Macieju, którego zresztą potem bardzo polubiłem. Zabawne wydało mi się natomiast, że kiedy po odjeździe Dunajeckiego jedliśmy wraz z Maciejem kolację, ten powiedział o swoim proboszczu dosłownie to samo: – Dunajecki, muszę powiedzieć, to bardzo zacny człowiek, trochę dystrakt, ale bardzo zacny.

Ponieważ i ja uważałem Stawarza za dystrakta, ich liczba w szeregach tarnowskiego duchowieństwa jakoś mi gwałtownie wzrosła. Zanim Maciej rozgościł się na dobre i zanim Ksiądz Proboszcz wrócił szczęśliwie ze szpitala, miałem okazję przekonać się, że pełnienie funkcji proboszcza nawet w czasie wakacji nie jest bynajmniej łatwe, bo można nieoczekiwanie stanąć wobec bardzo trudnych spraw, które mogą się tak zawikłać, że zaciążą na długo w naszej świadomości poczuciem odpowiedzialności za człowieka, któremu być może nie umieliśmy pomóc.
Pewnego dnia przyszła do kancelarii starsza córka jednego z miejscowych prominentów, który prawie nigdy nie pojawiał się w kościele, ale utrzymywał towarzyskie stosunki z księżmi, bo reszta rodziny była katolicka i córki kształciła w ekskluzywnym klasztorze. Hannę spotkałem już wcześniej parę razy, więc próbowała potraktować mnie trochę po koleżeńsku i poprosiła, ni mniej, ni więcej, tylko o udzielenie jej ślubu bez zapowiedzi i w tajemnicy przed rodzicami. Wziąłem to z początku za jakiś żart.

Świadectwo święceń kapłańskich

ARCHIWUM OBSERWATORIUM SPOŁECZNEGO

– A któż jest tym szczęśliwym wybrańcem? – zapytałem.
Podała mi nazwisko. Znałem przypadkowo tego człowieka, choć nie mieszkał w naszej parafii, lecz w jednym z pobliskich miast, gdzie miał opinię szczwanego uwodziciela. Uznałem sprawę za niepoważną i tak ją zacząłem traktować.
Powiedziałem, że będą musieli tu przyjść obydwoje, że muszą o tym wiedzieć jej rodzice, że konieczne jest najpierw wygłoszenie zapowiedzi i że sprawa jest przecież bardzo poważna. Zanim to uzasadniłem, wygłosiła długą tyradę, że jest pełnoletnia i nie musi pytać rodziców o zdanie, że jej katechetą był obecny wikariusz kapitulny diecezji i sama sobie załatwi zwolnienie od zapowiedzi, bo ślub musi odbyć się szybko i w tajemnicy.

Nie dopuszczała mnie do głosu i może dlatego zapytałem głupio:
– A cóż takiego zaszło, co by usprawiedliwiało taki pośpiech i tajemnicę?
– Właśnie zaszło – wypaliła.
Zgłupiałem do reszty. Teraz już potraktowałem sprawę spokojnie, ale poważnie, starając się nie pokazywać po sobie tego, że jestem zszokowany. Zacząłem jej cierpliwie tłumaczyć, że w tym układzie bliskich i przyjaznych stosunków między plebanią a jej rodziną nie jest ani sensowne, ani nawet możliwe, byśmy zrobili tu cokolwiek bez konsultacji z jej ojcem, a ten ostatni ma prawo się o tym dowiedzieć tylko od niej samej.
Ja sam zresztą nie mógłbym tu nic zrobić bez konsultacji z Księdzem Proboszczem, który zresztą niebawem wróci ze szpitala. Zgodziła się wreszcie porozmawiać o tym z ojcem, dla którego, jak wiedziałem, była tą bardziej umiłowaną z dwóch córek.

Ślub odbył się ostatecznie poza naszą parafią, ale byłem zaproszony na wesele.
Słyszałem jednak potem, że dziecko nie przyszło na świat, małżeństwo nie przetrwało kilku miesięcy, a moja rozmówczyni uciekła ponoć przed ruskimi z jakimś niemieckim oficerem. Do dziś mnie niepokoi myśl, czy i co mogłem zrobić, ażeby nie doszło do takiego nieszczęścia.
I kto tu zawinił? Czy ja, że nie ułatwiłem im tajemnego ślubu i ucieczki spod kurateli rodziny i od ojcowskiej miłości, czy ojciec, który był lekarzem i może mógł uratować dziecko, czy… ale po co formułować alternatywy, których i tak nie sposób sprawdzić. Może gdybym nie był taki smarkaty i niedoświadczony, umiałbym lepiej rozwiązać problem, z którym przyszła do mnie w zaufaniu i w przekonaniu, że jej pomogę. Potem mogłem tylko za nią się modlić.

W następnym numerze o oznakach zbliżającego się frontu