Między zabobonem a zabobonem

Nie pierwszy raz zdarza się niniejszemu autorowi
wymyślić tytuł, który pozornie kłuje absurdem. I nie
pierwszy raz wiadomą jest rzeczą, że treść tekstu
służy za jego uzasadnienie. W końcu po to jest.

PIOTR SUTOWICZ

Wrocław

Ludzie z natury swojej są zabobonni i na pewno jest po temu wiele powodów. Najogólniej mówiąc, zabobon jest rzeczą prostszą do kultywowania niż staranie się o zrozumienie świata. Wiele kwestii, co do których nie ma jasności, można sobie wytłumaczyć działaniem takich czy innych sił, jakie można zdyskontować działaniem ludzkim stojącym na pograniczu świata realnego i pozarealnego. Właściwie to nawet trudno tę rzeczywistość jakoś ogarnąć jednoznaczną definicją. Co mianowicie miałoby być uzasadnieniem ochrony dziecka przed urokiem za pomocą czerwonej wstążeczki? Czy też – w jaki sposób plucie przez lewe czy prawe ramię na widok czarnego czy innego kota miałoby nas uchronić przed przyszłym, niewiadomym nikomu i głęboko hipotetycznym nieszczęściem? Gdybyż jeszcze przy okazji tego typu działania zabobonne szły w parze z wiarą w takie czy inne duchy i duszki opiekuńcze bądź złośliwe, które takich zabiegów po coś potrzebują, to miałoby to wszystko jakiś, choćby pozorny sens. A tak właściwie mamy do czynienia z czymś dziwacznym, trochę jak ze skeczu Monty Pythona poświęconego „ministerstwu głupich kroków”. Żeby było jasne: autor nie uważa też, iżby kultywowanie takich obrzędów, czy bardziej chyba obyczajów, wiązało się – jak to niekiedy nad wyraz łatwo sugerują niektórzy publicyści – z przywoływaniem złych duchów.
Do tego potrzebna jest jeszcze wola dokonania czegoś takiego. Ot, pozostała po obrzędzie jakaś fasada i tyle.

Chociaż z drugiej strony, tego typu zjawiska resztkowe mogą zupełnie nagle zacząć żyć swoim nowym życiem, o czym dalej.
Wierzyć czy zaklinać
rzeczywistość?
Dużo ważniejsze wydaje się pytanie o obecność zabobonu w naszej religii czy jego powiązanie z wiarą.
Oczywiste jest, że wiele obyczajów ludowych mających swe źródło w czasach przedchrześcijańskich, nieprzynoszących wszakże szkody wierze katolickiej, Kościół w pewien sposób inkulturował. Tak wygląda sprawa z rozmaitymi obrzędami związanymi z cyklem przyrody, siewem czy zbiorem plonów, przykłady takie można by zresztą mnożyć. Dobrze jest, jeśli ludzie proszą Pana Boga o urodzaj, źle, jeśli próbują zaklinać rzeczywistość.
Wtedy bowiem wiara, bez względu na to jaka, przeradza się w zabobon, granica jest tu zawsze delikatna, przebiega zaś w naszych umysłach i pozostaje „trudno dostępna”. W tej kwestii każdy z nas musi się zastanawiać, w jakim stopniu jest chrześcijaninem, a w jakim nie. Na pewno nie można do tej grupy zaliczyć rodziców żyjących często bez ślubu, którzy argumentują potrzebę chrztu dziecka zupełnie otwarcie faktem, iż „ochrzczone będzie mniej płakało”. Następnym krokiem takich ludzi może być np. przyjęcie Jezusa jako wielkiego maga – uzdrowiciela, który potrafił własną mocą sam się uleczyć po ukrzyżowaniu i powstać do świata. Powie ktoś: „absurd”. Oby…

ILUSTRACJA MAŁGORZATA WRONA-MORAWSKA

Nowoczesność wcale nie taka nowoczesna
Czasy nowożytne przyniosły jeszcze jedną kwestię związaną z zabobonem, która zaciemnia opisaną tu sytuację. Otóż ludzie, którym przeszkadza to, że Bóg jest Stwórcą, a człowiek stworzeniem, kwestionują istnienie Tego pierwszego, wiarę w Niego nazywając „zabobonem” czy zamiennikami tego pojęcia, mającymi ludzi wierzących zepchnąć z kategorii racjonalnej do ciemnogrodu. Historia opisuje różne próby tworzenia „naukowego” ateizmu, nie jest tu specjalnie ważne, czy korzenie kwestionowania istnienia Boga za pomocą rzekomej nauki tkwią w XVI–XVIII w., czy jeszcze kiedy indziej. Do naszych czasów opinie głosicieli mówiących, że Boga nie ma, stały się nad wyraz natrętne, w różnych okolicznościach utrudniają wierzącym np. naukowcom funkcjonowanie w dyskursie w ramach swoich dziedzin badawczych.
Tego typu propaganda przybierała i przybiera do dziś dnia niekiedy formy prymitywne. Podobno kiedy Sowiety zajęły wschodnią Polskę w 1939 r., organizowano spotkania polskiej ludności z pilotami, którzy opowiadali, że kiedy latali swymi samolotami po niebie, to z całą pewnością nie widzieli tam żadnego Boga, w związku z tym należy założyć, że Go nie ma. Kilkadziesiąt lat później podobną opowieść serwowano piszącemu te słowa w związku z lotami radzieckich kosmonautów poza atmosferę.

Swoją drogą ciekawe, że Amerykanie, którzy w tamtym czasie byli rzekomo na Księżycu, tego typu propagandy nie prowadzili, a wydaje się nawet, że wielu z ich kosmonautów nabierało przeciwnego do komunistów przekonania.
Dziś sytuacja w dziedzinie ogłaszania, że Boga przecież nie ma, wygląda jeszcze bardziej rozwojowo. W licznych stacjach telewizyjnych pokazuje się filmy rzekomo naukowe, z których sączy się różnego rodzaju propaganda, która ma na celu podważenie tego, w co wierzymy. Dowiadujemy się z niej, że Jezus miał żonę, a z nią, wiadomo, i dzieci. Albo że nie istniał, bądź jeszcze coś innego, a tak dziwnego, że nie sposób tego logicznie opisać.
W ten sposób powoli, acz stanowczo próbuje się zamienić naszą wiarę w zespół baśniowych opowieści sklejonych do kupy przez Kościół, chcący trzymać ludzi w ciemnocie, „no bo przecież każdy wykształcony wie, że człowiek od małpy pochodzi, a nie od Boga”.
Być może tu leży źródło zjawiska polegającego na tym, że wielu z dotychczasowych katolików, u których wiara religijna niebezpiecznie zbliżyła się do zabobonu, tak łatwo przechodzi do jego nowego świeckiego oblicza, czego wyrazem może być owa niewinna czerwona kokardka. Trudno bowiem nie wierzyć w zupełnie nic.